PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 16 kwietnia 2004


HANNA KOSINSKA-HARTOWICZ

Wypowiedziec sie
przez Gombrowicza

Spotkanie z rezyserem Janem Jakubem Kolskim

Jan Jakub Kolski jest jednym z najciekawszych tworcow filmowych w Polsce. Pornografia wedlug powiesci Witolda Gombrowicza w jego rezyserii kandydowala do Oscara. Wtym roku film otrzymal osiem nominacji i zdobyl piec Orlow, czyli Polskich Nagrod Filmowych (krajowych Oscarow). Oczywiscie odbyla sie ogolnonarodowa dyskusja na temat wiernosci Gombrowiczowi i granic, do jakich moze, czy ma prawo, posunac sie tworca robiacy adaptacje dziela innego tworcy.

Podobno zabraklo pieniedzy na amerykanska promocje filmu, a szkoda, bo dawno nie bylo polskiego filmu tak swietnie zrealizowanego, z taka swiadomoscia warsztatu, z tak znakomitym aktorstwem, zdjeciami i rezyseria. W Nowym Jorku Pornografie mozna bylo zobaczyc tylko w czasie ubieglorocznego New York Film Festiwal. Mimo ze interpretacja Kolskiego odbiega, a czasem nawet odchodzi zupelnie od prozy Gombrowicza, film jest bardzo "gombrowiczowski". "Kolski osiagnal artystyczna dojrzalosc, przekraczajac zarazem zaklety krag swoich wczesniejszych tematow i stylu" - tak o Pornografii napisala Maria Kornatowska w Przegladzie Polskim z 24 pazdziernika 2003 r.

Piec filmow Jana Jakuba Kolskiego (rowniez Pornografie) bedzie mozna obejrzec w Nowym Jorku w ramach przegladu "New Polish Cinema" w Lincoln Center. Bedzie to, po retrospektywach Kieslowskiego, Hasa, Munka i Kawalerowicza, kolejna specjalna prezentacja wybitnego polskiego tworcy, zorganizowana przez nowojorskie Film Society. Duze wyroznienie dla rezysera.

Kiedy potwierdzalam telefonicznie termin naszego spotkania, Jan Jakub Kolski powiedzial mi, ze wlasnie podjal decyzje, ze nie pojedzie do Nowego Jorku na pokazy swoich filmow. Zapytal, czy wobec tego nadal chce z nim rozmawiac. Odparlam, ze tym bardziej!

Spotykamy sie w Wytworni Filmow Dokumentalnych i Fabularnych przy ulicy Chelmskiej w Warszawie. Spokojne, ciekawe spojrzenie szaroniebieskich oczu, przenikliwe, ale przyjazne. Bedzie dobrze, mysle. Jestem przygotowana. Po obejrzeniu kilku jego filmow, jesli w nich mowil prawde, wiem o nim i jego sztuce wiele. Sa to bowiem filmy osobiste az do bolu. Zapytalam wiec rezysera o prawde i uczciwosc wypowiedzi tworcow filmowych.

- Nie moge odpowiadac w imieniu wszystkich, moge za siebie, bo mam to przeprobowane. Ja poznaje, czy film jest dobrze zrobiony, czy nie, po tym, jak bardzo jestem po nim wyczerpany. Jesli do cna, spopielony, spalony zupelnie - to znaczy, ze dalem z siebie wszystko. Potem bywa, ze to sie przenosi na ekran, ale bywa, ze nie. Jak sie nie przenosi, to to jest niesprawiedliwe... (smiech).

- W "Historii kina w Popielawach" pada takie przeklenstwo: "...zeby wam k... kino nie przyjechalo...". To bylo straszne przeklenstwo. Teraz, kiedy dowiedzialam sie, ze Pan nie przyjedzie do Nowego Jorku, pomyslalam sobie, czy to nie jest takie "odwrotne" przeklenstwo...

- Filmy przyjezdzaja...

- Ale Pan nie przyjezdza...

- W istocie, nie jade. Wiedziony odruchem serca tudziez namowami argumentowanymi niezwykle silnie, uleglem wczesniej i postanowilem jechac. Pierwszy raz, albo jeden z niewielu razy, zmienilem decyzje po jej podjeciu. Jest mi przykro z tego powodu, ale badam okolicznosci, jakie towarzysza przyjazdom Polakow do Ameryki i te okolicznosci mi zupelnie nie odpowiadaja.

- Czy nie uwaza Pan, ze nalezy promowac swoja tworczosc poza Polska, czy moze jest to decyzja polityczna? Organizatorzy i widzowie beda zawiedzeni.

- Zawsze traktowalem widzow z ta sama powaga i z ta sama serdecznoscia, bo ja w ogole lubie ludzi! Czy sa z Sandomierza, czy z Pcimia, czy z Nowego Jorku - tak samo ich lubie; taki sam maja u mnie kredyt. Owszem, dziala na moja wyobraznie, ze przeglad odbedzie sie w Centrum Lincolna, ze bedzie to retrospektywa czwartego Polaka w historii tego miejsca... Tylko ze ja przestalem miec czas dla corki, poniewaz wszystko mi dziala na wyobraznie. Wszyscy i wszystko jest wazne, a sa rzeczy wazne i wazniejsze. Moja corka idzie teraz do gimnazjum. Jesli moge miec cztery dni wiecej do jej dyspozycji, to jest dla mnie wazne. Tak sie zlozyly okolicznosci. Jedna to fakt, ze traktowani jestesmy jak obywatele drugiego gatunku na lotniskach amerykanskich. Wiem z pierwszej reki, bo moja zona byla zamiast mnie w Nowym Jorku w zwiazku z Pornografia (na NYFF). To jedna okolicznosc, a druga jest taka, ze chce miec wiecej czasu dla swoich bliskich, dla mamy, bo ile lat ona jeszcze pozyje? Oby jak najdluzej... I dla corki. Powiem pani, ze przy "waznych" sprawach zastala mnie smierc siostry i przy "waznych" sprawach zastala mnie smierc ojca. Zawsze sa jakies "wazniejsze" sprawy i moi bliscy umieraja mi, jak jestem gdzies daleko... Pomyslalem sobie, ze jesli mam mozliwosc dokonania wyboru, a jest przy tym taka okolicznosc jak ta, ktora opisalem, ze jakos nie nadzwyczajnie nas tam przyjmuja - to po prostu nie pojade. To jest zbieg okolicznosci, a nie jest jakis szczegolny protest.

- Przed moim wyjazdem do Polski rozmawialam z Richardem Peña, dyrektorem programowym Film Society w Lincoln Center. Mowil, jak bardzo jest zachwycony Pana tworczoscia i ze od dawna chcial zorganizowac przeglad Pana filmow.

- Wyslalem mu maila z wytlumaczeniem. To wszystko, co moglem zrobic. Zalezy mi tylko na tym, zeby zrozumieli moja decyzje ci, ktorzy chcieli sie ze mna spotkac. Chce ich przeprosic...

- Wobec tego w ich imieniu porozmawiam z Panem o Panskich filmach. Do tej pory, poza "Daleko od okna" (na podstawie prozy Hanny Krall) - sam pisal Pan scenariusze swoich filmow. Adaptacja powiesci Gombrowicza musiala byc bardzo trudnym zadaniem. Prosze powiedziec, jaka byla geneza "Pornografii"?

- Ta propozycja zastala mnie na bezrobociu. Niestety, tak sie uklada los tworcow, ze albo jest nadto propozycji, albo ich brakuje. Nie chca rozkladac sie tak linearnie i ladnie. Nie mialem innych propozycji, nikt nie chcial, zebym go obdarowal wlasnym talentem. Mialem okolo 10-15 wlasnych, juz napisanych scenariuszy i nikt nie chcial o nich slyszec. Z jakich powodow - nie wiem. Producenci nawet nie argumentowali. I wtedy zaprosil mnie na rozmowe pan Lew Rywin. Bylem chyba jedynym rezyserem, do ktorego to on zadzwonil (a nie takim, ktory dzwonil do niego). Jak sie spotkalismy, polozyl przede mna cztery scenariusze. Powiedzial, ze wszystkie to scenariusze Pornografii i ze z zadnego nie jest zadowolony. Ale powiedzial: "Moze na podstawie ktoregos z nich zechce pan zrobic film?". Przestraszylem sie, mialem nadzieje, ze to bedzie inna propozycja, mowilo sie o filmie o lesie katynskim... Mial taki film robic. To bylo wszystko jeszcze przed wydarzeniami, ktore uczynily z niego - jakby to powiedziec - najciemniejsza osobe w Polsce. Choc nie wiem, czy zasluzenie; nie mnie to oceniac. Ja sie tym nie zajmuje. W kazdym razie przeczytalem te scenariusze i zaden z nich nie byl materialem na dobry film. Poprosilem pana Rywina, zeby dal mi mozliwosc napisania mojego scenariusza. Zgodzil sie. No i wtedy zaczelo sie nieszczescie, poniewaz przez dwa lata go pisalem. Powstalo iles wersji i z zadnej nie bylem zadowolony. Kazda byla materialem na katastrofe... Na malownicza , fajna, taka byc moze jak w Greku Zorbie, ale jednak na katastrofe. Jakos nie umialem sie z tym tekstem zmoc. Pomagal mi Krzysztof Majchrzak, on lubi miec taki wglad w dzielo, w ktorym ma uczestniczyc. No i tak sie zmagalismy i zmagalismy. Przelom nastapil dopiero wtedy, kiedy pojechalem w miejsca dziecinstwa Gombrowicza, kiedy polazilem po tych pejzazach... Pojechalem sam. Z fundamentow fabryki tektury, ktora rodzice Gombrowicza kupili w Witulinie, wyciagnalem taki wielki kamien... Przywiozlem go do domu, polozylem na podworku, usiadlem na nim i pomyslalem, ze moze ta emanacja jakas z Gombrowicza mnie - lub moje myslenie - zmieni. I w tym rownie magicznym, co idiotycznym gescie chyba cos bylo. Jakies przestrzenie w tej ksiazce zaczely sie otwierac. Zrozumialem, ze ani na stojaco, ani na kolanach, ani w zadnej innej pozycji, ktora odbiera godnosc, ale ze trzeba adaptowac Gombrowicza zuchwale. No i wzialem sie za adaptacje tej powiesci zuchwale. Przenicowalem ja. Poszukalem w niej tropow zaledwie, ktorymi mozna by pojsc.

- Wprowadzil Pan do tekstu nowe watki. Zmienil Pan charakter glownego bohatera, Fryderyka, ktory w Pana filmie stal sie postacia tragiczna, przytloczona poczuciem winy prowadzacej do autodestrukcji.

- Ale to byla droga. Adaptowanie Gombrowicza po literkach, w zgodzie z tym zapisem, ktory jest - bylo dla mnie niemozliwe.

- Widze w tym filmie bardzo duzo motywow znanych mi z Pana wczesniejszych filmow. To niesamowite, jak Pan polaczyl siebie z Gombrowiczem nie gubiac ani siebie, ani jego.

- Uznalem, ze trzeba wypowiedziec sie przez Gombrowicza. Przestac trwac w tej pozycji "na kolanach", bo to niewygodna pozycja dla kogos, kto chce robic filmy, prawda? Wiec najpierw sie podnioslem i na stojaco probowalem go dostac. Tez nie dalo rady. Wtedy zaczalem wdzierac sie w te materie powiesciowa ze swoim swiatem, ze swoja wyobraznia, traktowac te sceny, ktore tam znajduje fascynujacymi, jako posiew na moja wyobraznie.

- Zaktualizowal Pan "Pornografie" i nadal jej inny wymiar. Wymowa filmu jest aktualna i brzmi mocno w polskiej wspolczesnosci. Jak przyjalby taka interpretacje Gombrowicz? Jego rozprawa o zyciu jako grze i manipulacji przeobrazila sie u Pana w dramat moralny...

- No tak, tak - i oczywiscie niektorym to sie bardzo nie podobalo, ale mniejsza o nich; adaptator ma takie prawo. Bierze za to odpowiedzialnosc.

- Wspaniala rezyseria, znakomicie poprowadzeni aktorzy, wysmienite drugoplanowe role - to wszystko Panska praca. Operatorem "Pornografii" byl Krzysztof Ptak, ktorego od dawna podziwiam za znakomite zdjecia; jakby malowal za pomoca kamery portrety bohaterow i tworzyl charakter przestrzeni, w ktorej sie poruszaja.

- To jest niezwykly operator, rzeczywiscie...

- Od poczatku pracuje z Panem Krzysztof Majchrzak, ktory "wyrosl" na wielkiego aktora. Prosze powiedziec o Waszej wspolpracy, o przyjazni.

- Przyjazn - tak. Ale to jest nie taka przyjazn cukierkowa, takie poklepywanie po ramieniu i pamietanie o datach swoich urodzin i imienin. Nie. Dosc powazna obecnosc w zyciu - moja w jego i jego w moim - jest znakiem tej przyjazni, a takimi trwalymi sladami sa filmy, ktoresmy razem zrobili. To juz jest pare rzeczy. Rowniez w Teatrze Telewizji pracowalismy razem. Krzysztof uchodzi za partnera trudnego, bowiem stawia warunki. Przede wszystkim wymaga kompetencji. Malo kto chce takim warunkom stanac naprzeciw, bo trzeba odpowiadac na pytania. A zeby odpowiadac na pytania, trzeba sie przygotowac do tego. Wiec on wymaga, zeby rezyser byl przygotowany tak samo jak on, jesli nie lepiej. Dopiero wtedy ufa, dopiero wtedy otwiera droge do siebie. Ja przeszedlem z nim juz tak dlugi szlak, ze swietnie te zakamarki jego duszy, jak mi sie zdaje, poznalem. Moze nie wszystkie. Zreszta Pornografia spowodowala bardzo powazny konflikt miedzy nami. Na koniec rozstalismy sie zagniewani na siebie; jakas czarna dziura nas wessala. Malo sie nie zabilismy nawzajem, tak bardzo nas ten film obciazyl... Ale mnie sie zdaje, ze to z dobrodziejstwem inwentarza... Trzeba bylo na to przystac, taka byla specyfika tego projektu.

- Czy bedziecie jeszcze razem pracowac?

- Oczywiscie! Juz ten konflikt pokonalismy. To trwalo miesiace cale... Najpierw jakies delikatne esemsy kilkuzdaniowe, pozniej jakies rozmowy przez telefon nie dluzsze niz minuta, pozniej jakies spotkanie niby przypadkiem, a teraz znow bardzo lubimy ze soba bywac... Ostatnio widzielismy sie na koncercie zespolu, ktory on prowadzi. Jest pianista. I bardzo nam bylo fajnie. Mysle, ze nasze spojrzenie na swiat jest jakos tam podobne.

- Na ostatnim New York Film Festiwal, na ktorym pokazywano m.in. "Pornografie", obraz swiata wylaniajacy sie ze wszystkich prawie filmow byl przygnebiajacy, zupelnie pozbawiony optymizmu i nadziei. Wartosci upadly, brak milosci, nie ma przyjazni, relacje miedzyludzkie po prostu sa niemozliwe...

- Czemu?

- Bo jakby nastapil kryzys czlowieczenstwa na skale globalna...

- To jest pewnie promieniowanie tego czegos, co sie ze swiatem dzieje teraz. Nie ma nikogo bardziej czulego niz artysta. Nie ma. Bo artysta jest z natury swojej bezinteresowny i widzi, a jesli jest przy tym uwazny, to widzi lepiej niz inni ludzie. Jesli artysta tak widzi, to musi znaczyc, ze albo swiat juz taki jest, albo za chwile taki bedzie. Mysle, ze artysta musi umiec wywachac czas, albo wywachac wczesniej nawet, niz ten czas sie pojawi... Wiec mysle, ze jesli sztuka jest emanacja rzeczywistosci, to artysta tylko mowi: dzien dobry, moi drodzy rodacy, czy dzien dobry, ludzie o tej samej konstytucji psychicznej. Tak oto wyglada wspolczesny swiat. Zrobcie z tym, co chcecie... Albo tak bedzie wygladal za chwile. Od tego jest artysta, zeby rozmawiac.

- Sam Pan mowil, ze ta rozmowa jest, bywa - potwornie trudna. Doprowadza do wykonczenia artysty.

- No bo to tak ma byc. Nie ma w tym niczego szczegolnego, ze srednia zycia rezyserow jest nizsza niz w innych zawodach. To jest kwestia wyboru. Albo sie dokonuje takiego wyboru - z jego konsekwencjami - albo nie. Czy to, co sie ma w zamian, ten szczegolny rodzaj satysfakcji z rozmowy z wieloma ludzmi, ze sie wywiera jednak wplyw na rzeczywistosc, czy to jest wystarczajaca zaplata? Mnie sie to per saldo oplaca, dlatego ze zyje mocno, od ludzi wraca do mnie to, co do nich mowie. Rzadko, ale intensywnie. Wraca jakas szczegolna serdecznoscia, czyms takim niezwykle upojnym... I to jest wystarczajaca zaplata. Nie mozna byc cale zycie malym Franiem i mowic: "w porzadku, no taki ciezki zawod, cholerny swiat! Duzo zarabiam, fajna mam prace, tylko ze tak boli w srodku...". Bo ma bolec! Ma bolec, i to jest jeden z elementow tego wyboru.

- A skad Pan wie, ze ma Pan prawo dotykac ludzkich dusz?

- Nie, nie, ja nie mam takiego prawa ani go sobie zadna miara nie przyznaje.

- Ale skoro tak gleboko Pan siega do ludzkich wnetrz, dotyka tych najczulszych miejsc...

- To jest moja rozmowa ze swiatem, w tej rozmowie tak dlugo jak sie jest sluchanym, ma sie prawo mowic. Jesli w ktoryms momencie widz, bo to on jest instancja, to prawo mi odbierze - koniec, kropka. Ale jak robie film, nie mysle o widzu. Mysle o sobie. Nie adresuje swoich filmow do wyobrazonego widza, bowiem nie umiem sobie wyobrazic "widza". Moim zdaniem ktos taki jak "sredni widz" nie istnieje. Zawsze jest jedna para oczu, jedna para uszu, jedno serce. Poniewaz trudno sobie wyobrazic wrazliwosc czlowieka, wyksztalcenie, wyobraznie czy cokolwiek innego, to na wszelki wypadek lepiej sobie nie wyobrazac. Lepiej zrobic film tak, zeby mnie samego ukontentowal. Zebym mial poczucie, ze uczciwie sie wypowiedzialem. I mam prawo miec nadzieje, szczesliwie ciagle prolongowana przez ludzi, ze kogos to bedzie obchodzic, ze kogos poruszy, kogos dotknie. I ten ktos, jesli bedzie mial okazje, powie mi w jakis sposob: "rob jeszcze". I jak dotad ten moj tak opisany zwiazek z widzami sie utrzymuje. Prosze sobie wyobrazic, ze projekcje Daleko od okna puszczona w telewizji po 11 w nocy obejrzalo prawie trzy miliony Polakow! Trzy miliony naraz! To sa ci, ktorzy daja zachete, zeby robic dalej...

- Sprawy Boga i religii sa w Pana filmach na bardzo waznym miejscu; w "Pogrzebie kartofla" jeden z mlodych bohaterow mowi: "... pan Bog chyba zna miare?".

- Nie jestem calkiem tego pewien. Ale lubie w to wierzyc... To pytanie formuluje w kazdym filmie na nowo. I troszke z naiwnoscia tego chlopca je zadaje. Oprawione juz dorosloscia, pewna wiedza, dojrzaloscia artystyczna czy ludzka, ale ciagle stawiam tak samo szczere i tak samo naiwne to chlopiece pytanie. Jego jadro jest ciagle to samo.

- I bedzie je Pan nadal zadawal?

- Mam nadzieje moc je zadawac, bo to nie tak wiele zalezy ode mnie...

- Skoro wspomnial Pan o wierze...

- Wspinam sie na palcach i jakos tam po swojemu robie postepy, ale niezadawalajace... Moje wspinanie sie do absolutu, albo do Pana Boga, jest wspinaniem sie takiego malego chlopca, ktory chce wyjrzec przez okno, ale parapet jest wciaz za wysoko. A jak juz czlowiek dorasta, to okno tez wyzej sie lokuje i nie mozna jakos przez nie wyjrzec. Ale z tej ciekawosci, co jest za tym oknem, wyplywa potrzeba robienia kolejnych filmow; moze wreszcie sie zobaczy, moze wreszcie czlowiek bedzie wystarczajaco duzy, zeby sie ucapic tego parapetu, oprzec na nim brode i zobaczyc, jak wyglada swiat.

- Czy wobec tego myslal Pan o zrobieniu filmu, ktory dzieje sie wspolczesnie?

- Teraz bede krecil taki film - jesienia. Wprawdzie ulokowany w klasztorze Kamedulow, w ktorym bedzie trzech mnichow pachnacych... Jeden bedzie pachnial czeremcha, drugi czeresnia, a trzeci sliwa.

- Ale to jest przeciez swiat odciety od "normalnego"!

- Bedzie tam ktos, kto przyniesie ze soba ten swiat zewnetrzny i pomiesza go z "ukrytym" - tym swiatem mnichow. Dojdzie do wymiany wartosci miedzy obydwoma swiatami i wcale nie bedzie tak, ze z tego swiata mnichow bedzie promieniowalo samo sacrum, a z zewnatrz przyjdzie profanum, zeby sie pomieszac. Nie, okaze sie, ze w takim miejscu swietym i szczegolnym mieszanie dobra ze zlem jest takie jak wszedzie. Kazde miejsce na swiecie jest polem scierania sie dobrego i zlego. No, troche mowie takie rzeczy jak maly Franio, ale...

- Dziekujac za rozmowe, chce Panu przeczytac "moje" motto z Marqueza: "Zycie to nie to, co czlowiek przezyl, ale to, co i jak o swoim zyciu opowiada...".

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail