TERESA SIEDLAR-KOLYSZKO
Smorgonie
Smorgonie... Choc nie pochodze z ziem wschodnich Rzeczypospolitej, przeciez z nazwa miejscowosci zetknelam sie bardzo dawno, jeszcze w czasie krotkiego przedwojennego dziecinstwa. Wszystko za przyczyna smorgonskich obwarzankow, ktore sprzedawano razem z wilenskimi palmami rowniez w Warszawie, a ktore moja mama darzyla sentymentem - podobnie jak palmy. Najwczesniejsze wspomnienie to wlasnie obwarzanki, jak zapamietalam - pyszne. Ale juz drugie skojarzenie bylo z pozoru powazne, nawet dostojne: "akademia smorgonska". Hm... Kiedy, przy jakiej okazji te dwa slowa uslyszalam? Nie wiem.
Nastepnie do tego okreslenia doszlo jeszcze jedno bardziej tajemnicze: "akademia niedzwiedzia". Dopiero wiele lat pozniej dowiedzialam sie wiecej o "akademii smorgonskiej" i wszystkim, co sie za tym kryje.
Ktoregos lata udalo mi sie wreszcie odwiedzic Smorgonie. Podroz tam, wbrew pozorom, nie jest wcale latwa, bo Smorgonie, lezace w sercu dawnego Wielkiego Ksiestwa Litewskiego, z nim historycznie i kulturowo zwiazane, dzis miasteczko odlegle od Wilna o niespelna sto kilometrow, nalezy do Bialorusi. Krotko mowiac, zeby jechac do Smorgoni, trzeba jechac kilkaset kilometrow z Grodna, zamiast skoczyc z Wilna. Pojechalam. Trasa prowadzila przez wciaz bardzo polska Lide, przez "partyzancka" Oszmiane i kolo poludnia, w tropikalnym upale, dotarlam do nieduzego baraczku przy smorgonskim kosciele, gdzie czekaly juz na nas goscinne smorgonianki. Zasiedlismy przy stole pelnym slodkich smakolykow. Niestety, coz za zawod - nie bylo obwarzankow. Okazuje sie, ze nikt juz w Smorgoniach ich nie robi, bo ostatnia osoba, ktora znala przepis, zmarla jakis czas temu.
Mam szczescie, bowiem wsrod pan, ktore mnie powitaly, jest Tatiana Kreszczonok, nauczycielka historii i jezyka polskiego w gimnazjum bialoruskim i ona wyjasnila, jak to bylo z "akademia niedzwiedzia". Dzieki niej wiem juz, ze te "akademie", choc zawsze kojarzona z Radziwillami, zalozyli Zenowiczowie, magnaci, ktorzy - za wsparcie Witolda w jego licznych wojnach - od wielkiego ksiecia otrzymali prawo wladania duzymi obszarami tej czesci jego ziem.
Pierwszy Zenowicz przybyl do Smorgoni w 1394 roku. Zenowiczowie pochodzili prawdopodobnie z Serbii, a przybyli do Rzeczypospolitej po podboju Balkanow przez Turkow. Sluzba wierna i czynem zbrojnym doszli do sporej fortuny. To oni przyniesli z Serbii tradycje hodowli i tresury niedzwiedzi.
Na moje pytanie, dlaczego w takim razie mnie "akademia niedzwiedzia" kojarzyla sie zawsze z Radziwillami, pani Tatiana odpowiedziala, ze "Radziwillowie najbardziej ten sport uprawiali", ale nigdy w Smorgoniach nie mieszkali. Natomiast corka ostatniego ze Zenowiczow wyszla za maz za Radziwilla, wniosla mu Smorgonie w posagu i przeniosla sie do Nieswieza.
A jak wygladala sama "akademia" i gdzie sie miescila?
- To byly jamy na brzegu Wilii, ktora niedaleko przeplywa. Kazda jama miala zelazne kraty wcisniete tak, ze sluzyly za podloge. Pod kratami rozpalano ogien i wypuszczano na nie niedzwiedzie. Zwierzeta musialy "tanczyc", zeby nie parzyc sobie lap. W gruncie rzeczy bylo to znecanie sie nad biednymi misiami. Te "tance" odbywaly sie przy wtorze bebna i innych instrumentow, tak ze kiedy po kilku miesiacach niedzwiedz wyruszal w swiat, zakupiony na jakis magnacki dwor, na przyklad przez Radziwilla "Panie Kochanku" do Nieswieza, tam, na dzwiek muzyki, juz bez przypiekania lap, wykonywal swoje plasy.
Kolejni wlasciciele Smorgoni zawsze hodowali niedzwiedzie, a do ich szkolenia i do opieki nad nimi uzywali Cyganow. Szykowali oni zwierzetom zimowe leze (gawry) i niedzwiedz zawsze swoje odespal czy chocby przedrzemal. Poniewaz niedzwiedzie "tance" podobaly sie ludziom, Cyganie latem, w poszukiwaniu zarobku (z ktorego czesc oddawali panu), wedrowali daleko, nawet do Niemiec, na Wegry, gdzie byly duza atrakcja.
W tych dawnych czasach niedzwiedzi dostarczala Puszcza Zupranska, ktora rozciagala sie niedaleko. Dzis nie jest to puszcza, jak dawnymi laty, i nie zyja w niej juz niedzwiedzie.
Moje zainteresowanie "akademia niedzwiedzia" zostalo wiec zaspokojone, duzo gorzej poszlo z obwarzankami. Okazalo sie, ze tradycja obwarzankow przeniosla sie dzis do Wilna. Tylko tam jeszcze piecze sie smorgonskie obwarzanki, a nawet spiewa o nich piosenki.
A kto dzis mieszka w Smorgoniach?
- Nasze miasto - odpowiada pani Tatiana - ktore liczy ponad 40 tysiecy mieszkancow, jest bardzo zroznicowane pod wzgledem etnicznym. Ponad polowa ludzi to sa robotnicy, ktorzy przyjechali z calego Zwiazku Sowieckiego do budowy fabryki traktorow. W latach 80. ubieglego wieku ta budowa stanela, nigdy jej nie ukonczono. Ludzie przyjechali, dostali mieszkania i zostali, ale pracy nie maja.
Gdyby pani przyjechala tu przed wojna, zastalaby pani calkiem inna sytuacje. Najwiecej bylo Zydow, mieszkalo duzo Polakow, urzednikow, nauczycieli, rzemieslnikow. Smorgonie, niestety, bardzo ucierpialy jeszcze w czasie pierwszej wojny swiatowej. Przez miasto przechodzil front. Niemcy z jednej strony ulicy Krewskiej, a z drugiej - Ruscy. Dlatego Smorgonie nie maja zabytkow. Przetrwal jedynie obecny kosciol. Dawniej byl to zbor kalwinski, fundowany przez Zenowiczow. Zostal wprawdzie bardzo zniszczony, ale ze mial mury na 3 metry grube, wiec ocalal, i to jest jedyny zabytek w Smorgoniach.
Do dzis sa tu, zyja, mieszkaja Polacy, czego najlepszym dowodem jest to, ze potrzebne i lubiane sa lekcje polskiego w tutejszym bialoruskim gimnazjum. Dziala kilka zespolow ludowych, np. Wolejczanka - nazwa od wsi Wolejkowice. Naleza do niego kobiety wiejskie, spiewaja piosenki polskie i bialoruskie.W miescie istnieje zespol piesni i tanca imienia Michala Kleofasa Oginskiego - troche dotowany przez wladze, reprezentacyjny.
- Mamy Zwiazek Polakow - wlacza sie pani prezes - dzieci ucza sie polskiego. Lekcje prowadzone sa w dwoch szkolach. Pani Tatiana uczy w sredniej szkole, a w szkole nr 5 tez mamy dwie nauczycielki polskiego. Niestety, kierownictwa obu szkol nie sa chetne do wspolpracy; bardzo trudno uzyskac zgode na wprowadzenie nauki jezyka polskiego.
Ale to sprawa nie tylko szkoly, a nas samych. W domu i w rodzinie dziecko ma sie uczyc mowy polskiej. Przykre, ze mlode pokolenie prawie nie zna jezyka polskiego.
Natomiast w kosciele, dziekujac Bogu, wszystkie msze swiete sa po polsku, z wyjatkiem mszy dla najmlodszych, zeby dzieci rozumialy. Ludzie pieknie modla sie, odpowiadaja ksiedzu, spiewaja po polsku. Jesli ktos przyjdzie do nas do kosciola na msze swieta, to nie uwierzy, ze tu ludzie nie rozmawiaja po polsku.
Organizujemy spotkania z okazji swiat koscielnych i narodowych. Mamy tez biblioteke, wypozyczalnie polskich ksiazek. Przychodza do niej glownie starsi ludzie. Lubia czytac polskie ksiazki i gazety, ale jakos ostatnio nic nie dostajemy i juz wszystko jest zaczytane. Przydaloby sie troche nowych ksiazek. Apelujemy do rodakow: jesli mozecie, przysylajcie polskie ksiazki do Smorgoni.
*
W ten letni dzien w Smorgoniach spotkalam sie rowniez z niemlodym juz, ale pelnym energii ksiedzem Michalem, ktory wprawdzie nie jest tu proboszczem, tylko zastepuje go w razie potrzeby.
- Bylem ja juz przedtem rok w Smorgoniach, wtedy sprawowalem tu opieke duszpasterska, a przedtem jeszcze piec lat mieszkalem w pobliskich Niestaniszkach, gdzie 35 lat nie bylo ksiedza, ale ludzie bronili kosciola, nie pozwolili go zajac i ten piekny kosciol ocalal. Zauwazylem, ze tutaj jest jeszcze bardzo duzo polskich rodzin. Do parafii nalezy kilkanascie tysiecy wiernych. Skoro interesuje pania "akademia smorgonska", powiem, ze gdy sie w dziecinstwie przechwalalem, wymadrzalem, dorosli poblazliwie mowili: "Tos ty pewnie skonczyl uniwersytet smorgonski".
Odmienne znaczenie tego porzekadla mieli najpewniej na mysli tworcy Smorgonii - klubu artystycznego, powstalego w Wilnie w okresie miedzywojennym. Klub ten miescil sie w bylym klasztorze bazylianskim, w slynnej celi Konrada. Skupial artystow, literatow, malarzy, poetow i ich mecenasow. Tworcow nazywano cyganami, a mecenasow - niedzwiedziami. Zachowal sie nawet wierszyk z kabaretu:
A kto kocha nasze sztuki
Kto skupuje biale kruki
Muzy jest milosnik szczery
I kto chodzi na premiery,
W domu wali w pianoforty
I kupuje akwaforty,
Tego chetnie w Klub powiedziem
I nazwiemy go niedzwiedziem...
*
Pani Tatiana obiecala, ze pojedziemy do majatku Oginskiego. Dla mnie Oginscy byli zawsze zwiazani ze Slonimiem nad Szczara i z Kanalem Oginskiego, wiec jak to jest?
- Kiedy bylam po raz pierwszy w 1993 r. na kursie w Polsce - mowi pani Tatiana - postanowilam odnalezc miejsce urodzenia Oginskiego. Michal Kleofas urodzil sie w miasteczku Guzow pod Skierniewicami. W Slonimiu mieszkal jego stryj Kazimierz, zreszta bardzo zasluzony dla rozwoju kultury polskiej. Ale nie mial on wlasciwie kontaktu ze swoim dalekim krewnym.
Nasz Michal Kleofas, urodzony z malzenstwa Oginskiego ze slawna pieknoscia, Szembekowna z domu, otrzymal bardzo staranne wyksztalcenie w Wiedniu. Ojciec Michala, a takze dziadek - przyjaznili sie z ostatnim krolem, Stanislawem Augustem, czesto przebywali w misjach dyplomatycznych. Obaj tez czynili starania, by pogodzic krola z konfederatami barskimi.
Zwiazek z ojcem Michala byl dla jego matki trzecim juz malzenstwem. Z poprzednimi mezami zyla rok. Kazdy z nich zmarl, ale kazdemu urodzila po synu. Sama zwykla mowic, ze jest matka trzech prowincji, bo jeden syn pochodzil z Wielkopolski, drugi z Malopolski, wreszcie Michal - z Wielkiego Ksiestwa.
Ojciec Michala urodzil sie w Trokach pod Wilnem. Tam tez mieli majatek Ogince, nadany im w XVI wieku przez krola Aleksandra Jagiellonczyka. Wczesniej Oginscy mieli majetnosci na Smolenszczyznie, ale wraz z wojnami z Moskwa przeniesli sie blizej Wilna.
Rodzina bardzo sie rozrosla, a przedstawiciele rodu pieli sie coraz wyzej. Znaczace stanowiska zaczynali otrzymywac juz w XVII wieku. Oginscy - tak ze Slonimia, jak i nasi, smorgonscy - mieli wiele majatkow rozrzuconych po calym Wielkim Ksiestwie, a nawet w Inflantach i na Ukrainie. Ojciec Michala byl wojewoda trockim. Podczas pobytu u krola w Warszawie poznal dwukrotnie owdowiala Pauline Szembek, ozenil sie z nia i przeniosl do Guzowa, jej majatku. Tu urodzil sie Michal Kleofas. Kiedy krol mianowal jego ojca swym sekretarzem, ten nie przestal byc wojewoda trockim, kierowal wojewodztwem z oddali.
Doroslszy, Michal Oginski zostal podskarbim litewskim, czyli ministrem finansow Wielkiego Ksiestwa. Zaledwie po roku zaczelo sie powstanie kosciuszkowskie. Oginski przylaczyl sie do walki o niepodleglosc, w pamietnikach napisal, ze oddaje swe majetnosci, swoj honor i zycie ojczyznie. Ofiarowal 40 tys. zlotych dukatow na bron, amunicje, zorganizowal i uzbroil oddzial 480 konnych strzelcow i sam stanal na jego czele. Ruszyl najpierw na Minsk i dalej az w Mscislawskie, skad chcial sciagnac swoich chlopow panszczyznianych, dolaczyc ich do powstancow, a potem wrocic na pomoc Wilnu.
Trasa prowadzila do Dyneburga (Inflanty) i ten marsz, pelen zwycieskich potyczek z Moskalami, zakonczyl sie zle, gdyz w tym czasie Wilno padlo. Potem walczyl jeszcze w Warszawie, dalej pod Grojcem, ale po klesce powstania musial uciekac do Wiednia, gdzie byla jego zona, potem juz z nia do Wloch. I tak zaczela sie jego osmioletnia emigracja. Mieszkal we Francji i w Turcji. Ciagle liczyl, ze moze panstwa te pomoga Rzeczypospolitej odzyskac niepodleglosc.
- Mowimy o Oginskim podskarbim, o Oginskim zolnierzu, wreszcie o Oginskim tulaczu, a kiedy on komponowal? Przecietny Polak zna jego nazwisko tylko jako autora poloneza Pozegnanie ojczyzny...
- On nigdy siebie nie uwazal za kompozytora. Byl czlowiekiem utalentowanym, a komponowal, jak sam pisal, w momentach wypoczynku, na biwaku, kiedy tylko mial dostep do fortepianu. Po prostu improwizowal. Sa nawet przypuszczenia, i w tym kierunku ida moje poszukiwania, ze nasz Mazurek Dabrowskiego wlasnie w ten sposob gdzies w obozie powstal. Wszystko jest mozliwe...
- Kilka kilometrow od Smorgoni, w Zalesiu, Oginski mial swoj palac. Budynek ten ocalal. Ciagle jest "utrzymywany przy zyciu" - a to podloge zrobia, a to dach zalataja, a to otynkuja... Niestety, nigdy nie przeprowadzono remontu z prawdziwego zdarzenia. Zas w samym palacu, w ktorym powinno powstac muzeum, dyzuruje (bo nie mozna tego inaczej nazwac) dwoch pracownikow muzealnych.
Palac otacza duzy rozlegly park. W poblizu wjazdu - dawna kaplica dworska. Spacer po parku daje wytchnienie - nie tylko cisze, ale i upragniony cien. Wiatr, ktory ledwie porusza galeziami drzew, chlodzi nasze twarze. Nie wiedziec dlaczego mijamy palac i alejka schodzimy lekko w dol. Na dosyc stromych zboczach pachnie soczysta trawa i oto przed nami, wesolo po kamieniach pluskajac - Wilia mlodziutenka, jeszcze prawie w powijakach. Ta sama Wilia po kilkuset kilometrach to "naszych strumieni rodzica".
A na zboczu - zapatrzony w jej nurt, zasluchany - potezny glaz z napisem, ktory
wierny zolnierz naczelnika, Michal Kleofas Oginski, polozyl
dla upamietnienia swego dowodcy, Tadeusza Kosciuszki...
|