|
Przeglad Polski 16 kwietnia 2004
|
JERZY GIZELLA
Realizm postmagiczny
i postkolchozowy
Pisarstwo Daniela Odiji, 30-letniego dziennikarza telewizyjnego ze Slupska, od chwili debiutu zwrocilo na siebie uwage mediow. Nie powinno sie moze o tym pisac, ale najwiecej reklamy robi wokol pisarza wydawca Andrzej Stasiuk. Jego opinie zas sa powielane przez tuby medialne - m.in. Gazete Wyborcza i Rzeczpospolita; tym razem obie sa "na tak" i dziwnie solidarne. Widocznie Stasiuk, sam tez przeciez prozaik, dla wielu mocno kontrowersyjny, jest w tym przypadku niekwestionowanym autorytetem. Na trudnym rynku ksiazki kazda metoda i styl promocji sa dzisiaj dobre. Czy mozna kogos za to krytykowac? Mozna. Tylko po co? To i tak nic nie da. Jesli wiec ktos pierwszy sie zachwyci i da haslo - dalej idzie jak z platka. I od razu promocje, spotkania, wywiady, reportaze. Dopoki po roku czy dwoch nie narodzi sie nowa gwiazda, nowy idol, "znakomity", "swietny" i "oryginalny". I tak w kolko. Majac w pamieci poprzednie doswiadczenia i niewypaly wydawcy - trzecia ksiazke Odiji zaczalem wiec czytac z uzasadnionym sceptycyzmem i uprzedzeniem. Pewnie znow probuja wcisnac czytelnikom towar kiepskiej jakosci i zachwalaja cynicznie jeszcze jedna tandetna fabulke.
Tartak to po prostu kawalek ponurawej, gorzkiej rzeczywistosci polskiej, ze zbankrutowanymi pegeerami i tytulowym tartakiem w tle. Bohaterowie tej prozy niczym szczegolnym sie nie wyrozniaja, prozno wsrod nich szukac intelektualistow czy pieknoduchow, bo tego typu ludzi w tym srodowisku nie ma ani z urodzenia, ani z definicji. Za to sporo ulomnych fizycznie i duchowo, niewydarzonych owocow przypadkowego i byle jakiego seksu, raczej ofiar niz owocow milosci. Zycie koszmarne, plaskie jak okolica, jak "lodowisko" w zimie. I pijanstwo - powszechne, codzienne i swiateczne. A wsrod tego praca, zabojstwa, mordobicie, szantaze polityczne i gangsterskie porachunki oraz knajpa Zagroda, krolestwo bezpruderyjnej bufetowej Marioli, do ktorej cieplych i ponetnych ksztaltow teskni cala meska czesc populacji. Atmosfera jak Pod wulkanem - ale tylko jesli sie pragnie chuci z wyszynkiem. Gatunkowo - taniocha, czyli wino patykiem pisane albo bimber i piwo. Autor w jednym z wywiadow powiedzial, ze wolal bohaterow usadzic przy bardziej "literackiej" wodce, nie przy tych wczesniej wymienionych. A wiec nie taki realizm, jakby sie wydawalo.
Glowny bohater i wlasciciel niemal calej okolicznej ziemi oraz tartaku zaczyna swoja kariere od fermy lisow. Ferma lisow nie pachnie. Nawet plantacja niewinnego rzepaku tez jest smiertelna pulapka: usypia, zatruwa, w koncu udusi swoim wyziewem. Ludzie wszystko niszcza - i rosliny, i zwierzeta, jedni wycinaja lasy, inni - zanieczyszczaja glebe i wody jeziora. Wieksze ryby juz dawno zniknely, zostaly jakies rachityczne niedobitki. Poza tym ludzie niszcza glownie sami siebie: mezczyzni - kobiety, rodzice - dzieci, dzieci - rodzicow, starzy - mlodych, a mlodzi - starych. A wszystkich, niezaleznie od konfliktow rodzinnych i generacyjnych, juz bez roznicy dobija alkohol. Poniewaz sa pijani od rana do wieczora, sa odmozdzeni i zupelnie bezradni. Nawet jak cos im sie uda, cos zarobia lub sprzedadza (lisie skory, deski, truskawki, ziemniaki) - nic z tego nie bedzie, bo i tak wszystko przepija. Brud, smrod i nedza dopelniaja reszty. Okolica cuchnie i ludzie tez smierdza.
Zapyta ktos - a kosciol? Ksiadz? Parafia? Jakies zycie kulturalne czy umyslowe? Kosciol jest, ale bez znaczenia, tzn. wiara nie reguluje tu niczego i nie wplywa na zachowanie ludzkie. Nawet prostytucja nie jest przez ksiedza potepiona, bo to w koncu jakis zawod i zarobek, w tej sytuacji - rzecz pozytywna. No i panienka chodzi na msze i przykladnie utrzymuje niezaradnych i niedoleznych rodzicow. Jak taka potepiac? Jedyny kapitalista, Mysliwski, pracodawca i motor postepu - zadluza sie ponad miare i oddaje swoj los i swojego przedsiebiorstwa w rece podstepnego naciagacza i wydrwigrosza, rzekomego handlowca i rzekomego doktora ekonomii, ktory nie dosc, ze nie zbiera zadnych obiecanych zamowien, to jeszcze szantazuje wlasciciela, a w koncu "sprzedaje" go konkurencji i mafii, czyli politykowi Pasiece, do zludzenia przypominajacemu jednego z najbardziej kontrowersyjnych przywodcow politycznych obecnej sceny (Lepper i Samoobrona). Nawet pobyt w Ameryce i doswiadczenie kontaktu z inna ekonomia czy etyka pracy nie wnosi niczego, bo po powrocie "Amerykanin", jedyny, ktory zachowuje wiecej optymizmu, wraca szybko do tego samego marazmu, od ktorego probowal uciec, i do tego samego wykanczajacego ludzi nalogu. Bezmyslny syn Mysliwskiego zbiera bande rowiesnikow i kijami zamecza na smierc "dziada", bezimiennego zielarza i czlowieka nawiedzonego checia odnowy religii i moralnosci. "Dziad" ginie, bo jest stary, chromy i ma bielmo na oczach - psuje wiec do pewnego stopnia i tak szkaradne oblicze wiejskiej nijakosci i przecietnosci, staje sie kozlem ofiarnym agresywnych i pozbawionych glebszych uczuc wyrostkow. To, ze niektorym ludziom pomogl, a nawet wyleczyl z jakichs dolegliwosci, nie ma oczywiscie znaczenia. Mozna te postac i caly ten watek traktowac jako polemike z basniowa i pelna olsnien proza Olgi Tokarczuk. Zreszta momentow polemicznych z cala tzw. tradycja literacka nie brakuje w tej powiesci - zarowno w odniesieniu do romantyzmu, jak i calej wspolczesnej, uwazanej za blyskotliwa, prozy magicznej. Beznadzieja elementarnej egzystencji na pewno nie jest patentem Odiji, zasoby tego typu prozy pecznieja coraz bardziej na polkach ksiegarn. Pytanie - kto to bedzie czytal i jaki pozytek przyniosa te obrazki skutkow duchowej dewastacji calych niemalych obszarow kraju? Autor nie daje zadnej nadziei, jednego pozytywnego przykladu. Jego bohaterowie to ludzie porazeni atrofia woli i wyzszych uczuc, pragnien, dazen. Po prostu stado baranow - mowiac delikatnie - ktore czeka, az ktos je nakarmi i napoi. Dlatego tyle watkow Odiji to animizacja czlowieka, stadne myslenie i biernosc, fizyczna wegetacja. Na koncu smierc - wylacznie ograniczona do rozkladu i rozpadu. Zadnej metafizyki, zadnej transcendencji. Absolutem jest tylko przyroda. Zwierzeta i rosliny sa nawet w lepszej sytuacji - nikt od nich nie wymaga czegos wiecej poza rozwojem az do momentu, kiedy nadaja sie do konsumpcji. Czlowieka skonsumowac sie nie da - przynajmniej pozornie. Mozna to zrobic wylacznie duchowo. I dlatego ludzie sa gorsi, gorsi od najbardziej dokuczliwych owadow, much, os i komarow wsysanych przez nowoczesny odkurzacz i zmielonych na klebek bryjowatej mazi.
Odkurzacz jako symbol wiecznosci? Przestroga? Przewrotna kreacja swiata przedstawionego?
Metafora literatury, sztuki czy wszelkiej hipotetycznej "wysokiej" kultury?
Moze tak by to ocenil np. Tomasz Burek, krytyk surowy i wrazliwy na aluzje literackie.
I tak byc moze, jako gre z czytelnikiem, ktory rozpozna w prozie Odiji rozne
watki klasycznej literatury polskiej i obcej, mozna odczytywac konstrukcje tej
powiesci. Bo sam autor powiedzial we wspomnianym wywiadzie udzielonym dziennikarzowi Rzeczpospolitej - to tylko iluzja. W prawdziwym zyciu jest znacznie gorzej.
-----------------------
Daniel Odija, Tartak, Wydawnictwo Czarne,
Wolowiec 2003, s. 127.
|
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |