Marek Kusiba
Zabka przez Atlantyk
Pozerani przez Ameryke (2)
"Bo to widzisz pan, czasami reporterowie
przynosza mi mylne fakta"
(Henryk Sienkiewicz)
Felieton sprzed tygodnia ukazal sie w dniu
440. urodzin tworcy Romea i Julii i 105. tworcy Lolity,
obchodzonym nie bez kozery jako Swiatowy Dzien Ksiazki i Praw
Autorskich. Do praw autorskich i Nabokova powroce pozniej,
teraz wracam do przybyszow z Polski pozeranych przez Ameryke
w pogoni za szybka reporterska strawa, o czym swiadcza niestrawne
ksiazki, pisane po kilku zaledwie tygodniach lub miesiacach
pobytu na amerykanskiej ziemi. Napisalem, ze wiekszosc piszacych
miala szczescie trafiac do Ameryki zawsze w okolicach jakiegos
dziejowego zametu lub zakretu. A szczescie w zawodzie reportera
- nawet z przypadku - to polowa sukcesu.
Historyk Andrzej Garlicki spedzil tu rok
1973. "W ciagu tych dwunastu miesiecy - pisal w Zapiskach
znad jeziora Michigan, wydanych przez Ministerstwo Obrony
Narodowej - przezylem wraz z Amerykanami alert amerykanskich
sil zbrojnych w zwiazku z wojna na Bliskim Wschodzie, kryzys
energetyczny, apogeum Watergate, zakonczone zlozeniem urzedu
przez prezydenta Nixona, poglebiajaca sie inflacje i wzrost
bezrobocia. Z punktu widzenia obserwatora byl to rok pasjonujacy".
Jak widac, Garlicki mial wyjatkowe szczescie.
Szczescie dopisalo tez Wladyslawowi Kulickiemu.
Oto pierwsze zdania jego ksiazki Mustangiem do Seminolow (Nasza Ksiegarnia, 1970): "Do Ameryki trafilem w okresie,
ktory trudno zaliczyc do najspokojniejszych. Byla jesien 1967
roku. Wojnie w Wietnamie nie widac konca. W Waszyngtonie i
Nowym Jorku tlumy mlodziezy demonstrowaly przeciw tej barbarzynskiej
masakrze. W Baltimore, Pittsburghu, Chicago wciaz nie ustawaly
gwaltowne wystapienia Murzynow w obronie swych praw obywatelskich.
W Detroit (...) czernialy zgliszcza spalonych domow po slynnych
lipcowych rozruchach murzynskich".
Stanislaw Dyksinski tez mial ogromnego reporterskiego
nosa, skoro trafil w sam srodek studenckiej rewolty. W kolejnej
wydanej przez MON ksiazce Nie gascie swiatel na Manhattanie (prorocza antycypacja wielkiego zaciemnienia?) iscie wojskowa
dyscyplina mysli kazala mu sie domyslic pewnych skojarzen
z nie tak znowu odleglych czasow. "Spytalem wowczas mlodego
czlowieka, dlaczego demonstruje, przeciez stworzono im tak
dobre warunki nauki? Spojrzal na mnie pogardliwie przez zalzawione
gazem oczy i fuknal: 'Splywaj pan stad lub przylacz sie do
nas. Tutaj - wskazal na tlum studentow maszerujacych cala
jezdnia - jest nasza sila, a tam gowno. Po raz pierwszy w
zyciu wiem, ze cos znacze, ze nas sie ktos boi. Rozumie pan?'".
Oto jeszcze jedna lapidarna definicja przyczyn
polskiego Marca '68. Dalej nastepuje komentarz uogolniajacy
obie sytuacje: zastana i wspominana (?): "To na nich sa budy
policyjne, palki, gazy lzawiace. Jutro beda na ustach calej
Ameryki, ich znajomi w Bostonie, Nowym Jorku czy Waszyngtonie
zobacza ich w telewizji, toczyc sie beda dyskusje, spory.
Bohaterowie dnia! Dla samego tego warto oberwac palka lub
przespac kilka nocy w areszcie". Dyksinski chwali sie przy
okazji znajomoscia klasykow: "dlugie ich wlosy, krecone wasiska,
wzrok dziki i suknia plugawa - zuje w myslach i usmiecham
sie do siebie".
Oto przyklad, jak latwo mozna popasc w smiesznosc.
Zamiast rzetelnie relacjonowac, reporter wdal sie w potyczki
z wlasnymi kompleksami, zamiast pisac - pietnowal. Podobny,
belferski stosunek odnajdziemy w wielu tekstach, skazonych
podwojnym widzeniem, czepianiem sie, przesadyzmem, protekcjonizmem,
bylejakoscia. W miejsce analiz mamy analogie, a dystans i
chlodny oglad wypieraja obelgi.
Przed miesiacem w ostrych slowach pisalem
o odkryciu przez niemieckiego literaturoznawce Michaela Maara
opowiadania Heinza von Lichberga z 1916 r. pt. Lolita,
do zludzenia przypominajacego slynna Lolite Vladimira
Nabokova, wydana cztery dekady pozniej. Kilka dni temu przyjaciel
podsunal mi ksiazke Pniniad. Vladimir Nabokov and Marc
Szeftel, wydana przez University of Washington Press w
1997 r. Galya Diment, profesor jezykow slowianskich Uniwersytetu
Waszyngtona w Seattle, pisze w niej, ze Nabokov przeslal redaktorce New Yorkera, Katharine White, Lolite z nadzieja,
ze zdecyduje sie na publikacje kilku fragmentow. Jakiez musialo
byc jego zaskoczenie, gdy 27 sierpnia 1955 r. zobaczyl w gazecie
opowiadanie zatytulowane Lolita, podpisane nazwiskiem
Dorothy Parker.
Przeczytalem ten tekst. Ten sam pomysl, prawie
identyczne postaci, ze o tytule nie wspomne. Nabokov stanowczo
zazadal od redaktorki wyjasnien. Jak pisze prof. Diment, Katharine
White zapewnila autora, ze podobienstwo opowiadania pani Parker
z powiescia Nabokova jest czystym przypadkiem; Parker nie
miala dostepu do maszynopisu Lolity, nie mogla tez
uslyszec streszczenia powiesci z ust redaktorki, gdyz ta ostatnia
najprawdopodobniej jej nie przeczytala. Potwierdzenie tego
przypuszczenia znalazlem w wyborze korespondencji pisarza
z lat 1940-1977. W liscie z 16 lutego 1957 r. pisze do red.
White z nieukrywanym zawodem: "I am sorry you never read the Lolita I sent you".
Korespondencja na temat opowiadania Dorothy
Parker pomiedzy Nabokovem i White nie zostala opublikowana,
ale jest dostepna w Bibliotece Publicznej Nowego Jorku, w
Berg Collection - jak pisze prof. Diment. Gdy ukazalo sie
amerykanskie wydanie Lolity, Dorothy Parker stala sie
jedna z najzagorzalszych wielbicielek tego utworu, piszac
entuzjastyczne recenzje. Nabokov nie pozostal jej dluzny;
8 stycznia 1964 r. zwierzyl sie w liscie do Byrona Dobella,
ze od wielu lat jest wielbicielem pisarstwa ("admiring reader")
Dorothy Parker.
Ten przyklad pokazuje, ze przypadki chodza
po ludziach - i utworach literackich. W swietle powyzszych
ustalen nie sposob jednoznacznie wyrokowac, ze Nabokov przeczytal
opowiadanie Lichberga, zanim napisal swoja powiesc, ani o
tym, ze Lolita byla literacka kradzieza: sa to za ostre
slowa. Nie wiemy, dlaczego kilku nieznanych sobie ludzi skresla
te same numery w totolotka. Nie wiemy, jakie mechanizmy sprawiaja,
ze kilku pisarzy na swiecie mysli o takim samym utworze literackim.
Moze to magia - zwiazkow pozazmyslowych, roj literackich motyli,
krazacych nad kwietna laka literatury? Szczesliwi, ktorym
uda sie zlowic najpiekniejsze okazy. Nabokov zlowil zdecydowanie
najbardziej kolorowego motyla.
Vladimir Nabokov i Dorothy Parker potraktowali
rzecz cala z dystansem i swiadomoscia, ze takie zbiegi okolicznosci
jednak sie zdarzaja i sa mniej wazne od utworu, jaki powstaje
w wyniku ich zaistnienia. Mozemy miec tylko nadzieje, ze gdyby
Heinz von Lichberg mogl przeczytac powiesc Vladimira Nabokova,
zareagowalby w podobny do Dorothy Parker sposob i stal sie
admiratorem bardziej doskonalego wcielenia Lolity.
(Cdn)
|
|