PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 28 maja 2004


JERZY GIZELLA

Anty-Gombrowicz

Prace Violetty Wejs-Milewskiej o tworczosci Czeslawa Straszewicza znalem juz z fragmentow drukowanych w krakowskim dwumiesieczniku Arcana. A wczesniej utkwil mi w pamieci brawurowo wrecz napisany tekst Krzysztofa Rutkowskiego (Adama Rembowskiego) z Kontaktu z 1986 roku. Jeszcze z dorywczej i zawsze pospiesznej lektury Dziennikow Gombrowicza zachowalem ciekawosc dla jego "chlopca do bicia" - tak potraktowal ogolnie zarowno aksjologie, program estetyczny, jak i koleje losu Straszewicza nasz czolowy przesmiewca. Mozna sie bylo tylko domyslac, ze polemiczny ton, jak i do pewnego stopnia zacietrzewienie i momentami histeryczne wrecz obnazanie "smiesznosci" adwersarza kryja gleboki raczej niepokoj o slusznosc wlasnego wyboru i o spojnosc calego systemu pogladow, ktory wylania sie z dziela Gombrowicza. Swoiscie rozumiany "patriotyzm" (Gombrowicz nie mogl ze strony swojego "systemu" zarzucic Straszewiczowi nieuczciwosci), wynika z calej biografii autora Turystow z bocianich gniazd. Ich drogi, niepodobne juz w momencie debiutu, rozchodzily sie dokladnie przez cale zycie. To Gombrowicz, a nie Straszewicz, narzucil Polsce swoj kanon myslenia o wspolczesnosci.

Rozmawiam z Bohdanem Straszewiczem, mlodszym krewniakiem Czeslawa, w przytulnym, wypelnionym rodzinnymi pamiatkami i goscinnym domu w Mountain Brook w Alabamie, w aurze koligacji z jednym z najpotezniejszych i najswietniejszych rodow polskich - Odrowazow. Od smutnej i nostalgicznej Wiernej rzeki i Zeromskiego, smierci mlodego adiutanta marszalka Jozefa Pilsudskiego w bitwie warszawskiej, od warszawskiej drukarni Straszewiczow, ktora splonela w czasie powstania 1944 r. (z ktorej - poza literatura i gazetami - wychodzily misterne i atrakcyjne artystycznie opakowania dla jedynych i niepowtarzalnych czekoladowych delicji Wedla), przez topografie dawnego Mokotowa i ulice Polna docieramy do stryja Czeslawa - milosnika sportow samochodowych, zapalonego motocyklisty, brydzysty i smakosza. Potrafil zapomniec sie w tej grze przedwojennych i krotko jeszcze powojennych inteligentow do bialego rana.

Kochal zycie, ludzi i swiat. Nic o kobietach - tego sie w pewnych sferach nie ujawnialo w towarzystwie. Inny swiat, czy duzo lepszy? Na pewno dyskretniejszy. Moda na ekshibicjonizm jeszcze nie byla taka powszechna.

Warszawski salon i rodzina zdziesiatkowana przez wojne, zasluzona w przeszlosci. Siedmiu swietych i blogoslawionych, nagrobki w malych wiejskich kosciolkach na Kielecczyznie, ale z nieco innej strony niz wlosci Gombrowiczow, ktorzy ciagle, do czasow urodzin i mlodosci Witolda, gospodaruja na roli, pilnuja swojego, ale juz niezbyt surowo. Oto garsc zrodel, chaotyczna jak zycie mieszkancow tej niezwyklej krainy, teraz rozsianych po calym swiecie, ktory przeciez nie bedzie zamieral z podziwu i gapil sie w pozolkle przywileje, nadania, herby i metryki, nie zatrzyma sie nad znakomitoscia rodu i nie bedzie otwieral "geby" ze zdumienia. A jeszcze sa watki glowne i poboczne - rodzina rozsiana od Australii do Ameryki i ciagle zywotna w Europie. Bol wspomnien - brawurowa ucieczka w 1945 r. przez granice z okupowanej przez Sowietow Polski - lagodzony eliksirem z trawka zubrza, bialostocka i bialowieska. Z miejsc, w ktorych uroczy stryj Czeslaw ujrzal cos, czego inni nie dostrzegali.

Urodzil sie w Bialymstoku w 1904 roku. W tym samym roku urodzil sie Witold Gombrowicz w Maloszycach kolo Opatowa. Straszewicz zmarl w Montevideo w 1963 roku, Gombrowicz w Vence w 1969 roku. W roku 1933 obaj debiutuja w prozie: Straszewicz wydaje pierwsza (wielce metaforyczna i mistyczna Wystawe bogow) proze, wykorzystujac mlodziencza (1915-1918) wedrowke i tulaczke po Rosji, najpierw wojennej, potem rewolucyjnej. W tym samym roku Gombrowicz debiutuje tomem opowiadan pt. Pamietnik z okresu dojrzewania. W sierpniu 1939 r. obaj pisarze znajduja sie na tym samym statku "Chrobry", plynacym do Argentyny. Gombrowicz zostaje w Argentynie. Straszewicz wraca statkiem do Europy i zaciaga sie do wojska. Do tego czasu ich zycie uklada sie "rownolegle", przynajmniej z pozoru. Gombrowicz wydaje Ferdydurke (1937 r.) i Iwone, ksiezniczke Burgunda (1938 r.) - Straszewicz Gromy z jasnego nieba (1936 r.), Przekleta Wenecje (1938 r.) i powiesc Litosc (1939 r.).

Czeslaw Milosz w Historii literatury polskiej poswiecil Gombrowiczowi kilka stron - o Czeslawie Straszewiczu nawet nie wspomina. Po latach Straszewicz w swojej autobiografii-eseju Piora w ukropie, albo strach nami rzadzi (1952 r.) pisze:

"Isc z diablem, jak Milosz, przez tyle lat trzeba - kapac sie w Solucji, ktora tworczosci sprzyja - dbac o geniusz swoj, jak o jajo zywota swietego, bo dla narodu i kultury, i potomnosci jajko to jest niesmiertelne i najwazniejsze - czy?...

Czy jak Ferdydurke uciekac od piany nieszczesc i wojny, i od wscieklizny ludzkiego bestialstwa - i w obcym srodowisku szukac dla geniuszu swego zaplodnienia - czy?...

Odrzucac podszepty wabiace od siostr i braci z gombrowiczowskiej i miloszowskiej familii i deptac niewdzieczna drozke, ktora frasobliwa ojczyzna milionom synow swoich wyznacza?".

To jeden z najwazniejszych tekstow Straszewicza i owczesnej literatury na wygnaniu. Gorzko pisze Straszewicz o roli naszej emigracji, o jej przyszlosci i niespelnieniu. Troche nawet zbyt powaznie - mylil sie na szczescie w szczegolach i perspektywie czasowej, generalnie mial jednak wizje prorocza. Pomijam tu zawilosci polemiki z Gombrowiczem i Miloszem - nawet teraz, po latach, pochwaly dla Milosza nie stracily ostrosci ironii, a czasem zyczliwego szyderstwa, ale bardziej obrazil sie na niego Gombrowicz, bo go rodak piszacy z Urugwaju... zlekcewazyl. Dlatego wybieram inny fragment, poswiecony emigranckim uniwersaliom, z listu cytowanego przez autorke monografii:

"Zmierzam do tego, ze okrutny i wspanialy los, ktory nas sokow rodzinnych pozbawil - jednoczesnie wetknal nam w rece swiat niedostepny raczkom: swiat nie wymagajacy dusznych kompromisow, normalny swiat walki o chleb na ziemi bardziej obcej, ktoremu jest calkowicie obojetne, co z kazdym z nas i ze wszystkimi nami sie stanie. (...) Wtorna proletariackosc i borykanie sie z chlebem na obcych ziemiach, owszem powinno byc bardzo plodne - natomiast kazdy musi przyznac, ze do plodzenia musi byc podnieta i czas".

Straszewicz poznal te dole proletariacka w stopniu znacznie bolesniejszym niz urzedujacy w Banco Polacco autor Kosmosu i Pornografii. Pracowal w wypozyczalni lodek na modnej podmiejskiej plazy, w upale, i - co tu duzo mowic - za glodowe wynagrodzenie, ktore potem wydawal w calosci na taksowke, zeby wrocic do domu, wyczerpany i znuzony fizyczna mordega.

Trudno rozsadzic, ktory z nich zrobil wiecej dla Polski - czy Gombrowicz, ktory pielegnowal swoja powinnosc jako wolnosc, jako pelne autsajderstwo, "chwiejnosc, u podstaw ktorej lezy strach, owa odwieczna trwoga bytu"? Czy Straszewicz, ktory na falach zakonspirowanego Switu z Londynu nadawal wazne meldunki i wiadomosci do kraju? A potem, powrociwszy jako dyplomata polskiej ambasady do Urugwaju, do diaspory "polskiej" - zostawil nam polskie Sto lat samotnosci - Turystow z bocianich gniazd, owo zlosliwe i wyszydzane przez Gombrowicza "pobrzekiwanie ostrogami", jak nazywal styl Straszewicza w atakach i polemikach.

Inne byly idealy Straszewicza, inne Gombrowicza. Po latach w Autobiografii na cztery rece (cytuje znow za autorka monografii o Straszewiczu) - tak wspominal Jerzy Giedroyc: "... Poznalem Straszewicza przez Pawla Zdziechowskiego, Zejmisa, Listowskiego (Bunt Mlodych), ktory bardzo przypadl mi do serca i z ktorym szybko nawiazala sie wspolpraca. Jego najblizszym przyjacielem byl Boleslaw Micinski. Straszewicza nie interesowala polityka. Byl skupiony na sprawach kultury. Podobal mi sie w nim zwlaszcza jego bardzo swoisty humor. Zarazem Straszewicz mial zasady moralne, ktorym dal wyraz w swym postepowaniu: poszedl do wojska i zawsze uwazal, ze musi poswiecic swoje sprawy osobiste, gdy wymagaja tego przyzwoitosc czy patriotyzm. Pod tym wzgledem wyroznial sie na tle innych pisarzy".

Wejs-Milewska wielokrotnie podkresla "antypsychologizm" Straszewicza, jego niechec do filozofii "dekonstrukcji" i "rozkladu", za ktora nie stal zaden chrzescijanski ideal. Uporowi Giedroycia zawdzieczac nalezy, ze znajdujacy sie w bardzo trudnej sytuacji materialnej pisarz zdolal zakonczyc pisanie powiesci, ktora ukazala sie nakladem Kultury w Paryzu w 1953 roku. Narkotykow (albo Klipsa) - pisarz nie skonczyl, bylyby pewnie jakims podsumowaniem, a moze odpowiedzia na Dziennik Gombrowicza. Na pewno przeszkadzalo mnozenie sie obowiazkow i rozdarcie miedzy powinnoscia wspolpracownika Radia Wolna Europa i publicysty Kultury a swiadomoscia dotyczaca pracy pisarskiej, stawiajacej zupelnie inne wymagania. Moze nawet stojacej wobec pracy recenzenta i radiowca w zasadniczej sprzecznosci. Sam w takich przypadkach - z wlasciwym dla siebie poczuciem skromnosci i ironii - potrafil bez konca oskarzac sie o "lenistwo" i "porazenie urugwajskim upalem, ktore mozg z wszelkiej mysli wysusza".

Autorka monografii stara sie nie tyle usprawiedliwic skromny ilosciowo dorobek autora Litosci, wznowionej bez wiedzy i zgody autora w PRL-u w 1947 roku, co pragnie wyjasnic, ze przy rozdarciu pomiedzy "obowiazkiem" wobec systemu wyznawanych wartosci i powinnosci pisarza a jego osobistym, indywidualnym rozwojem i pielegnowaniem wlasnego talentu nie bylo zadnego prostego przejscia, a zdolnosc do kompromisu nie byla najmocniejsza strona pisarza, tak jak i umiejetnosc krecenia sie wokol wlasnego nazwiska, honorariow, wznowien itp. Nieobecnosc pisarza jest takze wynikiem braku takiej strategii, a jego nieznajomosc w Polsce - niemal powszechna i charakterystyczna.

W oficjalnie ogloszonym przez Sejm jubileuszowym roku Gombrowicza warto pamietac o pisarzu, ktory nigdy nie umial i nie chcial sie pozbyc ciezkiego balastu "polskosci", rozumianej jako bogactwo roznorodnosci wschodnio-zachodniej, ktora tak irytowala autora Dziennikow. Gombrowicz trafil pod strzechy, Straszewicz przekroczyl tylko progi salonu Kultury. A nie pisal dla snobow, raczej dla ludzi zwyklych, a przede wszystkim - doswiadczonych gorzko przez zycie, dla ktorych porazka i marginalnosc, znikomosc i nedza poniewierki, mimo zaslug i nadludzkiego heroizmu w okresie wojny, sa jedynym dowodem wdziecznosci. A czyz mozna walczyc z przeznaczeniem? Straszewicz byl lagodnym i pogodnym "pesymista", odrzucal trujace fascynacje autorytetow intelektualnej lewicy. Boga mial w sercu, gdy inni zaprzeczali jego istnieniu albo sprzedawali falszywe i tandetne relikwie, jak egzotyczny bohater jego prozy, organizator "Wystawy bogow", Chinczyk Wan Ho.

Monografia Violetty Wejs-Milewskiej to typowa, rzetelna i wnikliwa praca filologiczna osadzona w szerokim tle antropologicznym i filozoficznym, co teraz jest juz poniekad standardem akademickim. Wnikliwa - ale czy tez i "przenikliwa"? W zalewie erudycyjnych cytatow, opinii, recenzji, odwolan i nawiazan postac samego Straszewicza troche traci. Ale czy moze byc inaczej? To przeciez takze analiza - i to bardzo szeroka - najwazniejszych starc ideowych i filozoficznych, jakimi zyla polska literatura w okresie miedzywojnia i na emigracji. Okres wspanialej roznorodnosci, ktory z dosc jednoznaczna i nieprzychylna opinia, "zamknal" w swoim Dwudziestoleciu Milosz. To takze polemika, oczywiscie elegancka, z jego upraszczajaca i w wielu punktach niesprawiedliwa ocena. Straszewicz ani przez chwile nie zamienil sie w surowego sedziego i nawet najbardziej odrazajacych opryszkow, ubekow i cwaniakow potrafil, jak Jozef Mackiewicz, obdarzac gleboko ludzkimi rozterkami. Pisal o ludziach zyczliwie. Moze zbyt cieplo i milosiernie, za co pozniej probowano go "wstawiac" i spychac - zyczliwie, a jakze - do drugiego szeregu: pomiedzy Andrzeja Bobkowskiego, Jozefa Wittlina, Zygmunta Haupta i Ferdynanda Goetla.

------------------------

Violetta Wejs-Milewska, Wykorzenieni i wygnani. O tworczosci Czeslawa Straszewicza, Wydawnictwo "Arcana", Krakow 2003, s. 361.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail