KRZYSZTOF CWIKLINSKI
Dokument pokreconej osobowosci
Jesli
istnieje czysciec, a co do tego - zwazywszy na fakt, ze ustanowil
go w 593 roku papiez Grzegorz I - mozna miec daleko idace
watpliwosci, zatem, jesli czysciec istnieje, to przebywa w
nim Jerzy Andrzejewski. Ten wybitny, czy tez moze tylko za
wybitnego uwazany, pisarz przebywa wiec miedzy niebem a ziemia
i znosi najgorsza z tortur - torture obojetnosci i zapomnienia.
Dla autora Popiolu i diamentu jest to kara zasluzona,
na autora Bram raju nalozona nieslusznie. Trwa ona
juz ponad dwadziescia lat, co dla miejsc pozaczasowych nie
ma znaczenia, a dla miejsc czasowo i przestrzennie konkretnych
nie ma jeszcze wystarczajaco okreslonego wymiaru, bo nie wiadomo,
czy duzo to, czy malo i na ile opiewa wyrok. Nie wiadomo tez,
czy w ogole zostanie uchylony. Ten narcystyczny egocentryk
i irytujacy megaloman, we wlasnym mniemaniu zaslugujacy na
Nobla w rownym stopniu jak Tomasz Mann, autor zdumiewajacych
wolt ideowych, a zarazem pisarz, ktorego w roznych okresach
i z diametralnie roznych powodow kreowano na intelektualno-artystycznego
giganta, moralny autorytet i sumienie narodu, czego bez znajomosci
kontekstu spoleczno-politycznego pojac dzis najzwyczajniej
nie sposob, z jakze pozornych wyzyn literackich hierarchii
runal nagle w otchlan zupelnej prawie anonimowosci. Dwudziesta
rocznica smierci pisarza byla okazja, aby sie o tym dowodnie
przekonac. Obchody, by uzyc najodpowiedniejszego chyba okreslenia,
byly co prawda okrutne, ale w ogole byly. Nie spierano sie
nad trumna pisarza o jego dziela i ich range, a raczej o proporcje
i rozmiar artystycznej kleski, bo w tych kategoriach postrzega
sie dzis spuscizne autora Apelacji, pelna utworow przecietnych,
nieudanych, chybionych, choc kazdy z nich zapowiadal arcydzielo,
a nawet byl nim przez chwile. Naturalnie, nie sposob wyobrazic
sobie encyklopedii, slownika, leksykonu, podrecznika, syntezy
literatury wspolczesnej czy monografii zycia literackiego
bez nazwiska Andrzejewskiego, ale mozna sobie wyobrazic wykaz
lektur i biblioteke bez jego ksiazek. To posmiertna tragedia,
gorsza bodaj od tych, ktorych nie brakowalo Andrzejewskiemu
za zycia. To suma tragedii czlowieka upadajacego pod coraz
to nowymi ciezarami coraz to innych misji dziejowych i pisarza,
ktorego jedyna wazna dla artysty misja po prostu przerosla.
Ksiazek Andrzejewskiego, choc na cale szczescie
nie istnieja juz zadne cenzuralne zapisy i zakazy druku, nie
wydaje sie od lat, choc lata temu byly wielokrotnie wznawiane
w masowych nakladach i przekladane na cos okolo trzydziestu
jezykow obcych, nieraz bardzo egzotycznych. Wyjatkiem jest
wznowiona przed dwoma laty przez Biblioteke Narodowa legendarna Miazga - bezkompromisowa powiesc polityczna, summa
narodowa, diagnoza spoleczna, odklamany Popiol i diament.
Niestety, Miazga, ktorej oficjalne nieistnienie zastepowal
mit przepastnych glebi i legenda arcydziela, okazala sie byc
kolejnym artystycznym nieporozumieniem, utworem z gruntu chybionym,
kulejacym myslowo, grzeznacym w mieliznach, razacym tania
publicystyka i staczajacym sie w zwykla blazenade. A jednak
to dobrze, ze opublikowano ja w edycji komentowanej, bo dotad
nie miala szczescia do wydan tak krajowych, jak emigracyjnych,
a jakby jej nie oceniac, to w dorobku Andrzejewskiego pozycja
istotna. Gorzej, gdy w jak najlepszej zapewne intencji przetrzasajac
szuflady, z pozostalych po pisarzu brulionow wydobywa sie
teksty, ktorych publikacja, chocby i nawet zgodna z wola zmarlego
autora, jest oddaniem mu niedzwiedziej przyslugi, a taka wlasnie
jest, w najglebszym moim przekonaniu, wydany w ubieglym roku Dziennik paryski Jerzego Andrzejewskiego.
Tytul ksiazki jest cokolwiek mylacy. Dziennik
paryski nie jest stricte dziennikiem, to zbior listow
pisanych od grudnia 1959 do maja 1960 roku, ktoremu nadano
strukture dziennika; bylo to tym latwiejsze, ze ta korespondencja
przybrala specyficzna postac codziennych prawie zapiskow,
ktore mialy lagodzic udreke rozstania z bliskimi. Odbiorca
tych listow byla zona pisarza Maria, a posrednio i dzieci,
Marcin i Agnieszka. Rozlaka i samotnosc, tak ludzkie przeciez
i tak intymne, rodza ludzka potrzebe przeciwstawienia sie
im i zaprzeczenia poprzez wytworzenie komunikacyjnej i emocjonalnej
zarazem sytuacji stalosci i bliskosci. Temu przede wszystkim
miala sluzyc ta korespondencja przeznaczona dla waskiego kregu
rodziny. Czytana w tym kregu miala z pewnoscia sens gleboki
i doniosly, czytana poza nim, chocby i z najwieksza delikatnoscia,
taktem i zrozumieniem, budzic musi co najmniej opory i watpliwosci,
jesli nie wprost zazenowanie, bo przeciez epistolografia pisarska
nie jest ex definitione literatura, jak poezja nie
jest sonet napisany przez grafomana. Marie de Sevigne, by
odwolac sie tu do najslawniejszego przykladu, nie byla pisarka,
ale jej listy czyta sie do dzis z zapartym tchem. Jerzy Andrzejewski
byl pisarzem i jego listy, powierzchowne i banalne, najpierw
wywoluja zdumienie, a potem mecza, nudza i odstreczaja. To
przykra lektura, bo choc wszystko jest ludzkie, to jednak
nie wszystko powinno byc wlasnoscia ludzkosci.
Andrzejewski w chwili wyjazdu do Paryza
na francuskie stypendium byl stosunkowo swiezej daty apostata
socrealizmu i marksizmu, ktorym bezgranicznie oddany sluzyl
z gorliwoscia neofity, awansujac do rangi bez mala demiurga,
lecz nie byl jeszcze kontestatorem systemu, a juz tym bardziej
patronem opozycji demokratycznej, akty odwagi politycznej
i obywatelskiej troski mialy dopiero nadejsc; tymczasem byl
pisarzem bezpartyjnym co prawda, miejscami krytycznym wobec
rezimu i niekiedy niepokornym, ale jednak ciagle prominentnym,
chetnie korzystajacym z profitow tego stanu i dyskontujacym
dawne zaslugi, ktorych mu nie zapomniano. Byl nadal jedna
z czolowych postaci krajowego zycia literackiego i kandydatem
na duchowy autorytet narodu, na wypadek gdyby zabraklo Marii
Dabrowskiej. Byl autorem powiesci Ciemnosci kryja ziemie,
kolejna powiesc, Bramy raju, opublikowana w Tworczosci,
czekala na bliskie wydanie ksiazkowe. Do Paryza jechal wiec
pisarz o glosnym nazwisku, ale ciagle jeszcze niespelniony
i we wlasnym mniemaniu niedoceniony, by tak rzec - utalentowany
piecdziesieciolatek obsypany nagrodami i oczekujacy nastepnych.
Pobyt w Paryzu byl dla niego wazny ze wzgledow prestizowych
i materialnych, choc na niedostatki w obu tych wymiarach narzekac
nie mogl. Paryz mial byc pierwszym krokiem do miedzynarodowej
slawy, do swiatowego uznania i rozglosu, ktorych ponad wszystko
inne pragnal, ale mial byc tez tym punktem, z ktorego najblizej
do Rzymu, Londynu, Madrytu, nawet, a moze przede wszystkim
- Sztokholmu. A jednak nad Sekwana pisarz prowadzil zywot
zadziwiajacy, bo leniwy i bezplodny. Prawda, to tez ludzkie,
ale czy samo w sobie warte utrwalenia?
Dziennik paryski rozpoczyna sie 9
grudnia 1959 roku od Rzeczowych notatek dla Marcina.
Jest w nich rys topograficzny dzielnicy, w ktorej pisarz mieszka,
ceny wynajmu mieszkan, uwagi o ruchu ulicznym, o metrze, ruchomych
schodach i windach na stacji Cité, o menu restauracji
paryskich, slimakach, Francuzach, ktorzy sa paskudni, Murzynach,
ktorych tu duzo, André Gidzie, ktory mieszkal w tym
samym hotelu, o zakupach, planach wizyt i wyslanych widokowkach.
Dla 16-letniego chlopca, ktory nigdy Paryza nie widzial, musialo
to byc wazne, a nawet fascynujace, ale ta lapidarnosc posunieta
az do zdawkowosci, ta pobieznosc i powierzchownosc, z ktorej
wynika, ze nie dzieje sie nic interesujacego, i ta niezmierna
latwosc w pomieszaniu wag i proporcji, ta niespojnosc i nierownomiernosc
problemowo-tematyczna, majace byc znamieniem spontanicznosci
i szczerosci, zdaja sie jednak byc czym innym: dosc nieporadnym
zabiegiem okrycia nagosci, ktora w istocie jest nijakoscia.
Kazdy kolejny zapisek, czego by nie dotyczyl, jest wlasciwie
taki sam. Nie dzieje sie nic interesujacego, a pisarz nie
ma niczego ciekawego do powiedzenia, choc czterdziesci lat
temu moglo to byc - i z pewnoscia bylo - wazne i ciekawe dla
trzech osob. I to tez ludzkie. I z tego tez trudno uczynic
zarzut, bo przeciez strategia listu, zdecydowanie bardziej
niz dziennika, jest nastawienie na konkretnego adresata, ale
czyz ta scisle rodzinna prywatnosc jest az tak wyjatkowa i
doniosla, aby ja wszem i wobec udostepniac?
Andrzejewski opisuje wiec, co jadl i pil,
jak spal, a niekiedy nawet z kim spal, co kupil i jakie mial
z tym problemy, bo jak zwykle nie pamietal rozmiaru buta corki
i numeru kolnierzyka syna, nieustannie narzeka na brak pieniedzy,
ktore pozycza na prawo i lewo i, prawda, skrupulatnie i na
czas oddaje, nudzi sie w galeriach i muzeach, prawie niczego
nie czyta, a jesli juz przeczyta, nie ma o tym niczego ciekawego
do powiedzenia, Sartre'a i Mauriaca ma - i slusznie! - za
marnych, nikczemnych i tchorzliwych, Francuzow en bloc za stado baranow, interesuje go wylacznie kino i... on sam.
Wznosi sie na wyzyny samouwielbienia, szczyty pychy, Himalaje
urojen o wielkosci. Podziwia siebie i jest pewien, ze inni
go podziwiaja, dlatego tak bardzo razi go, gdy inni mowia
o sobie, a nie o nim, razi go to, dziwi i rani. Fakt, ze na
jego czesc wydano w ambasadzie tylko jeden obiad, sprawia
mu zywy bol i jest dlan dowodem glupoty rezimowych dyplomatow.
Zapatrzony w siebie nie dostrzega nikogo, a przeciez tuz obok
przesuwa sie galeria ludzi wybitnych, ciekawych, znaczacych:
Czapski, Wierzynski, Giedroyc, Jelenski, Zdziechowski, Milosz,
Watowie... i nic! Z entuzjazmem rozpisuje sie o swoich wlasnych
utworach, z satysfakcja odnotowuje wzmianki o sobie, obchodzi
go tylko, kto sie kocha w Popiele i diamencie, Bramach
raju, ktore wedlug jego slow sa "niezwyklej pieknosci",
oraz ich autorze, ktory "ma piekne dlonie, tylko nos nieco
za dlugi".
Marzy, by stad wyjechac, moze do Wloch,
ale najchetniej do domu. Moze to i szczere, ale jednak sprawia
wrazenie krygowania sie, bo wracac tymczasem nie zamierza,
rownaloby sie to bowiem rezygnacji z wejscia na zachodni rynek
literacki, ktory - choc jest targowiskiem proznosci - przyciaga
go swa sila magiczna: wszak dac mu moze Nobla, podczas gdy
rynek wschodni tylko Nagrode Leninowska. Zabiega wiec o tlumaczenia,
przede wszystkim zaklamanego Popiolu i diamentu, wyglada
tantiem, honorariow i stypendiow, liczy w myslach franki,
dolary, funty i liry, ktore plynac maja zewszad, od Nowego
Jorku przez Genue po Helsinki. Marzy mu sie ekranizacja Bram
raju, do ktorej zreszta w koncu doszlo i ktora zrobila
kompletna klape. Niczego nie pisze, interesuje go jednak to,
co napisze, ale jeszcze nie wie, co napisze, snuje jedynie
mgliste perspektywy jakiejs historii milosnej, ktora mialaby
sie rozgrywac w srodowisku paryskiej cyganerii tuz przed I
wojna swiatowa. Pod tym wszystkim, choc moze nalezaloby powiedziec
raczej "pod tym niczym", pulsuje wyraznie niebywala zdolnosc
wyczucia koniunktury i zdumiewajaca sklonnosc do ustepstw,
oportunizm w imie osiagniecia spektakularnego sukcesu, jakies
rozdwojenie i pomieszanie, jakies okaleczenia i ograniczenia
mentalne, jakas rozpaczliwa gra ciemnych instynktow posrod
wyziewow stalinizmu i dosc paskudnych bekniec komunistyczna
frazeologia. Wszystko to ludzkie, bo w jakiejs mierze zapewne
nieswiadome, ale czy wyjatkowe, czy interesujace, czy rzucajace
nowe swiatlo na jasna i ciemna strone osobowosci ludzkiej?
Co Andrzejewski mial do powiedzenia zonie, wyrozumialej powierniczce
skrytych tajemnic, i dzieciom, z ktorymi nie mogl dzielic
powszednich przezyc, to wiemy i tego krytykowac nawet nie
wypada, bo akceptujemy to jako ludzkie i scisle intymne, ale...
co ma do powiedzenia nam? Nic, najzwyczajniej nic, i to z
oczywistego powodu: te listy, jako skrawek autobiografii i
dokument najscislej prywatny, nie byly i nie mogly byc wlasnoscia
nikogo innego, tylko Marii, Agnieszki i Marcina Andrzejewskich.
Nie dlatego, ze jest w nich ponad miare niedyskrecji, ze sa
jakies wstydliwosci obyczajowe czy skandalizujace tresci,
ze dowiadujemy sie o homoseksualnych romansach z Gerardem,
Jeanem i Raphaelem, z ktorych zwierzal sie zonie (na marginesie:
nie wiem, kto przy zdrowych zmyslach zajalby sie teraz badaniem
i opisywaniem relacji miedzy malzonkami, bo co by to i komu
dalo?), ze sa tam jakies biograficzne uwiklania i powiklania
osobowosci, jakies wstrzasajace nastroje i namietnosci. Nie.
Dlatego ze tak naprawde nie ma w nich niczego, co by te publikacje
w kategoriach literackich uzasadnialo, bo to proza epistolarna
w marnym gatunku, po prostu zadna; wyprowadzenie jej poza
granice rodzinnego kregu, w ktorym zawieral sie jej sens i
jej spelnienie, bylo - w najglebszym moim przekonaniu - bledem.
Poglad ten podziela autor wstepu Waclaw
Lewandowski, co rzadkie w takich sytuacjach. Pisze: "Powiedzmy
otwarcie: milosnik talentu Jerzego Andrzejewskiego, ktorego
szczegolnie niepokoiloby, ze pamiec o pisarzu zdaje sie systematycznie
slabnac, zawahalby sie, stajac przed decyzja o publikacji Dziennika paryskiego". Decyzja taka jednak zapadla,
a Lewandowskiemu, ktorego komentarz jest przenikliwy i swietnie
napisany, pozostalo zdziwienie. I mnie to zdziwienie nie opuszcza,
i czuje sie nieswojo, bo z jakichs niezrozumialych dla mnie
powodow namowiono mnie do wejscia nieproszonym do domu obcych
ludzi, abym obejrzal sobie gospodarza w brudnych kalesonach,
ktory w dodatku ma wysypke.
size=1>Dokumentem pokreconej osobowosci
nazwal Kontynenty Milosza Andrzej Bobkowski. Okreslenie
to moze malo wyszukane, ale trafne. Takim dokumentem jest
tez Dziennik paryski. Najgorsze, ze z tego pokrecenia
nic nie wynika, poza kacem i zgaga.
Jerzy Andrzejwski Dziennik paryski.
Wstep i opracowanie Waclaw Lewandowski,
Wydawnictwo OPEN, Warszawa 2003, s. 108.
|