Jan Palarczyk
Z gwiazdami pod reka...
W
moim snie na poczatku bylo slowo, a potem nastapil chaos.
Bladzac w nim, odkrylem piekno i milosc, a wtedy gwiazdy same
wsunely mi sie pod reke.
*
Za siedmioma bramami raju, na zamku w Galilei
albo w mojej glowie - ksiezniczka zatanczyla striptiz z mojego
zycia. Lekko, nad sama ziemia. W welonach teczy, wokol gwiazd
i ksiezyca. Byla ruchem, ktory pojawia sie i znika. Pieszczota
wielkich oczu na Drodze Mlecznej, ktora dla mnie wysnila.
Dotknela moich warg kropla rosy, odslonila
pierwsza chuste i ujrzalem usta, ktore byly zakochaniem. W
locie bialej golebicy zrzucila swa druga odslone, odkryla
ramiona i zmienila je w pozadanie. Trzecia ukazala dwoje kozlat,
blizniat gazeli. To one mogly wykarmic syna, ktorego nie mialem.
Czwarta byla miesiaczka ksiezyca. Piata rozdzielala moim corkom
serce od ducha. W tancu pokryla mnie chusta samotnosci. Odslonila
siodma zaslone i obdarzyla ziemie madroscia. Wtedy posiwialem.
- Jak pieknie tanczysz dzis wieczor, ksiezniczko
Salome - szepnalem zachwycony, ale ona zazadala juz tylko
glowy mojego imiennika. Zazdrosny Herod zmarszczyl brwi, a
potem spelnil jej wole. Na widok scietej glowy zemdlalem.
*
Na Soho, w Nowym Jorku, rozebralem sie dla
sztuki, a dwie biblijne siostry zaprowadzily mnie na szafot.
W galerii bylo ciemno, dziwnie i metafizycznie. Tam odciely
mi glowe. To byl francuski pocalunek. Wcale nie bolalo. Przeniosly
moja glowe na szyje mlodej i rozebranej dziewczyny. Tak narodzil
sie obraz kuszacej Wenus, z moja twarza i siwymi wlosami.
Najpierw ten nieszczesny wizerunek zamienil sie w serie pocztowek,
potem plakatow i transparentow, az wreszcie zaczal sie wyswietlac
na elektronicznych billboardach na Times Square. Konkurowalem
z anoreksyjnymi modelami Calvina Kleina.
Tego bylo za wiele. Piec minut slawy mojej
glowy stalo sie nie do zniesienia. Zostawilem ja w Nowym Jorku
i ucieklem do San Francisco.
*
Pedzilem przez zycie na sportowym motocyklu.
Czulem pod soba sile mechanicznego konia i z szybkoscia stu
mil na godzine przecinalem moja bajke. Moje amerykanskie marzenie.
Bylem czterdziestoczteroletnim chlopcem, ktorego porwal wiatr
i wlasne marzenia. Wydawalo mi sie, ze jestem mezczyzna, ktory
na tym motocyklu moze zdobyc caly swiat. Kochalem sie z tym
pedem i scigalem sie z granica wlasnej wytrzymalosci. Moja
meskosc tryskala kroplami wiary w swoje wlasne ego. Te krople
od razu zamienialy sie w dziesiatki tysiecy dolarow. To byl
najwiekszy ped mojego zycia, tyle ze bez kasku bezpieczenstwa
na glowie, bo jej juz nie mialem.
Na moscie Golden Gate potracila mnie samochodem
jakas kobieta. Z Czarna Madonna w przerazonych oczach. I z
przeladowanym bagaznikiem, ktorego juz nigdy nie rozpakuje.
Zrzucony z mechanicznego rumaka przelecialem pare pasow i
uderzylem w barierke, a moj motocykl, wraz z marzeniami, polecial
jeszcze dalej i runal w dol z mostu samobojcow. Krew plynela
z glowy, ktorej juz nie mialem.
To jest Ameryka. Tylko tutaj mozna sila zmusic
czlowieka do zycia. Reanimowac cialo bez glowy. Zostalem utykajacym
bankrutem, wtedy odkrylem dar widzenia tego, co istnieje,
ale czego nie mozna dotknac reka.
Wiedziala o tym stara, zebrzaca Murzynka.
Kiedy ja mijalem, pokiwala glowa.
- Lsnisz - powiedziala. Pod jej pomarszczona,
czarna skora zobaczylem biala dusze. W oczach ujrzalem usmiech
starego filozofa. - Teraz jestes wolnym czlowiekiem. Idz i
poszukaj swietego slowa - rozkazala czysta polszczyzna.
*
Na otwarcie polskiej wystawy w Chicago Art
Institute dotarlem z lotniska poznym wieczorem. Odebralem
w kasie zaproszenie i z trudnoscia wkroczylem na schody swiatyni
sztuki. A potem spojrzalem w gore. Z kopuly budynku zwisal
olbrzymi swiecznik, a pod nim monumentalnych rozmiarow obraz
Afrodyty. Kuszaca bogini milosci byla piekna i wielka. Unosila
sie w powietrzu nad wystawa. Niestety, miala moja glowe z
Nowego Jorku.
Na wystawie bylem czescia eksponatu. I czulem
sie jak malpa pokazywana w zoo. Wszystkim grzecznie podawalem
lapke. Pan ambasador polski z malzonka, pan ambasador amerykanski
z zona z Polski, pani polonijna milionerka z mezem, i tak
po setki razy. I jakas pani z dekoltem w brylantach, ktora
koniecznie chciala wiedziec, czy jestem hermafrodyta. W odpowiedzi
wzruszylem tylko ramionami.
Siostry Salome, ubrane w czarne fraki, roznosily
na srebrnych tacach czerwone wino. Z pelnym kielichem schowalem
sie przed glowa. W samotnosci przytulilem sie do kolumny swiatyni
sztuki.
Wtedy przezylem olsnienie. To byl dotyk boskosci,
ale jeszcze na ziemi. Aury, ktora wyczuwalem zmyslami. Nieobecnej
kobiety, ktora juz kiedys dla mnie pachniala i okrywala mi
dusze siedmioma welonami pocalunkow. Porywala mnie ku gwiazdom,
ale ja nic nie widzialem. Powoli namalowala sie swoim usmiechem.
Byla wysoka, czarujaca i niezwykle pociagajaca. Z dumnym nosem
i dlugimi wlosami, ktorymi otulila moje przyrodzenie i moje
marzenia. W dziewczecy sposob igrala i bezczelnie ignorowala
moje czterdziesci i cztery.
- Ta glowa mi sie nie podoba, ale... pan
jest bardzo perwersyjny na tym obrazie - powiedziala po polsku
z silnym amerykanskim akcentem. Chcialem jej powiedziec, ze
to byl zart biblijnych siostr z Nowego Jorku, ale nie moglem
wykrztusic slowa. Wokol nas stalo sie cos dziwnego. Otoczyl
nas oblok, porwal z tlumu gosci i zawiesil w powietrzu. Pod
sama kopula. Bylo niebezpiecznie i bardzo goraco. A ona piescila
mi dusze cala namietnoscia swojego spojrzenia.
- Niech sie pan nie obawia - szeptala zachecajaco.
Spojrzalem w dol. Nie ulegalo watpliwosci, wisielismy zawieszeni
w przestrzeni i czasie. Usmiechnela sie znowu: - Pana glowa...
- Szukam slowa... - przerwalem. Czy ja ja
juz gdzies spotkalem?
- Pod ziemia - powiedziala marszczac piekne
czolo - w Krakowie jest komnata. Tam luk sklepienia lamie
dzwiek i czyni slowo narzedziem sztuki...
- Pani nie jest z tego swiata! - wybuchnalem
w powietrzu. - I zaraz spadniemy razem na bruk.
- Na ziemi juz pan raz stracil glowe. Tutaj
sa tylko sztuka i piekno. Niebianski akt kreacji. Milosci
i Boga samego. Samej duszy czlowieka.
Usilowalem do niej przemowic. O tym, ze zycie
zrzucilo mnie z motocykla. Wyplakac sie przed nia slowem,
bo czulem sie bankrutem. Ona mnie jednak nie sluchala. Wsunela
mi sie pod ramie.
- Pan jest bardzo pretensjonalny - szepnela
do ucha, a wtedy moim cialem wstrzasnely dreszcze. Ten erotyczny
ton, z akcentem, wzbudzal w moich zylach burze, ale i tez
przynosil ukojenie. Widzac to, czekala, az ochlone.
- Niech pan wiec szuka slowa - powiedziala
przypinajac mi skrzydla. - I to samego Jana Kochanowskiego.
I niech to bedzie slowo ducha. Z wielkiej improwizacji Adama.
Pan tak nie napisze, pan ma za male pioro. Ale pan stworzy
teatr wielki, gdzie rozkwitnie literatura. Zaprowadzi pan
do tej komnaty aktorke, a ona panu to slowo wydmucha i poezja
sie stanie.
- Skad pani jest? Gdzie pani mieszka? - spytalem
zaczarowany.
- Mieszkam w pana wyobrazni i na obrazach
najwiekszych mistrzow tego swiata - usmiechnela sie.
- Pani ma rozkoszne wargi, ale... mowi pani
niewyraznie. Pani nieladnie wymawia slowa!
W jednej chwili zjechalismy z kopuly na ziemie.
Oblok osunal sie delikatnie i zniknal. Powrocil szum ludzkich
glosow. Obrocila sie na piecie. Nigdy juz jej nie spotkalem.
Zostawila mi milosc do slowa, ktorego pozadalem.
*
Z Chicago od razu polecialem do Krakowa.
Na spotkanie swej duszy w Zaulku Niewiernego Tomasza. Tego,
ktory musial dotknac, aby uwierzyc. Usiadlem za lada baru
Dym. To tam pali caly Krakow. Gdzie jest ta komnata, teatr,
aktorka? Czy ta Murzynka naprawde mowila po polsku? Niemoja
glowe rozsadzal bol, wiec zaczalem pic.
- Dlaczego pan jest taki smutny? - zapytala
sasiadka. Spojrzalem na nia. To bylo Cudowne Dziecko. Piekne
jak Afrodyta, ale z cudowna dykcja. Tak juz nikt w Polsce
nie mowil. Slowa splywaly z jej warg i tonely w dymie z papierosow.
A ona popijala je piwem.
- Czy moge dotknac twoich ust? - zapytalem
Cudownego Dziecka, ktore musialo miec osiemnascie lat, skoro
juz pilo. - Szukam slowa...
- Pan cierpi z milosci. Panu dusza placze
- rozesmiala sie dziewczyna. - I pan jest niezlym wariatem.
- To prawda. Wsrod gwiazd stracilem glowe.
- Czy to one pana zrzucily wlasnie w Krakowie?
- Nie, w San Francisco. To tam mialem dziwny
wypadek, a w Chicago poznalem tajemnice wieksza od smierci...
- Wznosze toast za milosc! Pozegnalam wlasnie
kogos w Nowym Jorku. Tak samo starego, jak pan. Nie wsrod
gwiazd, ale na ziemi bylo nam bardziej niz milo...
Wtedy wskazujacym palcem dotknalem warg Cudownego
Dziecka.
- Eureka! - krzyknalem.
- A imie twoje czterdziesci i cztery - zazartowalo
Mickiewiczem Cudowne Dziecko. - Pan znajdzie to slowo, ktorego
pan szuka. Pan jest juz stary, ale za to ja mam talent...
Poprosilem mlodego barmana o serwetke i dlugopis.
Wymienilismy sie z Cudownym Dzieckiem telefonami. Zaraz potem
zniknelo w magicznej krakowskiej nocy.
Barman spojrzal na mnie z zaciekawieniem.
- Czy pan wie, z kim pan rozmawial?
- Jak to z kim?
- To Cudowne Dziecko. Anastazja, mloda gwiazda
europejskiego kina. Ostatnia rola przyniosla jej wielka nagrode
w Cannes. Daje slowo honoru, ze w tej chwili cala Polska i
Europa panu zazdrosci.
- Dlaczego?
- Dlatego, ze podala panu swoj numer telefonu.
Skad pan wlasciwie sie wzial?
- Z Ameryki.
- No, tak. Wy tam zyjecie na strasznej prowincji
i w ogole nic nie rozumiecie.
*
Wyszedlem z dymu na powietrze. Dreczyly mnie
te fantazje, afrodyty i anastazje. Moje gwiazdy. Wtedy Adam
z krakowskiego Rynku rozsypal je na niebie i wcielil w slowa.
One leca (...), tocza sie, graja i swieca. Juz dalekie:
czuje jeszcze, ich wdziekami sie lubuje, ich okraglosc dlonia
czuje, ich ruch mysla odgaduje...
Urokliwe dzieweczki, nieposluszne gwiazdeczki.
Ziemskosc ich piekna jest w dotyku, ale to puch marny, istoty
wietrzne... One mi juz daly wszystko, co mi mogly dac. A ja
teraz juz tylko szukam slowa, ktore jest miloscia. Tego, ktore
bylo na poczatku i ktore po nas pozostanie.
Prowadzil mnie polska droga krolewska Swiety
Tomasz z Krakowa. To nie bylo latwe. Z trudnoscia stawialem
kroki. Na Florianskiej spojrzalem na wieze mariacka. A ona
wlasnie przezywala najwieksze, kalifornijskie trzesienie ziemi.
Wila sie, jak guma do zucia, w dziesiatce w skali Richtera.
Na tej pokreconej, wykreconej i kiwajacej sie wiezy krolowal
trebacz. To bylo takie polskie, tak romantyczne. Cala Polska
walila sie w gruzy, a on sobie trabil hejnal, jak gdyby nigdy
nic. I nikt go nie sluchal, bo byla czwarta nad ranem.
Bylem juz zbyt pijany na to, aby objac i
uspokoic wieze mariacka. Na rogu ulic Niewiernego Tomasza
oraz Florianskiej zastapil mi droge Trecius, pensjonat piekniejszy
od rozy. Tam wciagnelo mnie wielkie loze. Myslalem, ze zamykam
powieki. Znowu chcialy na nich zatanczyc moje fantazje. -
Ale ty szukasz slowa swietego i wielkiego - szeptalo przeznaczenie.
- Slowa zywego, samym sercem tetniacego. Norwidowskich skrzydel
i nieba. Slowa, ktore ducha zaspokaja. Ktore dusze dotyka,
piesci i uspokaja. Slowa, ktore jest muzyka i metafizyka.
Szukam slowa dojrzalego, pieknego i boskiego. Niesionego lekkim
wiatrem, ale wiecznego. Tego, ktore bylo na poczatku i ktore
po nas pozostanie.
We snie przyszedl wlasciciel. Z pochodnia
w reku. Skinal reka. Ruszylem za nim. Schodzilismy kretymi
schodami w dol. Spirala historii. Malymi krokami, malymi stopniami
przez szescset lat. W piwnice Krakowa. Az na samo dno. I tam
byla komnata. Z gotyckim sklepieniem. To miejsce wiekom wydarl
wlasciciel i odkopal historie. A potem uniosl pochodnie w
gore. Plomienie zawirowaly w pajaku sklepienia. Na ramionach
zatanczyl welonami usmiech Afrodyty. Zaczelo mi sie krecic
w glowie, ktorej nie mialem. To w tej komnacie milosc uczynie
slowem. Wreszcie zrozumialem...
*
Trebacz znowu gral swoj hejnal. Obudzilem
sie spocony. I od razu zatesknilem za Dymem. Tam zamowilem
podwojna mala czarna i zadzwonilem po Cudowne Dziecko. Anastazja
przyjechala taksowka. Ubrana tak, jakby wlasnie miala odbierac
Oscara.
Porwalem ja za reke i poprowadzilem schodami
w dol mojego snu. Pod caly Krakow, przez stopnie stuleci.
Do tajemniczej komnaty, ktora zostala wydarta wiekom. Zstepujac
w podziemie Anastazja pobrudzila suknie, a jej makijaz przysypal
pyl z rusztowan i kamieni. Cudowne Dziecko bylo przerazone,
ale dzielnie, krok po kroku, schodzilo ze mna w dol spirali.
Wkroczylismy do komnaty. Ustawilem ja pod lukiem, dotknalem
palcem jej ust i krzyknalem:
- A teraz przemow slowem!
- Ale jakim? - szepnela Anastazja.
To bylo dobre pytanie. - Najlepiej od razu
tym swietym.
- Na poczatku bylo Slowo, a Slowo bylo u
Boga... - zaczela glosno dziewczyna. - Wszystko przez Nie
sie stalo, a bez Niego nic sie nie stalo, co sie stalo.
I cos sie wtedy stalo. Pod lukiem odwiecznego
sklepienia zabrzmiala sekunda wiecznosci. I porwala nam dusze.
To nie byla poezja, to byla metafizyka.
Sztuka, ktora stala sie slowem, zabrzmiala
dostojnym dzwiekiem staropolskiego ducha. Przy swietle pochodni
mury ozyly obrazem. Jana z Czarnolasu, ktory oplakiwal smierc
swojej corki. Adama, improwizujacego czterdziesci i cztery.
Heleny Modrzejewskiej, ktora kowbojom recytowala polski alfabet.
Mlodego Karola, spowiedzia ksiedza Robaka odbierajacego mowe
niemieckim glosnikom. Danuty Michalowskiej, przy swiecach
malujacej swym slowem legende Gilgamesza na Wawelu. Konrada
Swinarskiego i jego inscenizacji Dziadow. Piotra Skrzyneckiego,
ktory otwieral swoj kabaret wiekszy niz zycie. Milczacych
blizniakow z Umarlej klasy Kantora z ich cisza jak
na poczatku. Ewy Emil z Krakowa, ktora piszac przez cale zycie,
odeszla do slowa w Kalifornii.
To byla najwieksza kreacja Anastazji. Jej
wargi dmuchaly ducha, a rodzace sie na nich slowa wirowaly
pod sklepieniem. I dotykaly mnie strofa Norwida: Slowo
brzmi ciagle, i ciagle jest w ruchu. Bardziej niz swiatlosc
jego promieniace w duchu.
*
Na zmyslowych ustach Cudownego Dziecka odnalazlem
slowo, ktore bylo przed nami. Wtedy moja glowa wrocila na
swoje miejsce. Uwierzylem poetom, ze po naszej zyciowej komedii
zostanie tylko dobroc i milosc, ktora w ruch wprawia slonce
i gwiazdy. Sztuka jest zycie z odrobina swietosci na co dzien.
Tak zyje sie po prostu latwiej. Na tej ziemi, ale z gwiazdami
pod reka.
Krakow, Pensjonat Trecius, Nowy Rok 2004
|