ANDRZEJ ZWANIECKI
Nowojorska
kronika kulturalna (film)
Nieudolni
rabusie,
estradowe przebieranki, przedrzeznianie Casablanki
Bracia Ethan i Joel Coenowie robia skok na kase i nie jest to piekny widok. Nie dosc, ze pomysl jest tak przeszlifowany, ze jego schematyczny szkielet kluje w oczy, to akcja toczy sie leniwie jak rzeka Missisipi. W miasteczku nad ta rzeka wlasnie do drzwi domu starszej czarnoskorej wdowy Marvy (Irma P. Hall) puka dystyngowany dzentelmen, ktory przedstawia sie jako profesor literatury antycznej G.H. Dorr (Tom Hanks). Dorr pragnie wynajac pokoj z mozliwoscia korzystania z piwnicy, w ktorej - jak powiada - zamierza odbywac proby z zespolem kameralnym wykonujacym muzyke renesansowa. W rzeczywistosci kompania Dorra (Marlon Wayans, J.K. Simmons, Tzi Ma i Ryan Hurst) tworzy szajke, ktora pod batuta bohatera planuje obrabowanie kasyna znajdujacego sie na zacumowanym w poblizu statku. Pod pozorem prob zlodziejski kwintet drazy w piwnicy wdowy tunel do skarbca.
Wszystko to wylozone jest w pierwszych dwudziestu minutach po obowiazkowej prezentacji czlonkow gangu. Ale nawet po takim przygotowaniu partytury nie wszystko gra jak trzeba. Kwieciste oracje Dorra sa chwilami zabawne, a odzywki jego kompanow smieszne. Glowny bohater jest jednak takim ekscentrykiem, ze nie sposob zrozumiec, jak udalo mu sie zwerbowac zlodziejskich fachmanow, a komediowy potencjal roznic miedzy nieudolnymi i niedobranymi wspolnikami rozladowuje sie w jalowych rutynach, zamiast zaowocowac komiczna kakofonia. W filmie nie ma wiekszych niespodzianek ani zaskoczen, kulminacji ani puenty.
Coenowie nigdy nie trzymali sie zasad klasycznej narracji; ich filmy byly wyrafinowanymi literacko i wizualnie pastiszami kryminalnych intryg z wyostrzonym pazurem ironii. Ale tej wariacji na temat angielskiej komedii kryminalnej z 1955 roku brakuje i pazura, i weny. Bez nich zas The Ladykillers jest jak sztuczny kwiat w doniczce - wyglada jak zywy, ale nie ma uroku ani zapachu.
Przeszczepiajac angielskie kontrasty obyczajowe na grunt amerykanski, Coenowie przeciwstawiaja stereotypowo wspolczesnych kryminalistow baptystowskiej tradycji czarnego Poludnia. Ale i na tej plaszczyznie niewiele sie dzieje. Pare tak typowych dla Coenow gagow "z glupia frant" tylko chwilami rozswietla film racami humoru. Przewaza jednak humor staroswiecki i wodewilowy, a gagi sa niemrawe i pozbawione komicznej iskry. Film nie ma przy tym ani rytmu, ani duszy Poludnia, choc sa w nim ladnie wystylizowane kadry typowego miasteczka oraz wspaniale piesni gospel. W istocie muzyka zamiast splatac sie z akcja i komentowac ja, tak jak to bylo w O Brother, Where Art Thou, pojawia sie w najlepszym razie jako ilustracja, w najgorszym jako przerywnik. Dyski z piosenkami z tamtego obrazu mialy wielkie powodzenie. Byc moze najnowszy pomyslany jest jako niewiele wiecej niz reklama sciezki dzwiekowej z muzyka Poludnia.
*
Connie and Carla to prowizorka filmowa posklejana z kradzionych pomyslow, lichych schematow i wymeczonych gagow. Ogladajac ten film, ma sie nieodparte wrazenie, ze za chwile wszystko to runie i pogrzebie godne pozalowania widowisko, szczedzac nam zazenowania i meki. Ale nie ma tak dobrze - akcja napedzana entuzjazmem autorki scenariusza Nii Vardalos zmierza niepowstrzymanie do czegos, co ma uchodzic za final.
Vardalos, ktora przebila sie filmem My Big Fat Greek Wedding, usiluje tu najwyrazniej zdyskontowac sukces kasowy tamtego filmu. Gra ona role Carli, szansonistki i tancerki, ktora wystepujac od dziecinstwa na podrzednych estradach w parze z Connie (Toni Collette), marzy o wielkiej karierze. Po tym, jak przypadkowo staja sie swiadkami morderstwa ich szefa, bohaterki uciekaja do Los Angeles, gdzie scigane przez gangsterow trafiaja do baru dla transwestytow. Tam nasuwa im sie "genialny" pomysl wystapienia na barowej estradzie w charakterze duetu transwestytow. Oczywiscie, wsrod publicznosci sa wplywowi macherzy hollywoodzcy, i oczywiscie... Reszty mozna sie domyslic.
Vardalos, ktora ma komediowe doswiadczenie z klubowych estrad, potrafi zablysnac dowcipem i zagrac z komediowym zacieciem. Ale jej talentu nie starcza na wiecej niz kilka minut. Mozolnie konstruowane gagi zapadaja sie pod wlasnym ciezarem, potkniecia i przewracanki powtarzane sa w kolko, az staja sie tortura (dla widzow), a romantyczne perypetie bohaterek placza sie jak rozwiazane sznurowadla. Akcja nie tyle rozwija sie, co podaza sladem wczesniejszych filmow (Pol zartem, pol serio, Victor/Victoria) wpadajac co i raz w liczne scenariuszowe dziury. I tak, kiedy bohaterki zaczynaja robic kariere, scigajacy je gangsterzy znikaja z pola widzenia, a ekscytowac sie mamy w zamian mozliwoscia wykrycia, ze artystki sa KOBIETAMI! Napiecie jest nie do zniesienia. Cale szczescie, ze sa tu numery wokalno-taneczne, wprawdzie ani specjalnie zabawne, ani widowiskowe, ale przynajmniej pozwalaja na chwile zapomniec o tym "dramatycznym zagrozeniu".
W ujeciu rezysera Michaela Lembecka wszystko to razem ma aure amatorskiego przedstawienia, w ktorym tworcy i wykonawcy oraz ich krewni i znajomi bawia sie swietnie niezaleznie od tego, co dzieje sie na scenie. Konczy sie zas nie tyle popisowym numerem, co wielkim karambolem z udzialem bohaterek, ich dawnych narzeczonych, gangsterow i transwestytow. Do kompletu brakuje tylko kobiety z broda i kapeli feministek grajacych na ukulele.
*
Z gwiazdami w czolowce, wystawnymi dekoracjami i starannie odszytymi kostiumami francuska farsa Bon voyage wydaje sie miec wszystko, czego trzeba do dobrej zabawy. Wymeczonego materialu nie potrafi jednak ozywic ani doborowa obsada, ani sztucznie wen pompowana euforia.
Najoryginalniejszym pomyslem jest osadzenie akcji w okresie II wojny swiatowej tuz przed kapitulacja Francji i utworzeniem kolaboranckiego rzadu Vichy. Rezyser Jean-Paul Rappeneau oraz liczni wspolpracownicy, ktorzy przylozyli reke do scenariusza, uznali polityczne i towarzyskie machinacje towarzyszace upadkowi republiki za idealna scenerie dla parodii romantyczno-szpiegowskiej formuly.
Bordeaux, dokad pod naporem armii hitlerowskiej przenosi sie rzad Francji oraz masa uciekinierow, to klebowisko politycznych intryg i podchodow, z ktorych wylania sie kraj politycznie podzielony. Widzimy wiec zarowno marszalka Petaina przewodniczacego obradom nowego rzadu, jak i uchodzacego do Anglii generala de Gaulle'a. Francuzom mozna pozazdroscic zdolnosci lekkiego potraktowania jednego z bardziej haniebnych momentow w historii ich kraju. Niestety, film robi niewielki uzytek z politycznych wydarzen, traktujac je jako tlo dla idiotycznych przygod glownych bohaterow.
Ich osia sa losy gwiazdy filmowej Viviane (Isabelle Adjani), ktora po uroczystej premierze najnowszego filmu rozprawia sie z napastliwym kochankiem przy uzyciu rewolweru. Nie chcac klopotac sie konsekwencjami zbrodni wzywa na pomoc wielbiciela Frédérica (Grégori Derangïre), ktory przylapany z cialem ofiary trafia za kratki. Po ucieczce z wiezienia wraz z kompanem, zlodziejem Raoulem (Yvan Attal), udaje sie do Bordeaux. W pociagu spotyka Camille (Virginie Ledoyen), asystentke profesora Kopolskiego (Jean-Marc Stehlé), ktory usiluje uchronic przed Niemcami ciezka wode oraz tajemnice jej produkcji. W znacznie bardziej komfortowych warunkach do Bordeaux zmierza rowniez Viviane jako oficjalna kochanka ministra Jean-Étienne Beauforta (Gérard Depardieu). Tam drogi tych i innych postaci przecinaja sie po wielekroc, owocujac sytuacjami na pograniczu parodii Casablanki i lekko dzis przestarzalych komedii sensacyjno-szpiegowskich sprzed lat trzydziestu.
Niektore z tych sytuacji sa zabawne i maja werwe zywiolowej, choc nieco teatralnej farsy. Ale wiekszosc sprawia wrazenie niewypalow pozostawionych w pospiechu przez rezysera. Najwyrazniej w przekonaniu, ze goraczkowa bieganina, poscigi i ucieczki dodadza filmowi komicznej energii, Rappeneau stale podkreca tempo. Material jest jednak tak wymeczony, ze ozywic nie bylyby go w stanie nawet elektrowstrzasy, a nadmiar energii szybko staje sie rownie meczacy jak wygibasy nadpobudliwego dziecka napompowanego kofeina.
W srodku tego chaosu kroluje Adjani jako kaprysna gwiazda rozdarta miedzy zmiennymi
potrzebami oraz mezczyznami, ktorzy je moga zaspokoic. Aktorka,
ktora w ciemnej peruce wyglada jak francuska wersja Barbie,
przewraca oczami i robi miny sygnalizujace ciezka parodie
gwiazdy kina niemego. Ale jej interpretacja jest tylez przesadna,
co monotonna; jest w niej niewiele z aktorzycy widzacej sie
w najwiekszej roli swego zycia. Kiedy wiec w finale Viviane
pojawia sie na ekranie francuskiego kina jak gdyby nigdy nic,
ironia jest tu wymuszona przez rezysera, a nie sugerowana
przez jej kreacje.
|