PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 30 kwietnia 2004


Jan Palarczyk

Z gwiazdami pod reka...

W moim snie na poczatku bylo slowo, a potem nastapil chaos. Bladzac w nim, odkrylem piekno i milosc, a wtedy gwiazdy same wsunely mi sie pod reke.

*

Za siedmioma bramami raju, na zamku w Galilei albo w mojej glowie - ksiezniczka zatanczyla striptiz z mojego zycia. Lekko, nad sama ziemia. W welonach teczy, wokol gwiazd i ksiezyca. Byla ruchem, ktory pojawia sie i znika. Pieszczota wielkich oczu na Drodze Mlecznej, ktora dla mnie wysnila.

Dotknela moich warg kropla rosy, odslonila pierwsza chuste i ujrzalem usta, ktore byly zakochaniem. W locie bialej golebicy zrzucila swa druga odslone, odkryla ramiona i zmienila je w pozadanie. Trzecia ukazala dwoje kozlat, blizniat gazeli. To one mogly wykarmic syna, ktorego nie mialem. Czwarta byla miesiaczka ksiezyca. Piata rozdzielala moim corkom serce od ducha. W tancu pokryla mnie chusta samotnosci. Odslonila siodma zaslone i obdarzyla ziemie madroscia. Wtedy posiwialem.

- Jak pieknie tanczysz dzis wieczor, ksiezniczko Salome - szepnalem zachwycony, ale ona zazadala juz tylko glowy mojego imiennika. Zazdrosny Herod zmarszczyl brwi, a potem spelnil jej wole. Na widok scietej glowy zemdlalem.

*

Na Soho, w Nowym Jorku, rozebralem sie dla sztuki, a dwie biblijne siostry zaprowadzily mnie na szafot. W galerii bylo ciemno, dziwnie i metafizycznie. Tam odciely mi glowe. To byl francuski pocalunek. Wcale nie bolalo. Przeniosly moja glowe na szyje mlodej i rozebranej dziewczyny. Tak narodzil sie obraz kuszacej Wenus, z moja twarza i siwymi wlosami. Najpierw ten nieszczesny wizerunek zamienil sie w serie pocztowek, potem plakatow i transparentow, az wreszcie zaczal sie wyswietlac na elektronicznych billboardach na Times Square. Konkurowalem z anoreksyjnymi modelami Calvina Kleina.

Tego bylo za wiele. Piec minut slawy mojej glowy stalo sie nie do zniesienia. Zostawilem ja w Nowym Jorku i ucieklem do San Francisco.

*

Pedzilem przez zycie na sportowym motocyklu. Czulem pod soba sile mechanicznego konia i z szybkoscia stu mil na godzine przecinalem moja bajke. Moje amerykanskie marzenie. Bylem czterdziestoczteroletnim chlopcem, ktorego porwal wiatr i wlasne marzenia. Wydawalo mi sie, ze jestem mezczyzna, ktory na tym motocyklu moze zdobyc caly swiat. Kochalem sie z tym pedem i scigalem sie z granica wlasnej wytrzymalosci. Moja meskosc tryskala kroplami wiary w swoje wlasne ego. Te krople od razu zamienialy sie w dziesiatki tysiecy dolarow. To byl najwiekszy ped mojego zycia, tyle ze bez kasku bezpieczenstwa na glowie, bo jej juz nie mialem.

Na moscie Golden Gate potracila mnie samochodem jakas kobieta. Z Czarna Madonna w przerazonych oczach. I z przeladowanym bagaznikiem, ktorego juz nigdy nie rozpakuje. Zrzucony z mechanicznego rumaka przelecialem pare pasow i uderzylem w barierke, a moj motocykl, wraz z marzeniami, polecial jeszcze dalej i runal w dol z mostu samobojcow. Krew plynela z glowy, ktorej juz nie mialem.

To jest Ameryka. Tylko tutaj mozna sila zmusic czlowieka do zycia. Reanimowac cialo bez glowy. Zostalem utykajacym bankrutem, wtedy odkrylem dar widzenia tego, co istnieje, ale czego nie mozna dotknac reka.

Wiedziala o tym stara, zebrzaca Murzynka. Kiedy ja mijalem, pokiwala glowa.

- Lsnisz - powiedziala. Pod jej pomarszczona, czarna skora zobaczylem biala dusze. W oczach ujrzalem usmiech starego filozofa. - Teraz jestes wolnym czlowiekiem. Idz i poszukaj swietego slowa - rozkazala czysta polszczyzna.

*

Na otwarcie polskiej wystawy w Chicago Art Institute dotarlem z lotniska poznym wieczorem. Odebralem w kasie zaproszenie i z trudnoscia wkroczylem na schody swiatyni sztuki. A potem spojrzalem w gore. Z kopuly budynku zwisal olbrzymi swiecznik, a pod nim monumentalnych rozmiarow obraz Afrodyty. Kuszaca bogini milosci byla piekna i wielka. Unosila sie w powietrzu nad wystawa. Niestety, miala moja glowe z Nowego Jorku.

Na wystawie bylem czescia eksponatu. I czulem sie jak malpa pokazywana w zoo. Wszystkim grzecznie podawalem lapke. Pan ambasador polski z malzonka, pan ambasador amerykanski z zona z Polski, pani polonijna milionerka z mezem, i tak po setki razy. I jakas pani z dekoltem w brylantach, ktora koniecznie chciala wiedziec, czy jestem hermafrodyta. W odpowiedzi wzruszylem tylko ramionami.

Siostry Salome, ubrane w czarne fraki, roznosily na srebrnych tacach czerwone wino. Z pelnym kielichem schowalem sie przed glowa. W samotnosci przytulilem sie do kolumny swiatyni sztuki.

Wtedy przezylem olsnienie. To byl dotyk boskosci, ale jeszcze na ziemi. Aury, ktora wyczuwalem zmyslami. Nieobecnej kobiety, ktora juz kiedys dla mnie pachniala i okrywala mi dusze siedmioma welonami pocalunkow. Porywala mnie ku gwiazdom, ale ja nic nie widzialem. Powoli namalowala sie swoim usmiechem. Byla wysoka, czarujaca i niezwykle pociagajaca. Z dumnym nosem i dlugimi wlosami, ktorymi otulila moje przyrodzenie i moje marzenia. W dziewczecy sposob igrala i bezczelnie ignorowala moje czterdziesci i cztery.

- Ta glowa mi sie nie podoba, ale... pan jest bardzo perwersyjny na tym obrazie - powiedziala po polsku z silnym amerykanskim akcentem. Chcialem jej powiedziec, ze to byl zart biblijnych siostr z Nowego Jorku, ale nie moglem wykrztusic slowa. Wokol nas stalo sie cos dziwnego. Otoczyl nas oblok, porwal z tlumu gosci i zawiesil w powietrzu. Pod sama kopula. Bylo niebezpiecznie i bardzo goraco. A ona piescila mi dusze cala namietnoscia swojego spojrzenia.

- Niech sie pan nie obawia - szeptala zachecajaco. Spojrzalem w dol. Nie ulegalo watpliwosci, wisielismy zawieszeni w przestrzeni i czasie. Usmiechnela sie znowu: - Pana glowa...

- Szukam slowa... - przerwalem. Czy ja ja juz gdzies spotkalem?

- Pod ziemia - powiedziala marszczac piekne czolo - w Krakowie jest komnata. Tam luk sklepienia lamie dzwiek i czyni slowo narzedziem sztuki...

- Pani nie jest z tego swiata! - wybuchnalem w powietrzu. - I zaraz spadniemy razem na bruk.

- Na ziemi juz pan raz stracil glowe. Tutaj sa tylko sztuka i piekno. Niebianski akt kreacji. Milosci i Boga samego. Samej duszy czlowieka.

Usilowalem do niej przemowic. O tym, ze zycie zrzucilo mnie z motocykla. Wyplakac sie przed nia slowem, bo czulem sie bankrutem. Ona mnie jednak nie sluchala. Wsunela mi sie pod ramie.

- Pan jest bardzo pretensjonalny - szepnela do ucha, a wtedy moim cialem wstrzasnely dreszcze. Ten erotyczny ton, z akcentem, wzbudzal w moich zylach burze, ale i tez przynosil ukojenie. Widzac to, czekala, az ochlone.

- Niech pan wiec szuka slowa - powiedziala przypinajac mi skrzydla. - I to samego Jana Kochanowskiego. I niech to bedzie slowo ducha. Z wielkiej improwizacji Adama. Pan tak nie napisze, pan ma za male pioro. Ale pan stworzy teatr wielki, gdzie rozkwitnie literatura. Zaprowadzi pan do tej komnaty aktorke, a ona panu to slowo wydmucha i poezja sie stanie.

- Skad pani jest? Gdzie pani mieszka? - spytalem zaczarowany.

- Mieszkam w pana wyobrazni i na obrazach najwiekszych mistrzow tego swiata - usmiechnela sie.

- Pani ma rozkoszne wargi, ale... mowi pani niewyraznie. Pani nieladnie wymawia slowa!

W jednej chwili zjechalismy z kopuly na ziemie. Oblok osunal sie delikatnie i zniknal. Powrocil szum ludzkich glosow. Obrocila sie na piecie. Nigdy juz jej nie spotkalem. Zostawila mi milosc do slowa, ktorego pozadalem.

*

Z Chicago od razu polecialem do Krakowa. Na spotkanie swej duszy w Zaulku Niewiernego Tomasza. Tego, ktory musial dotknac, aby uwierzyc. Usiadlem za lada baru Dym. To tam pali caly Krakow. Gdzie jest ta komnata, teatr, aktorka? Czy ta Murzynka naprawde mowila po polsku? Niemoja glowe rozsadzal bol, wiec zaczalem pic.

- Dlaczego pan jest taki smutny? - zapytala sasiadka. Spojrzalem na nia. To bylo Cudowne Dziecko. Piekne jak Afrodyta, ale z cudowna dykcja. Tak juz nikt w Polsce nie mowil. Slowa splywaly z jej warg i tonely w dymie z papierosow. A ona popijala je piwem.

- Czy moge dotknac twoich ust? - zapytalem Cudownego Dziecka, ktore musialo miec osiemnascie lat, skoro juz pilo. - Szukam slowa...

- Pan cierpi z milosci. Panu dusza placze - rozesmiala sie dziewczyna. - I pan jest niezlym wariatem.

- To prawda. Wsrod gwiazd stracilem glowe.

- Czy to one pana zrzucily wlasnie w Krakowie?

- Nie, w San Francisco. To tam mialem dziwny wypadek, a w Chicago poznalem tajemnice wieksza od smierci...

- Wznosze toast za milosc! Pozegnalam wlasnie kogos w Nowym Jorku. Tak samo starego, jak pan. Nie wsrod gwiazd, ale na ziemi bylo nam bardziej niz milo...

Wtedy wskazujacym palcem dotknalem warg Cudownego Dziecka.

- Eureka! - krzyknalem.

- A imie twoje czterdziesci i cztery - zazartowalo Mickiewiczem Cudowne Dziecko. - Pan znajdzie to slowo, ktorego pan szuka. Pan jest juz stary, ale za to ja mam talent...

Poprosilem mlodego barmana o serwetke i dlugopis. Wymienilismy sie z Cudownym Dzieckiem telefonami. Zaraz potem zniknelo w magicznej krakowskiej nocy.

Barman spojrzal na mnie z zaciekawieniem. - Czy pan wie, z kim pan rozmawial?

- Jak to z kim?

- To Cudowne Dziecko. Anastazja, mloda gwiazda europejskiego kina. Ostatnia rola przyniosla jej wielka nagrode w Cannes. Daje slowo honoru, ze w tej chwili cala Polska i Europa panu zazdrosci.

- Dlaczego?

- Dlatego, ze podala panu swoj numer telefonu. Skad pan wlasciwie sie wzial?

- Z Ameryki.

- No, tak. Wy tam zyjecie na strasznej prowincji i w ogole nic nie rozumiecie.

*

Wyszedlem z dymu na powietrze. Dreczyly mnie te fantazje, afrodyty i anastazje. Moje gwiazdy. Wtedy Adam z krakowskiego Rynku rozsypal je na niebie i wcielil w slowa. One leca (...), tocza sie, graja i swieca. Juz dalekie: czuje jeszcze, ich wdziekami sie lubuje, ich okraglosc dlonia czuje, ich ruch mysla odgaduje...

Urokliwe dzieweczki, nieposluszne gwiazdeczki. Ziemskosc ich piekna jest w dotyku, ale to puch marny, istoty wietrzne... One mi juz daly wszystko, co mi mogly dac. A ja teraz juz tylko szukam slowa, ktore jest miloscia. Tego, ktore bylo na poczatku i ktore po nas pozostanie.

Prowadzil mnie polska droga krolewska Swiety Tomasz z Krakowa. To nie bylo latwe. Z trudnoscia stawialem kroki. Na Florianskiej spojrzalem na wieze mariacka. A ona wlasnie przezywala najwieksze, kalifornijskie trzesienie ziemi. Wila sie, jak guma do zucia, w dziesiatce w skali Richtera. Na tej pokreconej, wykreconej i kiwajacej sie wiezy krolowal trebacz. To bylo takie polskie, tak romantyczne. Cala Polska walila sie w gruzy, a on sobie trabil hejnal, jak gdyby nigdy nic. I nikt go nie sluchal, bo byla czwarta nad ranem.

Bylem juz zbyt pijany na to, aby objac i uspokoic wieze mariacka. Na rogu ulic Niewiernego Tomasza oraz Florianskiej zastapil mi droge Trecius, pensjonat piekniejszy od rozy. Tam wciagnelo mnie wielkie loze. Myslalem, ze zamykam powieki. Znowu chcialy na nich zatanczyc moje fantazje. - Ale ty szukasz slowa swietego i wielkiego - szeptalo przeznaczenie. - Slowa zywego, samym sercem tetniacego. Norwidowskich skrzydel i nieba. Slowa, ktore ducha zaspokaja. Ktore dusze dotyka, piesci i uspokaja. Slowa, ktore jest muzyka i metafizyka. Szukam slowa dojrzalego, pieknego i boskiego. Niesionego lekkim wiatrem, ale wiecznego. Tego, ktore bylo na poczatku i ktore po nas pozostanie.

We snie przyszedl wlasciciel. Z pochodnia w reku. Skinal reka. Ruszylem za nim. Schodzilismy kretymi schodami w dol. Spirala historii. Malymi krokami, malymi stopniami przez szescset lat. W piwnice Krakowa. Az na samo dno. I tam byla komnata. Z gotyckim sklepieniem. To miejsce wiekom wydarl wlasciciel i odkopal historie. A potem uniosl pochodnie w gore. Plomienie zawirowaly w pajaku sklepienia. Na ramionach zatanczyl welonami usmiech Afrodyty. Zaczelo mi sie krecic w glowie, ktorej nie mialem. To w tej komnacie milosc uczynie slowem. Wreszcie zrozumialem...

*

Trebacz znowu gral swoj hejnal. Obudzilem sie spocony. I od razu zatesknilem za Dymem. Tam zamowilem podwojna mala czarna i zadzwonilem po Cudowne Dziecko. Anastazja przyjechala taksowka. Ubrana tak, jakby wlasnie miala odbierac Oscara.

Porwalem ja za reke i poprowadzilem schodami w dol mojego snu. Pod caly Krakow, przez stopnie stuleci. Do tajemniczej komnaty, ktora zostala wydarta wiekom. Zstepujac w podziemie Anastazja pobrudzila suknie, a jej makijaz przysypal pyl z rusztowan i kamieni. Cudowne Dziecko bylo przerazone, ale dzielnie, krok po kroku, schodzilo ze mna w dol spirali. Wkroczylismy do komnaty. Ustawilem ja pod lukiem, dotknalem palcem jej ust i krzyknalem:

- A teraz przemow slowem!

- Ale jakim? - szepnela Anastazja.

To bylo dobre pytanie. - Najlepiej od razu tym swietym.

- Na poczatku bylo Slowo, a Slowo bylo u Boga... - zaczela glosno dziewczyna. - Wszystko przez Nie sie stalo, a bez Niego nic sie nie stalo, co sie stalo.

I cos sie wtedy stalo. Pod lukiem odwiecznego sklepienia zabrzmiala sekunda wiecznosci. I porwala nam dusze. To nie byla poezja, to byla metafizyka.

Sztuka, ktora stala sie slowem, zabrzmiala dostojnym dzwiekiem staropolskiego ducha. Przy swietle pochodni mury ozyly obrazem. Jana z Czarnolasu, ktory oplakiwal smierc swojej corki. Adama, improwizujacego czterdziesci i cztery. Heleny Modrzejewskiej, ktora kowbojom recytowala polski alfabet. Mlodego Karola, spowiedzia ksiedza Robaka odbierajacego mowe niemieckim glosnikom. Danuty Michalowskiej, przy swiecach malujacej swym slowem legende Gilgamesza na Wawelu. Konrada Swinarskiego i jego inscenizacji Dziadow. Piotra Skrzyneckiego, ktory otwieral swoj kabaret wiekszy niz zycie. Milczacych blizniakow z Umarlej klasy Kantora z ich cisza jak na poczatku. Ewy Emil z Krakowa, ktora piszac przez cale zycie, odeszla do slowa w Kalifornii.

To byla najwieksza kreacja Anastazji. Jej wargi dmuchaly ducha, a rodzace sie na nich slowa wirowaly pod sklepieniem. I dotykaly mnie strofa Norwida: Slowo brzmi ciagle, i ciagle jest w ruchu. Bardziej niz swiatlosc jego promieniace w duchu.

*

Na zmyslowych ustach Cudownego Dziecka odnalazlem slowo, ktore bylo przed nami. Wtedy moja glowa wrocila na swoje miejsce. Uwierzylem poetom, ze po naszej zyciowej komedii zostanie tylko dobroc i milosc, ktora w ruch wprawia slonce i gwiazdy. Sztuka jest zycie z odrobina swietosci na co dzien. Tak zyje sie po prostu latwiej. Na tej ziemi, ale z gwiazdami pod reka.

Krakow, Pensjonat Trecius, Nowy Rok 2004

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail