PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 11 czerwca 2004


JAN ZIELINSKI

Pod innym katem

Latajace demony
i swiatlo za oknem


Sa wystawy mobilne, ktore mozna bezkarnie montowac w roznych wnetrzach i przenosic z muzeum do muzeum, z galerii do galerii. I sa takie, co rozkwitaja niemal same, rozrastaja sie organicznie z jednego czy kilku pedow na kolejne sale, zawlaszczaja sciane po scianie.

Taki wlasnie charakter ma urzadzona w Muzeum Narodowym w Warszawie wystawa trzech malarzy, ojca i dwoch synow - Jacka, Andrzeja i Jerzego Mierzejewskich. Jej zalazkiem sa cztery obrazy Jacka wiszace w stalej ekspozycji w pierwszej sali Galerii Sztuki XX Wieku. O jednym z nich pisalem przed paru laty na tych lamach: "Polonia Jacka Mierzejewskiego (1915 r.) - obraz utrzymany w tonacji pompejanskiej szarosci, gora przelatuja posepne czarne ptaszyska, posrodku stoi marmurowy sarkofag z przypominajacymi szkielety, wychudlymi orlami, a na sarkofagu okryta tylko czarna przepaska niewiasta, ktorej cialo ma barwe o ton zaledwie cieplejsza od koloru grobowca, budzi sie powoli do zycia, dlonia dotykajac czola, jakby chciala zetrzec zmory wiekowego snu" (Przeglad Polski, 23 czerwca 2000 r.). Wtedy ogladalem go w Zachecie w kontekscie innych obrazow, dawniejszych i nowszych, podejmujacych temat Polonii. Na swym macierzystym miejscu nabiera innego kontekstu, mniej patetycznego. Otoz na lewo od niego wisi Portret zony z Pusia (1915 r.): kobieta w zabawnym, ograniczajacym ja od gory kapeluszu, stoi z zamknietymi oczyma, zatopiona w sobie, wrecz zgarbiona, jakby w somnambulicznym transie. Suknia zsunela jej sie z prawego ramienia, obnazajac cialo szarawe i nieapetyczne, lewa dlon zaciska sie na kolnierzyku bluzki, jakby chciala rozerwac ja histerycznym ruchem i pokazac obie piersi. Ale ten gest nie wywoluje niepokoju ani nawet oczekiwania, wiemy, ze tutaj nic nie moze nas zaskoczyc. Tytulowa Pusia to lekko diaboliczny piesek o nadnaturalnie dlugich szpiczastych uszach, ktory wysunal sie zza parawanu, niby po to, zeby pilnowac pani przed zbyt szalenczym zachowaniem, ale w gruncie rzeczy tez obojetny i zatopiony w sobie. Ten sam piesek wedruje za swym panem, jegomosciem w cylindrze, ktory z niezbyt w danej sytuacji stosowna, filuterna mina spoglada na osobliwa grupe przedstawiajaca umierajacego badz wrecz umarlego mezczyzne, podtrzymywanego przez dwie kobiety, starsza i mlodsza. Data (1916 r.) podpowiada, ze moze to byc bezposrednia, a raczej posrednia (glod) ofiara wojny. Ale wzajemne ustawienie postaci przywodzi na mysl takze motyw zdjecia z krzyza, z Matka Boska i Maria Magdalena (aluzja do krzyza jest tez rosnaca w glebi sosna z pozioma korona igliwia). Piesek traktuje te pasyjna scene z sobie wlasciwa obojetnoscia, podaza za swym panem merdajac ogonkiem.

A obok Polonia z tego samego okresu poczatkow pierwszej wojny. I dopiero ogladajac ja razem z tamtymi dwoma obrazami dostrzegamy, ze jeden z przelatujacych nad sarkofagiem zlowieszczych ptakow ma dziwnie nie ptasi ksztalt. Zwlaszcza wyprezone, sztywnawe lapy nasuwaja skojarzenie z zupelnie innym zwierzeciem. To demoniczny czarny piesek z Portretu zony z Pusia i z Umarlaka zawedrowal i na to plotno, i sunie majestatycznie w powietrzu, widac nawet jego szpiczaste uszy. Patriotyczny obraz nabiera nieoczekiwanie nowego wymiaru, nieco humorystycznego, a na pewno swojskiego, domowego.

*

Tak, zwiedzanie wystawy trzech Mierzejewskich zaczac warto od tej wlasnie sali, nalezacej do stalej ekspozycji muzealnej. A potem przejsc do pomieszczenia, w ktorym wisza dalsze obrazy ojca. Jest ich niewiele, dwadziescia pare, ale przez swa roznorodnosc, zarowno tematyczna, jak i formalna, nabieraja waloru reprezentatywnego przegladu (trzeba pamietac, ze Jacek Mierzejewski, urodzony w Czestochowie w roku 1883, chorowal pol zycia na gruzlice i zmarl w czterdziestym drugim roku zycia).

Na czolo wysuwaja sie portrety, przewaznie kobiece: zony, Rozalii Brzezinskiej, Rozy Aleksandrowicz. Uderza w nich kontrast miedzy zgeometryzowanym, kubistycznie potraktowanym tlem (ktore nieraz ma wrecz charakter abstrakcyjnej gry plaszczyzn) a realistycznym ujeciem portretowanej postaci. Wszystkie te kobiety sa dziwnie zapadniete, zatrzasniete w sobie, odciete od swiata zewnetrznego, z oczyma przymknietymi, polprzymknietymi badz w innym sposob nieobecnymi. Zona ladniej wypada na zdjeciach niz na malowanych przez meza portretach. A zarazem to wlasnie portrety pod nieciekawa twarza i nieforemna sylwetka pokazuja wnetrze. Czy, mowiac scislej, pokazuja, ze to wnetrze istnieje, ze tam w srodku jest dusza. I tyle, tu sie musimy zatrzymac. Artysta daje nastroj zadumy, kontemplacji, medytacji, ale szanuje prawo do intymnosci. Nie sugeruje natomiast przedmiotu tej zadumy.

Kontrast miedzy abstrakcyjnym tlem a realistyczna postacia portretowanej nalezy oczywiscie rozumiec w sensie technicznym, cum grano salis. Pod realistyczna powloka postacie tez sa zgeometryzowane, czasem nawet widac wektory sil, jak na Portrecie pani R.B. (1915 r.): starsza pani w okularach siedzi na umieszczonym na niskim postumencie krzesle czy fotelu (narzucony na ramiona szal o wzorku przypominajacym szate rabina zupelnie zaslania mebel), na kolanach trzyma zatrzasnieta ksiazke, w ktorej prawa reka zalozyla sobie czytane miejsce. Zarowno kat, utworzony przez obie dlonie, jak i faldy przypominajacej habit sukni wskazuja nieomylnie na punkt ciezkosci: tam, w srodku przerwanej na czas pozowania lektury. Utkwiony w powietrzu wzrok wizualizuje lub dopowiada dalszy ciag przeczytanego. W calej postaci jest oczekiwanie tej chwili, kiedy malarz skonczy pracowac i bedzie mozna wrocic do ksiazki. Dodajmy, ze portretowana Rozalia Brzezinska byla zalozycielka Plomyka, a prywatnie tesciowa artysty.

Niewatpliwie najciekawsza praca w tej sali nie jest znany Pogrzeb (1918-1923), ale akwarelowy szkic do tego przejmujacego obrazu (1918 r.): grupa zalobnikow wlecze nagie zwloki, powloczac niemal wychudlymi posladkami zmarlego po ziemi, ale ten pochod nie ma okreslonego kierunku. Jedni, zdaje sie, chca isc w prawo, inni w lewo, a w sumie wszyscy tkwia w miejscu. Panuje atmosfera beznadziei, zastygniecia. Logika tego obrazu jest logika niesionego nieboszczyka, ktoremu juz wszystko jedno, dokad go poniosa. Jozef Czapski, piszac o Mierzejewskim, wspominal Kafke. Ten obraz kojarzy sie wlasnie z zakonczeniem Procesu, powiesci, ktora sie ukazala w roku smierci Jacka Mierzejewskiego.

Z martwych natur na jedna szczegolnie warto zwrocic uwage, nietypowa, bo wzbogacona o postac chlopca. Jedrus i jablka (1920 r.) to zarazem portret piecioletniego wowczas pierworodnego syna, pozniejszego malarza Andrzeja Mierzejewskiego. Chlopiec, nad wiek powazny, siedzi na stole, wyciagajac bose nogi o stopach dlugich jak u podolskiego zlodzieja. Wielkimi oczyma patrzy nam prosto w oczy, odwracajac nasza uwage od stolu, na ktorym obok butelki cydru i zlozonej narzuty sa tez jablka, jedne na szklanej paterze, inne luzem. I znow mamy tu pochwycona chwile, chwile przed. Jak tesciowa czekala na koniec pozowania, by powrocic do przerwanej lektury, tak chlopak, zdaje sie, czyha na sposobny moment, by porwac rumiane jablko i czmychnac.

*

Dobrym przejsciem miedzy czescia poswiecona pracom ojca a najwieksza sala, wypelniona w calosci plotnami mlodszego syna Jerzego (rocznik 1917), bylby jego obraz Martwa natura w oknie (1977 r.) - niestety, nie pokazano go na wystawie (mozna go obejrzec w zestawie pocztowek z serii zatytulowanej Miniatury polskiego malarstwa, jaka publikowalo wydawnictwo Terra Nova). Cztery jablka, jakby skradzione przez starszego brata z obrazu ojca, leza tu na parapecie przykrytym biala serweta; jej uklad i skrot perspektywiczny stanowia wyrazne nawiazanie do plotna Jedrus i jablka. Szklany kufel z kilkoma irysami rymuje sie ze szklanymi naczyniami na tamtym obrazie. Ale elementem, ktory zdecydowanie odroznia obraz Jerzego od obrazow jego ojca, jest okno: bialy prostokat nieco zamglonego swiatla.

Zamiast tego obrazu umieszczono w charakterze lacznika portret rodzicow, oparty na fotografii (wykonanej w Zakopanem?), ktora przedstawia matke w bialej bluzce, przytulajaca sie do ubranego w grubym sciegiem dziergany, rozpinany sweter meza. Malarz odsunal od siebie obie glowy, rodzice dotykaja sie u niego ramionami, ale i to nie do konca, matka jakby sie cofala przed zblizeniem (to moze reminiscencja autobiograficzna, z okresu kiedy chlopca chroniono przed blizszym kontaktem z chorym na gruzlice ojcem). Przynaleza do siebie, to sie czuje, a zarazem sa osobni, jakby skazani na rozlaczenie. Sweter ojca zostal zastapiony bluza o dziwnie ziemistym, rdzawym kolorze. To obraz na tle tworczosci Jerzego Mierzejewskiego wyjatkowy przez swa doslownosc, przez wyrazistosc. We wszystkich pozostalych sylwetki ludzkie, jesli sie w ogole pojawiaja, sa zamazane, niewyrazne, przypominaja raczej cienie z okolic Pol Elizejskich.

Motyw okna w wielu sposrod tych plocien odgrywa kolosalna role. Jest otwarciem, wyjsciem z klaustrofobicznego swiata malarstwa ojca. Czasem rama okna pokrywa sie z kadrem obrazu (Ogrod, 1986 r.). Czasem daje kontrastowe tlo, jak w obrazie Moj brat (1985 r.), gdzie starszy brat stoi tylem do widza, z reka na piersi, jakby wyrazal skruche, a jego masywna, przygarbiona sylwetka w ciemnozielonej koszuli w krate odcina sie od jasnego, swietlnego tla i tylko siwa glowa zdaje sie powoli roztapiac w tamtym swietle, plynacym zza okna.

Majstersztykiem serii okiennej jest niewatpliwie Szpital II (1992 r.), obraz, w ktorym widziana od tylu meska sylwetka wpatrzona w rozlegla, zakonczona brylami dalekich domow przestrzen odbija sie w szklanych drzwiach. A moze jest przez te szklane drzwi widziana? Albo tylko na nie sila wyobrazni i przypomnienia rzutowana? Jak by nie bylo naprawde, ten obraz jest pozegnaniem. Na wystawie zostal tak umieszczony, ze opuszczajac sale Jerzego Mierzejewskiego widzimy, jak powoli znika niewyrazna sylwetka i widac jeszcze tylko aluminiowa klamke, dziwnie nisko osadzona.

*

Ostatnia sala zawiera obrazy starszego z dwoch braci, niezyjacego juz Andrzeja Mierzejewskiego (1915-1982). Andrzej jest z calej trojki najmniej "mierzejewski". Jego obrazy sa bardziej poszukujace, otwarte na rozmaite "nowoczesnosci", przy tym zdecydowanie barwniejsze od obrazow ojca i mlodszego brata, wrecz rozpasane i kolorystycznie, i kompozycyjnie. Nie chcialbym uciekac sie do prostackich objasnien biograficznych, ale zwiazek tego rozchwierutania i pewnej chaotycznosci z tuzpowojennymi doswiadczeniami artysty sam sie narzuca. Otoz we wrzesniu 1944 roku Andrzej Mierzejewski zostal aresztowany przez NKWD. Trzymano go najpierw w dole na kartofle i meczono. Potem bydlecym wagonem, zapchanym do ostatecznosci, powieziono do twierdzy w Brzesciu nad Bugiem, a stamtad do wiezienia etapowego w Orszy. Tam zdobyl sobie wsrod wspolwiezniow pewien mir, rysujac ich portreciki i opowiadajac zapamietane lektury. W marcu 1946 roku bratu, ktory powolujac sie na zaslugi artystyczne ojca umial dotrzec do odpowiednich dygnitarzy nowego porzadku, udalo sie wyreklamowac Andrzeja z opresji. Ale poczucie koszmaru pozostalo. Jego sladem jest chocby obraz Oni (1975 r.), w ktorym przez labiryntowo splatane krwiste plaszczyzny przezieraja zlowieszczo waskie szpary kalmuckich oczu. W ogole trzeba powiedziec, ze w malarstwie Andrzeja, zwlaszcza powojennym (choc juz pod koniec lat trzydziestych rysowal karykatury dla tygodnika Szpilki) rozwija sie groteskowo-humorystyczna strona malarstwa Jacka Mierzejewskiego.

Dla mnie osobiscie najciekawsze w tej czesci wystawy byly trzy wczesne autoportrety: barwny, kokoschkowsko-beckmannowski z 1939 roku, lypiacy jednym okiem z roku 1949, picassowski portret czlowieka, ktoremu usunieto czesc czaszki, wreszcie z roku 1941, a la van Gogh, powieszony nie razem z tamtymi, ale na innej sciance, pod Wylegarnia szaranczy. Moze dlatego, ze meska postac w kapeluszu na tamtym obrazie, tez namalowanym w latach okupacji, ktora dobiera sie do rozwalonej na podlodze dziewki, ma rysy zapozyczone z tego wlasnie autoportretu. Przypomina sie mezczyzna w cylindrze na Umarlaku ojca, zas tluste szarancze, co fruwaja po okupacyjnym niebie, stanowia echo tamtego ni to kruka, ni to pieska o szpiczastych uszach, co fruwal na niebie nad budzaca sie z rozbiorowego snu Polonia. I w ten sposob wystawa trzech malarzy - ojca i dwoch synow - w warszawskim muzeum zyskuje nieoczekiwana puente.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail