PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 30 kwietnia 2004


GRAZYNA DRABIK

Nowojorska
kronika kulturalna

A wiec Salome. Bardzo piekna, bardzo mloda, znudzona. Nudzi ja monotonia wygody. Otoczenie usluznych dworzan. Spelnienie zachcianek. Mierzi natretne spojrzenie ojczyma. Nudzi sama siebie, wszystko wydaje sie juz znane, nic nie warte zachodu. Poki we mgle nudy nie uslyszy wolania nieznanego glosu. Poki Jochanaan - nieugiety w cierpieniu, bezwzgledny w pewnosci swego proroctwa - nie odrzuci jej wzgledow, nie da swej uwagi. I wtedy w sercu Salome - lecz czy mozna powiedziec, ze w sercu? - wybuchnie plomien nieposkromiony i niszczycielski: pozadanie tego, ktory ciebie nie chce.

Znanej, krotkiej zreszta przypowiesci biblijnej wymowny ksztalt nadal Oscar Wilde, l'enfant terrible angielskiego teatru. Jego poetycki dramat Salome o niebezpieczenstwach pozadliwego spojrzenia natchnal Richarda Straussa. Do libretta, prawie verbatim opartego na tekscie Wilde'a, tyle ze w dobrym tlumaczeniu na niemiecki, Strauss stworzyl muzyke tak przerazajaca, ze chyba tylko jego Elektra moze mierzyc sie z intensywnoscia jej grozy. W jednym akcie, bez przerwy czy chwili oddechu, spietrzyl potezne dzwieki 100-osobowej orkiestry w kaskady wyznan milosnych, w wiry obsesji, w halas sklocony z soba. W niesamowicie mocna muzyke wplotl sugestywnie wijaca sie melodie "tanca siedmiu zaslon": obietnice i przeklenstwo, bezdenne pragnienie i bezdenna zgube.

Kto raz zobaczy dobrze zrobione przedstawienie sztuki Wilde'a na scenie czy opery Straussa, juz go nie zapomni. Takim wlasnie nie-do-zapomnienia przezyciem jest inscenizacja przygotowana przez Jürgena Flimma w oprawie Santo Loquasto. Starozytny dramat umiescili w niejasno wspolczesnej scenerii - moze gdzies na Bliskim Wschodzie, moze na skraju Las Vegas. Eleganckie garnitury mezczyzn nie zmienia dworzan w niezaleznych ludzi. Kobiety w wieczorowych sukniach moga to byc damy, a moga byc prostytutki. Wszyscy snuja sie z kieliszkami szampana w dloni, gotowi do przyklasku, do wzniesienia toastu. Strzega ich, bawiacych sie na przyjeciu u Heroda, najemni zoldacy. Oto swiadkowie historii, i historii trzeciorzedni uczestnicy.

A wsrod nich ta mloda i piekna, jedna z nich, lecz i obca. Karita Maatila skupia na sobie ich spojrzenia i nasze. Nie tyle gra, co wciela sie przekonywajaco - najpierw w dziewczyne pol tylko swiadoma pozadania, jakie budzi w Herodzie, pol juz nim znudzona. Potem w kobiete opetana wlasnym pozadaniem. W odrzucona. W sprytnie knujaca zemste. W zaslepiona swym patetycznym tryumfem. Na koncu przemienia sie w przegranego czlowieka, ktory powita z ulga smierc.

Maatila gra, Maatila tanczy, Maatila spiewa. Wielkie wykonanie bardzo trudnej roli. Cala Finlandia musi byc z niej dumna. Jej glos wznosi sie z lekkoscia, rozswietla sale czystym dzwiekiem, mrozi okrutnym slowem. Bryn Terfel jako prorok Jan moca dzwiecznego barytonu przeciwstawia jej sie godnie. Siegfried Jerusalem potrafi zasugerowac, ze w obmierzlym ciele Heroda blaka sie cien duszy. Piekna rzecz. Az szkoda, ze Metropolitan Opera zamyka juz bramy sezamu w Lincoln Center, 8 maja, do jesieni.

* *

La MaMa raz jeszcze otwiera przyjaznie swa przestrzen gosciom z Polski. To juz tradycja, dzieki wieloletnim powiazaniom Ellen Stewart, ze wlasnie tam - w mniejszej sali glownego budynku czy w przestronnej hali Anneksu - dosc czesto rozbrzmiewaja slowa polskich artystow. Tym razem rozbrzmiewaja po polsku, po angielsku i po albansku, w spektaklu przywiezionym przez Teatr Piesn Kozla, przyjezdnym z Wroclawia.

Kroniki - obyczaj lamentacyjny rozpoczyna sie w ciemnosciach. Slyszymy lekki tupot bosych stop. Moment zawieszenia w ciszy. Swiatlo wylania z pustki ciemni zwarta grupe: dwie placzki siedza na niskich lawkach z przodu. Trzecia kleczy przy harmonium, instrumencie, ktory bedzie spiewakom towarzyszyl niskim, monotonnym tonem przez wieksza czesc przedstawienia. Czterech mezczyzn siedzi nieco z tylu, na drewnianych krzeslach-tronach ustawionych polkolem wokol placzek. Kobiety, jedna z twarza zakryta bialym welonem, druga czarnym, wybuchaja placzem, zawodza glosno - w protescie, przeciw sobie nawzajem i w harmonii wspolnej rozpaczy, wspierajac sie placzem. Kolysza sie do przodu i do tylu, w prastarym ruchu synchronizacji bolesci ducha i ciala. Mezczyzni towarzysza im poczatkowo nieruchomi, pomrukiem raczej niz spiewem, zaznaczajac rytmicznym kontrapunktem falisty ksztalt placzu.

Za chwile ruch i gest zapowie slowo opowiesci. Oto z grupy wylania sie Gilgamesz, zajmuje poczesne miejsce z przodu, w kregu swiatla, objawia sie nam tancem kocich ruchow, pelnych lekkosci i sily zarazem. Gilgamesz, heros akkadyjskiego eposu, czlowiek ale i polbog, wierny przyjaciel, ktory nie zawaha sie zmierzyc ze Smiercia, by wydrzec jej swego towarzysza Enkidu. Slynny Gilgamesz, ktory Smierc na moment pokona. Na moment odzyska przyjaciela, zanim Enkidu nieuchronnie nie zapadnie w ciemnie niebytu, zanim on sam, przynajmniej w swej nieboskiej czesci, tez tam nie zniknie.

Rytmiczny spiewo-taniec ma moc hipnotyczna. Cialo-instrument staje sie slowem. Slowo jest ruchem pelnym znaczen. Poetycka narracja jawi sie przed naszymi oczami jako obrazy naturalnie przeobrazajace sie jeden w drugi. Ruchome obrazy zaznaczaja symboliczne znaczenia raczej niz rozwijaja nitke watku. Oto Gilgamesz radzacy sie Matki co do swego snu-wizji. Pierwsze spotkanie z Enkidu. Konfrontacja ze Smiercia. Czary z ogniem. Enkidu na marach. Taniec z dzwonkami...

Zespol jest precyzyjnie zgrany, jak wysmienity chor czy balet. Niesprawiedliwie by bylo wyrozniac poszczegolnych aktorow, bo kazdy stanowi znak w harmonii z pozostalymi. Dzieki ich synchronizacji rozbiezne elementy - albanskie zalobne piesni, strofy sumeryjskego eposu, akrobatyczne lewitacje, ekstatyczne spiewy, korowod taneczny, plomien ognia, rytm oddechu - skladaja sie w spojna calosc, rodzaj szamanskiego tanca-protestu.

Dwa momenty wylamuja sie z rygorow rytualu. Jeden jest piekny i liryczny, kiedy Gilgamesz niespodziewanie - jakby po cichu, prywatnie - dotyka na sekunde policzka Enkidu, a moze na odwrot, to Enkidu zegna tak delikatnie przyjaciela. W kazdym razie gest jest niezaprzeczalnie ludzki, czuly i miedzy mezczyznami.

Drugi moment blyska okrutnie, kiedy kobiety w brutalnej scenie porodu nagle otwieraja oczy i patrzac prosto ku widowni, ku mnie, wykrzykuja swoj bol i rzucaja przeklenstwem. Do tego czasu, juz ku koncowi przedstawienia, rzecz cala rozgrywa sie bez takiego kontaktu z nami, w samowystarczalnym, magicznym kregu.

Oba momenty sa zaskakujace i mocne, jakby zza pieknej, lecz surowo bezosobowej maski metafory o Zyciu i Smierci wyjrzalo ludzkie oblicze. Razem symbolizuja dla mnie slabosc podwazajaca wymowe spektaklu.

Bowiem mam problem z tym perfekcyjnie wykonanym rytualnym spektaklem. Powtarzam: perfekcyjnie skonstruowanym i wykonanym. To powtorzenie jest uklonem przed bezmiarem pracy, jaka sie za tym kryje, powaga zaangazowania zespolu, pomyslunkiem, jaki musial towarzyszyc ich poszukiwaniom i procesowi tworczemu.

A teraz co do problemu, a wlasciwie do dwoch, scisle z soba polaczonych. Pierwszy odnosi sie do tresci - o ile przy lamencie mozna mowic o tresci. Ale wbrew zastrzezeniom tworcow, ze historia Gilgamesza ma stanowic zaledwie tlo, przedstawienie ma wyrazny watek narracyjny, odtwarzajac fragment starozytnego mitu. I co nam ten mit opowiada. Coz, powtarza dobrze znana historie: kobiety rodza i placza, rodza i traca urodzonych, grzebia utraconych i placza. Mezczyzni znajduja spelnienie w meskiej przyjazni, w wedrowce, w przygodzie. Stosunki mesko-kobiece sprowadzaja sie do konfliktu i wzajemnej wrogosci - oczywiscie z wyjatkiem Matki, ktora nawet gwalciciela pocieszy, utuli i ostrzeze. (Utuli, zeby mu sie dalej lepiej gwalcilo corki innych matek?).

Odwieczna prawda, mozna powiedziec, co sie czepiac prastarych mitow. Azaliz? Czy rzeczywiscie taka to prawda i taka niezmienna? I my jako tworcy dzisiaj mamy ja powtarzac bez zadnego komentarza? Bez cienia perspektywy? Wcielac sie w tak rygorystycznie okreslone role: Matka, Wielka Bogini, Smierc? Dziewczeta niechaj przeklinaja swoj los i los innych kobiet? Chlopcy niech ida dalej w wedrowke? Wlasne czlowieczenstwo czule zaznaczajac przyjacielskim gestem jeden do drugiego?

Drugi problem zwiazany jest z modlitewna forma spektaklu. W programie, w opisie tworczego procesu znalazlam wzmianke o tym, jak zespol zbieral materialy chodzac na pogrzeby, przysluchujac sie placzkom. W czasie takiego rekonesansu, gdzies w Epiros lub w Albanii, tworcy mieli chwile wahania, czy nie porzucic projektu, ktory wymaga od nich takiego "podsluchiwania, jak inni placza".

Otoz ja takze doswiadczylam podobnego dyskomfortu. Bo jaka dla mnie jako widza zostala tutaj przeznaczona rola? Mam obserwowac. Ale jak patrzec na bolesne zawodzenie obojetnie? Czyz wiec nie powinnam czuc wzruszenia? Ale jak wspolczuc poetyckim archetypom? Mam przyswiadczac tajemniczemu rytualowi. Ale czyz misterium nie polega na tym, ze i mnie wlacza w swoje obietnice, nie tylko w swiadka zmienia? Z koniecznosci jednak pozostaje tutaj poza magicznym kolem.

Inaczej mowiac, podziwiam wykonanie Kronik przez Teatr Piesni Kozla, ale jest to podziw z wewnetrznym rozdzwiekiem niezgody - tak w wymiarze racjonalnym, jak emocjonalnym. Oczy podziwiaja, uszy podziwiaja, cialo poddaje sie rezonansem mocy ich "spiewajacym cialom". Lecz intelekt kwestionuje racje ich przeslania. Serce zas buntuje sie wobec wymogu przyswiadczania modlitwie jako widowisku.

Richard Strauss, Salome, z librettem na podstawie sztuki Oscara Wilde'a w tlumaczeniu na niemiecki Hedwig Lachmann. Dyrygent: Valery Gergiev, rezyseria: Jürgen Flimm, scenografia i kostiumy: Santo Loquasto, oswietlenie: James F. Ingalls, choreografia: Doug Varone. Wystepuja: Larissa Diadkova (Herodias), Katherine Goeldner (The Page), Siegfried Jerusalem (Herod), Karita Mattila (Salome), Matthew Polenzani (Narraboth), Bryn Terfel (Jochanaan). Premiera sezonu 15 marca, ostatnie przedstawienie 10 kwietnia, Metropolitan Opera, Lincoln Center.

Kroniki - obyczaj lamentacyjny/ Chronicles - A Lamentation. Rezyseria: Grzegorz Bral, scenografia: Grzegorz Bral i Rafal Habel, kostiumy: Cristina Gonzales, muzyka: albanskie piesni i lamenty w aranzancji zespolu. Wystepuje: Rafal Habel (Gilgamesz), Anna Krotoska (Isztar), Marcin Rudy (Enkidu), Colin Sadler (Utnapiszti), Maria Sendow (Smierc), Christopher Sivertsen (Szaman), Anna Zabrzucka (Matka Gilgamesza). Przedstawienia 15 kwietnia do 2 maja w Annex Theatre, La MaMa ETC, 74A E. 4 St., Wschodnia dolna strona Manhattanu.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail