[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 28 maja 2004


GRAZYNA DRABIK

Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)

Jumpers kusi obietnicami. Sztuka sprzed cwierc wieku bardzo sprawnego w zonglerce slownej Toma Stopparda zostala zaprezentowana ponownie w zeszlym roku na londynskim West Endzie. Publicznosc i krytycy przyjeli spektakl entuzjastycznie. Import do Nowego Jorku poprzedzily takze pochwaly dla aktorow. Graja tu bowiem: sliczna Essie Davis z Australii (odznaczona Olivierem za role Stelli w A Streetcar Named Desire w londynskim The National Theatre); Simon Russell Beale (mielismy okazje ogladac go w Brooklyn Academy of Music w roli Wujaszka Wani oraz jako Malvolio w Twelfth Night w czasie wizyty angielskiego zespolu The Donmar); Eliza Lumley (ceniona aktorka West Endu i off West Endu); Nicholas Woodeson (wystepowal na Broadwayu, zdobywajac uznanie jako Inspektor Goole w An Inspector Calls, zas po drugiej stronie oceanu jako czlonek The Royal Shakespeare Company).

Jak to czesto sie zdarza, koncept w tym wypadku jest smakowity: przedstawic wielkie i mocne racje - ze istnieje prawo moralne, ze wewnetrzny glos sumienia odnosi sie do Boga, ze czlowiek, najbardziej nawet watpiacy czy intelektualnie kwestionujacy podstawy wiary, w sposob naturalny zna smak tesknoty za absolutem - wkladajac je w usta czlowieka budzacego sympatie nie przez swa zwycieska sile, lecz przez zagubienie i slabosci. George, profesor etyki, przygotowuje sie do publicznej debaty na temat istnienia Boga. Od pierwszej sceny obserwujemy, jak z pasja, lecz nieudolnie pracuje nad referatem pod tytulem zakonczonym sugestywnym znakiem zapytania: "Czlowiek: dobry, zly czy obojetny?". Jego przeciwnikiem w czasie debaty ma byc profesor McFee, takze filozof, specjalista nie od zagmatwanych spraw moralnosci, lecz przejrzystej logiki. McFee reprezentuje postawe zwycieska, i to nie tylko w swiatku debat filozoficznych. Za McFee stoi prawdziwy przeciwnik George'a, sir Archie Jumpers - filozof-materialista, prawnik, lekarz, psychiatra, polityk i zawodowy akrobata w jednej osobie, a wiec gimnastyk nad gimnastykami, amoralny, umiejacy przystosowac sie do kazdej sytuacji i absolutnie kazda sytuacje potrafiacy wykorzystac na wlasna korzysc.

Koncept sztuki wiec ciekawy. Lecz, jak wiadomo, wszystko zalezy od sposobu przedstawienia go. Tom Stoppard jakby utonal posrod rozlicznych mozliwosci i sprawnych slow. Jesli Sztuka jest sztuka wyboru, to w Jumpers Stoppard wyborow nie potrafil czy tez nie chcial dokonac. Wszystko tu mamy naraz i we wszelkich odcieniach.

A wiec, rzecz sie zaczyna kabaretowo - na hucznym przyjeciu, gdzie celebrowane jest zwyciestwo Partii Radykalnych Liberalow. Mamy parady wojskowe. Mamy jazz i wino. Mamy hustawke jak cyrkowy trapez, na ktorej imponujaco sprawnie pewna kobieta wykonuje striptiz (pozniej sie okaze, ze jest to sekretarka George'a, szybko, lecz obojetnie stenografujaca jego wywody). Mamy pokazy gimnastycznych akrobacji, wykonywanych dokladnie, lecz uderzajaco bez wdzieku przez druzyne gimnastykow (pozniej sie okaze, ze to druzyna filozofow, podwladni Archiego.) Mamy piekna dziewczyne, ktora stojac chwiejnie na stole spiewa - w smetnym kontrapunkcie do halasow wokol - bluesowa piosenke (pozniej sie okaze, ze to Dorothy, kiedys gwiazda estrady i studentka George'a, teraz jego duzo mlodsza, a bardzo nieszczesliwa zona).

Kabaret przemienia sie w dramat kryminalny, bowiem szybko stajemy sie swiadkami morderstwa, ktorego sprawca nie zostaje odkryty (pozniej, duzo pozniej okaze sie, ze zabitym jest McFee, a jeszcze pozniej, ze zostal zabity, bo choc dotad byl wielkim niedowiarkiem, niespodziewanie postanowil wstapic do klasztoru...). Dramat kryminalny zas splata sie z farsa, bo tuz za sciana, nieswiadom niczego czy tez celowo wszystko ignorujacy, George z uporem zmaga sie ze swoim filozofujacym monologiem: "Zaczynajac od poczatku: Czy Bog... ? Ale pytanie ´Czy Bog...?ª zaklada, ze moze istniec Istota, ktora moze nie istniec...".

Sytuacje zderzaja sie ze soba, przemieniaja jak w kalejdoskopie, a rzecz cala nieustannie zmienia ton. A to zahaczy o dowcip wizualny (Archie strzela z luku do celu, strzaly rozsypuja sie po pokoju, wszedzie, tylko nie trafiaja w wywieszona tarcze). Zmrozi humorem czarno-absurdalnym (ogloszono nominacje na glowe Kosciola; nowym arcybiskupem Canterbury ma byc agnostyk, rzadowy urzednik, specjalista od agronomii). Zakokietuje niewinnie zwierzatkiem, jako ze na scenie pojawia sie wypchany zajac i zywy zolw. Zaskoczy scenka prawie na serio romantyczna. Zaszokuje nagoscia, choc szok w tym przypadku wynika nie z odsloniecia ciala, lecz z kontekstu, bowiem Dorothy zdejmuje zakrwawiona suknie w gescie dezorientacji i rozpaczy. A to znow stoczy sie w fale sentymentalno-melodramatyczne.

Niezmienne pozostaje tylko monologowanie profesora. George mowi duzo i szybko, jakby chcial zagadac bezradnosc wobec wlasnych pytan, a moze jeszcze bardziej wobec zwycieskiej brutalnosci tych, co sa bezwzgledni i bez watpliwosci. Chcialoby sie stanac po jego stronie, ale zewnetrzny swiat przemocy i utylitaryzmu i tak nie potrzebuje twego glosu.

Problem jednak w tym, ze slow jest za duzo. I tylko slow. George staje sie karykatura czlowieka, ktory myslec moze potrafi, mowi wysmienicie, lecz nic z tego nie wynika, bo z dzialaniem gorzej. Jezeli George ma reprezentowac racje moralne, to chcialoby mu sie poradzic, by zaczal od momentu ciszy. Przestan gadac i zrob cos, czlowieku! Ot, chocby utul zrozpaczona zone. Daj jesc zolwiowi. Pozwol stenotypistce - i nam - odetchnac.

PS. Podziwialam niesamowita szybkosc, z jaka Beale potrafi wymawiac bezmiar slow. Jest to jednak popis raczej sprawnosci fizycznej (alez biegnie bez potkniecia!) niz subtelnosci gry aktorskiej.

Tom Stoppard, Jumpers. Rezyseria: David Leveaux, scenografia: Vicki Mortimer, kostiumy: Nucky Gillibrand, oswietlenie: Paule Constable, muzyka: Corin Buckeridge, choreografia: Aidan Treays, dzwiek: John Leonard/Aura. Wystepuja: Simon Russell Beale (George), Essie Davis (Dorothy), Nicky Henson (Archie), Eliza Lumley (Secretary), John Rogan (Crouch), Nicholas Woodeson (Bones). Premiera 25 kwietnia, The Brookes Atkinson Theatre, 256 W. 47 St. przy Broadwayu.

*

Przeciwienstwem Jumpers, sztuki rozbieganej w rozne strony, jest tradycyjny dramat z 1959 r. Lorraine Hansberry A Raisin in the Sun. Wiele mu mozna zarzucic: uproszczenie problematyki, idealizacje postaw, zbytnia jednoznacznosc sytuacji i proponowanych rozwiazan. Oto madra wdowa - matriarchalna opoka rodziny, gotowa do poswiecen, niezawodna busola wyborow moralnych. Jej syn, mlody maz i ojciec, zagubiony w checiach szybkiego zarobku, choc w imie slusznych celow. Jego mloda zona zmagajaca sie z trudna decyzja zachowania czy nie drugiej ciazy. Jego siostra, uboga dziewczyna nierealistycznie marzaca o karierze lekarki. Pelen optymizmu student z Afryki zamierzajacy powrocic do Nigerii, by pracowac dla dobra swej spolecznosci. Oto swojski dramat: za malo pieniedzy, za duzo przeszkod, jakie ta ciemnoskora rodzina spotyka na drodze ku wymarzonemu bytowi klasy sredniej.

Sztuka przypomina schematy solidnego socrealizmu. Ale tekst Hansberry jest napisany atrakcyjnie kolokwialnym jezykiem, zas bardzo udana inscenizacja pod kierunkiem Kenny'ego Leona nadaje mu nowych rumiencow. Zdarza sie jeden z tych malych a zbyt rzadkich cudow teatralnych. Dzieki pierwszorzednej grze aktorskiej oraz dzieki magicznej symbiozie publicznosci z aktorami sztuka tetni zyciem.

Wystarczy popatrzec na sugestywne, pelne niuansow gesty wysmienitej Audry McDonald (jako zmeczona, lecz niepoddajaca sie rezygnacji Ruth). Posluchac aksamitnego, pelnego wewnetrznego przekonania glosu Phylicii Rashad (Lena). Nie sposob nie usmiechnac sie wobec niewinnego entuzjazmu Alexandra Mitchella w roli Travisa, najmlodszego czlonka rodziny. Nie sposob nie sympatyzowac z rozesmianym Josephem Reagle'a F. Bougere'a. Nawet Sean Combs, znany spiewak rapu, tu poczatkujacy aktor, wypada godnie jako Walter Lee, ktory przezywajac kryzys potrafi odnalezc w sobie odradzajaca sile dumy i nadziei.

A przede wszystkim wystarczy popatrzec na widownie: wielokolorowa, jak tego nigdy prawie nie spotykasz w teatrze. Elegancka i pogodna. Wdzieczna i entuzjastycznie okazujaca swoja wdziecznosc za ten moment podzielanej satysfakcji.

Za realistycznymi szczegolami watku o aspiracjach spolecznego awansu amerykanskich Murzynow pulsuje prawda bardziej powszechna i podbudowujaca ducha. Mozna osiagnac upragnione cele, jesli ci starczy odwagi i jesli traktujesz swoich bliskich jako partnerow wspolnego przedsiewziecia. Nie jestes sam, jak ci sie wydaje. Trudnosci nie sa nie do przezwyciezenia.

Tesknote za szansa ulozenia sobie godnego zycia wedlug wlasnych wyborow i ambicji odczuwa kazdy, czy to bedzie ciemnoskory rolnik z Poludnia Ameryki przenoszacy sie do miast Polnocy w latach 50., czy emigrant z Polski, dzisiaj. Lepiej wierzyc, ze jesli dzialasz slusznie i wytrwale, istnieje szansa, by rodzynek twych marzen nie zeschnal beznadziejnie.

Lorraine Hansberry, A Raisin in the Sun. Rezyseria: Kenny Leon, scenografia: Thomas Lynch, kostiumy: Paul Tazewell, oswietlenie: Brian MacDevitt, dzwiek: T. Richard Fitzgerald. Wystepuja: David Aaron Baker (Karl Lindner), Teagle F. Bougere (Joseph Asagai), Sean Combs (Walter Lee Younger), Frank Harts (George Murchison), Sanaa Lathan (Beneatha Younger), Audra McDonald (Ruth Younger), Alexander Mitchell (Travis Younger), Phylicia Rashad (Lena Younger). Premiera 26 kwietnia, The Royale Theatre, 242 W. 45 St. przy Broadwayu.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail