CZESLAW KARKOWSKI
Nowojorska
kronika kulturalna (sztuki plastyczne)
Ponad sto dziel Amadeo Modiglianiego zgromadzono na wystawie w Muzeum Zydowskim (1109, 5 Ave./92 St.). Mozna sie dziwic, ze jego tworczosc jest tak rzadko prezentowana w Nowym Jorku; ostatnia przegladowa ekspozycja miala miejsce 53 lata temu. Tymczasem dziela tego artysty (przede wszystkim obrazy, ale takze mniej znane rzezby) sa obiektami powszechnego smaku. Niewielu innych tworcow sztuki nowoczesnej podoba sie tak, jak wlasnie Modigliani; jego sztuka budzi najmniej zastrzezen, najmniej kontrowersji. Elegancki styl portretow zjednuje mu sympatykow, a charakterystyczny dlan dobor kolorow podoba sie od pierwszego spojrzenia.
Ale wspolczesne opinie o sztuce ksztaltuje swoista moda wsrod krytykow, nakazujaca wielka nieufnosc do dziel podobajacych sie. Wedlug tego przekonania traci ona kiczem, latwizna artystycznego przedsiewziecia, sprzyjaniem tanim gustom, podejrzeniom o komercyjne zamysly; nie jest to sztuka smiala, rzucajaca wyzwania.
Podaje tu oczywiscie nieco karykaturalnie uproszczony obraz panujacej w opiniotworczych kregach postawy, ale nie jest od daleki od rzeczywistosci, skoro jego slad mozna odnalezc rowniez i w recenzjach z wystawy w Muzeum Zydowskim.
Modigliani obrosl w legende po smierci (zmarl na gruzlice) w 1920 r. Stal sie synonimem zapoznanego artysty, wybitnego tworcy, ktory klepie biede w Paryzu (dokad przyjechal z Livorno we Wloszech), pije absynt i sprzedaje swe wspaniale dziela za butelke wodki, wolnego ducha prowadzacego swobodne, acz tragiczne zycie wsrod artystycznej bohemy. Do niezbednych elementow takiej biografii nalezy przedwczesna smierc (w wieku 36 lat), wielka milosc (jego ciezarna towarzyszka zycia popelnila samobojstwo, skaczac z piatego pietra w dzien po smierci artysty) i uznanie posmiertne - juz pogrzeb Modiglianiego zgromadzil spory tlum paryzan i niemal natychmiast ceny na jego obrazy podskoczyly gwaltownie.
Wystawa w Jewish Museum, zorganizowana w ramach obchodow stulecia powstania tej placowki, nosi tytul "Modigliani: Beyond the Myth", jakby wlasnie chcac wielkim przegladem dokonan artysty wyjsc poza ow mit. Chyba to sie nie udalo. Pare wczesnych obrazow Modiglianiego w duchu symbolicznym, jego rzezby-maski czerpiace inspiracje ze sztuki tzw. ludow prymitywnych (ale takze i starogreckiej) i nieco grafik wcale nie przyczynia sie do zmiany utrwalonego wizerunku tworcy. Przeciwnie, tylko go poglebia.
Artysta uwazal sie przede wszystkim za rzezbiarza, ale sztuke te musial porzucic w czasach pierwszej wojny swiatowej, kiedy material stal sie dlan po prostu za drogi, zas przede wszystkim - pogarszajacy sie stan pluc zmusil go do rezygnacji. Ale najwieksza czesc wystawy, portrety, przekonuje nas o trafnosci opinii o nim jako przede wszystkim malarzu. Na obrazach Modiglianiego sylwetki modeli sa wydluzone, z konturem wyraznie zaznaczonym cienka czarna kreska. Smukle i niezwykle zgrabne postaci o lekko zmienionych proporcjach, utrzymane w cieplych kolorach - calej palecie od brazu po jasnopomaranczowy - uderzaja elegancja. Malarz bardzo oszczednie stosowal inne, "zimniejsze" barwy, na przyklad kolor zielony czy niebieski. Wszystko to stwarza ujmujacy efekt.
Na wystawie nie brak polonikow. W paryskim swiecie artystycznym lat 1910-20 bylo wielu Polakow i polskich Zydow. Kilku z nich nalezalo do grona bliskich znajomych Modiglianiego, jak na przyklad Leopold Zborowski i jego zona Anna - oboje sportretowani osobno kilka razy. Znajdziemy tez podobizne Luni Czechowskiej, serdecznej przyjaciolki Zborowskich, czy Mose Kislinga, jednego z najblizszych przyjaciol Modiglianiego, polskiego Zyda z Krakowa, malarza, ktory w Paryzu uzyczal pracowni swemu biednemu koledze z Wloch.
*
Koniecznie trzeba pojsc do Metropolitan Museum. Jak kazdego lata ta wielka placowka przygotowala wspaniale wystawy obliczone na przyciagniecie turystow. Glowna atrakcja ma byc malarstwo polnocnych Wloch od konca XV do poczatkow XVIII wieku - ekspozycja zorganizowana jak zwykle z rozmachem i jak zwykle z mysla zarowno o przecietnych milosnikach sztuki, jak i o fachowcach. Ci ostatni zachwycac sie pewnie beda dzielami artystow uwazanych w historii sztuki za "pomniejszych" (choc sa rownie doskonali jak wielcy mistrzowie), zas glowna atrakcja dla tych pierwszych beda zapewne dziela Caravaggia (Michelangelo Merisi) - trzy slynne obrazy: Szulerzy (Cardsharpers), Lutnista (Lute Player) i Kolacja w Emaus, oraz mniej znany Sw. Franciszek. Rzadko mamy okazje ogladac dziela tego slynnego mediolanczyka, jednego z najbardziej wplywowych malarzy religijnych. Rzadko tez mozemy ogladac dziela Leonarda da Vinci (nie wszystkim chetnym udalo sie dostac na zeszloroczna wystawe); w salach Metropolitan jego sztuke reprezentuja grafiki: studia natury przyrodniczej i ludzkiej.
Jestem jednak przekonany, iz prawdziwa atrakcja tej wspanialej wystawy beda plotna Giacomo Cerutiego (1689-1767), urodzonego w Mediolanie malarza zafascynowanego zyciem nizszych klas. Jego znakomite plotna The Begger Resting, The Dwarf, Women Working on Pillow Lace, Encounter in the Woods, utrzymane w jednolitej brazowoszarej tonacji sugeruja, ze w tym swiecie nie ma jasnych barw, kolory zycia jakby zarezerwowane sa dla uprzywilejowanych. Dziela Cerutiego zamykaja wystawe malarstwa polnocnych Wloch - realistycznego, jak sie przyjelo w historii sztuki, z uwagi na tradycje Leonarda. To on bowiem ze swymi starannymi studiami natury, wysilkiem, aby odzwierciedlac wyglad rzeczy zgodnie z wnikliwa naukowa obserwacja, wywarl wielki wplyw na sztuke tego regionu. Totez jesli ogladamy na wystawie religijne obrazy - glowna produkcje malarska tych stuleci - tematyka ujeta zostaje bardzo realistycznie, z najdrobniejszymi szczegolami: brudne paznokcie jednego z przesladowcow Chrystusa na obrazie znakomitego Lorenzo Loto (w drugiej polowie lat 1990 Metropolitan Museum poswiecilo mu osobna wystawe), rodzajowa scenka przedstawiajaca trojke grzejaca sie przy ogniu w ujeciu jednego z popularnych motywow - sw. Mateusza z aniolem, przez rownie doskonalego Giovanniego Girolamo Savoldo.
Ekspozycja ulozona jest chronologicznie, totez mozemy przesledzic jak stopniowo tematyke religijna wypiera rodzajowa. Coraz czesciej tez pojawiaja sie martwe natury. Mozemy obejrzec dziela Giuseppe Arcimboldiego, ulubienca milosnikow sztuki malarskiej tak za swoich czasow, jak i dzis. The Vegetable Gardener skomponowany jest podlug charakterystycznego dlan konceptu jako zarazem martwa natura i portret rodzajowy. Na koniec pojawia sie jakby nowa formula realizmu - nie tylko przedstawiania zgodnego z wygladem rzeczy, ale i doboru tematyki "z zycia".
Nie sposob omowic cala wystawe. Jest wielka (okolo 120 obrazow i szkicow), bardzo efektowna, gdyz tzw. pomniejsi malarze tamtego regionu (ktorych w standardowych podrecznikach historii sztuki w najlepszym wypadku tylko sie wspomina, zazwyczaj zas - w ogole pomija milczeniem) byli doskonalymi artystami, a ich obrazy - znakomitymi dzielami.
Dwa lata temu Anna Socha VanMatre wystapila w Gallery@49 (322 W. 49th Street) z obrazami z cyklu No. Druga jej wystawa w Nowym Jorku (artystka mieszka i pracuje w Cincinnati, Ohio) zatytulowana "In Time in Between", czynna do 8 czerwca, przynosi nam znowu swiat rozpetanych zywiolow. O ile poprzednio glownym tematem jej prac byla woda, o tyle teraz mamy ogien. W czterech obrazach zatytulowanych American Lanscape (rzeczywistosc wojennej, ekologicznej zaglady?) widzimy ponownie swiat w ostatecznym zniszczeniu, z ktorego nie zostalo juz nic poza plomieniami (jedyny element kolorystyczny) i slupami ciemnoszarych chmur. Widzimy je osobno, to zawieszone pod sufitem galerii - namalowane na specjalnym papierze syntetycznym o nierownych brzegach - duze, luzno zwisajace wizerunki chmur. Umocowane w rozmaitych odstepach tworza efekt scenicznej glebi, ktora wciaga.
Przestrzenny charakter rzeczywistosci przedstawionej w dwuwymiarowym medium sztuki zdaje sie fascynowac Anne Soche VanMatre. W kilku kolazach zaprezentowanych w Nowym Jorku polska artystka naklada kolejne warstwy, ktore jak rozsuwane faldy pod licznymi burzliwymi powlokami odslaniaja jadro rzeczy - ostateczna postac tego, co istotne - spokojne, jednolite, niezmacone. Swiat widziany jest przez nia jako struktura teatralna z wieloma zaslonami, za ktorymi kryje sie prawda spowita w tyle kokonow, lusek, warstw, pokryta tyloma nalecialosciami, ze dopiero kataklizm bedzie w stanie je zerwac.
Swiat wyobrazni plastycznej Anny Sochy VanMatre jest rzeczywistoscia kosmicznej katastrofy, rozpetanych zywiolow, poteznych sil przyrody we frontalnym natarciu. Moga to byc moce niszczace, ale zarazem - stwarzajace. Jest to wiec swiat w trakcie powstawania, kiedy stare formy ulegaja destrukcji, rozbite w pyl, w gazowa chmure czasteczek, by uksztaltowac sie na nowo w inna konfiguracje i odmienne ksztalty rzeczy.
Trzeba jednak pamietac, ze zasadniczo prace Anny Sochy VanMatre, artystki od paru zaledwie lat zaledwie mieszkajacej w USA, sa abstrakcjami, w ktore wpisujemy wlasne wyobrazenia i nadajemy im wlasne znaczenia. Z wyksztalcenia grafik, tworzy glownie dziela czarno-biale, niekiedy tylko dodajac odrobine koloru, raczej dla podkreslenia odcieni grafitowej czerni i bieli niz zaznaczenia samoistnej barwy. Kolor w jej dzielach odgrywa role punktu docelowego, ostatecznej, koncowej warstwy po usunieciu poszczegolnych chropawych, niezdarnych nalecialosci. Jest tym silniejszym akcentem, im mniej go wsrod szarosci calej kompozycji.
Artystka pokazala tylko swoje mniejsze prace, a "chmury" - tylko w ograniczonym zakresie. Zasadniczo natomiast tworzy dziela monumentalne, lubuje sie w ogromnych, wielometrowych kompozycjach niemozliwych do zaprezentowania w skromnych rozmiarami pomieszczeniach manhattanskiej galerii.
*
Dwanascie dziel wideo przygotowanych przez polskiego artyste Dominika Lejmana i zainstalowanych w Schneider Children's Hospital w Hyde Park na Long Island przedstawia zwierzeta w ruchu - brodzace w wodzie flamingi, tygrysa wylaniajacego sie znikad, kolorowe ryby czy trzepoczace skrzydlami papugi. Te ruchome obrazy ukazujace sie w roznych miejscach szpitala maja stwarzac niezwykly, fascynujacy, a zarazem przyjazny klimat placowki kojarzonej zwykle przez dzieci z choroba, bolem i cierpieniem. Zwierzeta Lejmana zamieszkaly jakby w dzieciecym szpitalu pod Nowym Jorkiem, a nieco eteryczny wyglad nadaje im nierealny charakter basniowych, fantastycznych stworow i przeksztalca sam szpital w bajkowy swiat.
Bedzie to instalacja na stale umieszczona w tym szpitalu i stanowiaca jeden z elementow jego bogatego i artystycznie efektownego wystroju. Praca Dominika Lejmana znalazla sie wsrod dziel znanych amerykanskich artystow, jak William Wegman czy Keith Haring.
Projekt polskiego tworcy, zatytulowany Animating Spaces (sugerujacy zarowno ruch, jak i przestrzen pelna zwierzat), zostal zrealizowany przy wspolpracy z fundacja RxArt ("Sztuka na recepte"), ktorej zalozycielka i dyrektorka, Diane Brown, wierzy w terapeutyczna funkcje sztuki. Fundacja ta od czterech lat zajmuje sie umieszczaniem w szpitalach dziel artystycznych.
Dominik Lejman wszystkie zdjecia do swego projektu zrobil w ogrodzie zoologicznym na Bronksie, w Central Parku oraz w nowojorskim Akwarium na Coney Island w zeszlym roku podczas pobytu stypendialnego w nowojorskim Location One. Majacy juz ponad 20 wystaw indywidualnych w kraju i za granica artysta studiowal w Polsce i w Londynie. Jesienia br. bedzie mial pierwsza wystawe w Nowym Jorku w galerii Luxe.
|