PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 9 kwietnia 2004

 


ANDRZEJ POMIAN

Profesor Stanislaw Kot
- naukowiec i polityk (dokonczenie)


W ukladzie polsko-sowieckim z 30 lipca 1941 roku rzad ZSRR stwierdzil na samym poczatku, ze traktaty sowiecko-niemieckie dotyczace zmian terytorialnych w Polsce utracily swa moc. Zdawac by sie moglo, ze ziemie wschodnie powracaja do Polski. Nic podobnego. Stalin, choc byl w ogromnie trudnej sytuacji w poczatkowych miesiacach najazdu hitlerowskiego, nie chcial sie wyrzec pod zadnym pozorem naszych ziem, zagarnietych w roku 1939. Roszczenia do nich opieral teraz nie na umowie niemiecko-sowieckiej z roku 1939, ktora juz nie obowiazywala, lecz odwolywal sie do plebiscytu, sfalszowanego na korzysc Sowietow.

Sikorskiemu zalezalo jednak na zalatwieniu wielu innych spornych zagadnien, totez zgodzil sie, acz z ciezkim sercem, na pokrycie tej sprawy milczeniem, co oznaczalo, ze zadna ze stron z niczego nie rezygnuje. Uklad zawieral przepisy o nawiazaniu stosunkow dyplomatycznych przez Polske z ZSRR, o stworzeniu w Rosji Armii Polskiej pod dowodztwem oficera uzgodnionego z rzadem sowieckim, o podleglosci tej Armii "w sprawach operacyjnych Naczelnemu Dowodztwu ZSRR" i wreszcie o udzieleniu przez Moskwe amnestii wszystkim obywatelom polskim, ktorzy byli obecnie pozbawieni swobody na terytorium ZSRR badz jako jency, badz z innych powodow.

Postanowienie amnestyjne ukladu polsko-sowieckiego uwazali Polacy za bardzo niewlasciwe. Niczego innego nie mozna bylo jednak wynegocjowac. Stalin nie chcial sie oczywiscie przyznac, ze jego postepowanie na ziemiach wschodnich RP w latach 1939-1941 stanowilo przestepstwo miedzynarodowe. W praktyce amnestia miala dla nas bardzo dodatnie znaczenie: uwolnila obywateli polskich, jak sie troche pozniej mialo okazac - tylko Polakow, z wiezien, lagrow i miejsc przymusowego osiedlenia. Dzieki temu mozliwe bylo sformowanie armii gen. Andersa. Gdyby nie uklad - nasze dalsze losy wojenne potoczylyby sie calkiem inaczej. Rzad RP, ktory po przystapieniu ZSRR do wojny po stronie aliantow zachodnich tracil powoli dotychczasowe znaczenie, stracilby je niemal calkowicie. Kto wie, czy Churchill nie uznalby jakiegos utworzonego przez Stalina niby Polskiego Komitetu Narodowego, tak jak uznal Tite. Tego to wlasnie najbardziej sie obawialo nasze podziemie polityczne. Polskie Sily Zbrojne na Zachodzie bylyby znacznie mniejsze. Anders siedzialby dalej w wiezieniu sowieckim. Nie byloby 2. Korpusu Polskiego we Wloszech ani zwyciestwa pod Monte Cassino. Armia Krajowa nie otrzymywalaby dostaw alianckich. Wkroczenie Armii Czerwonej na ziemie polskie Zachod uwazalby tylko za wspoludzial sowiecki w wojnie. Tak wiec, wbrew obawom i zastrzezeniom, polsko-sowiecki uklad z lipca 1941 roku przyniosl korzysci nam, nie Zwiazkowi Sowieckiemu. I to korzysci bardzo wielkie.

Nie tak jednak oceniali ten uklad trzej ministrowie rzadu gen. Sikorskiego: gen. Sosnkowski, August Zaleski i Marian Seyda. Byli zdecydowanie przeciwni ukladowi. Sosnkowski, zwykle rozwazny, trzezwy w mysleniu i samodzielny, tym razem - jak ogromna wiekszosc emigracji, nie wylaczajac niemal wszystkich generalow - uwazal, ze Zwiazek Sowiecki nie wytrzyma uderzenia niemieckiego i niebawem upadnie, po co wiec zawierac z nim uklad, do tego wadliwy, gdyz nieprzywracajacy nam ziem wschodnich ani niegwarantujacy naprawde niepodleglosci. Sadzil, ze Sikorski, ulegajac naciskowi brytyjskiemu, dziala za pospiesznie. I pod tym wzgledem sie mylil. Uklad mozna bylo zawrzec tylko wtedy albo nigdy. W miare wzrostu oporu sowieckiego Stalin nabieral pewnosci siebie. Zdobywal sie na ustepstwa tylko w pierwszych miesiacach wojny z Niemcami. Potem juz nie byl sklonny do zadnego kompromisu.

Sikorski 5 sierpnia podpisal uklad wojskowy z Wielka Brytania, a 20 sierpnia na ambasadora polskiego w ZSRR mianowal Stanislawa Kota. Nominacja ta wywolala na emigracji zdumienie. Jak to - wysylac do Moskwy czlowieka, ktory nie ma nalezytej orientacji w sprawach wschodnich, co wiecej - nie zna nawet jezyka rosyjskiego? Jak taki czlowiek moze dbac nalezycie o interesy Polski w Moskwie?

Sikorski cale to rozumowanie odrzucil. Chcial miec w Rosji czlowieka, ktory z pelna lojalnoscia bedzie realizowal jego polityke. Takim czlowiekiem byl Kot.

Udal sie on do Moskwy 2 wrzesnia 1941 r. Na dowodce wojska polskiego w Rosji, ktore mialo niebawem powstac, Sikorski wybral gen. Stanislawa Hallera, ale nie mozna go bylo nigdzie odszukac. Dzis wiemy, ze zostal zamordowany pod Charkowem, wtedy jednak bylo to jeszcze tajemnica. Sposrod generalow polskich w Rosji na Lubiance przebywal Wladyslaw Anders. Na niego wiec padl z kolei wybor. Anders zostal wypuszczony na wolnosc i zajal sie natychmiast pracami organizacyjnymi.

Glownym zadaniem Kota stala sie teraz opieka nad polmilionowa rzesza obywateli polskich pozbawionych dotad wolnosci w ZSRR. Sikorskiemu zalezalo na tym, aby powstajace tam wojsko polskie moglo w mysl ukladu lipcowego pozostac na miejscu.

Jak sie mialo pozniej okazac, general Anders myslal inaczej. Byl kiedys oficerem carskim, znal dobrze mentalnosc rosyjska i chcial jak najwiecej obywateli polskich wyprowadzic na obszary znajdujace sie pod wladza brytyjska. Uwazal to za jedyny sposob ich ocalenia, poki jeszcze czas. Polityka Sikorskiego i ocena sytuacji przez Andersa znalazly sie w zasadniczej sprzecznosci. Ale na razie stosunki pomiedzy ambasadorem i generalem, z ktorym Kot spotkal sie juz 5 wrzesnia, ukladaly sie przyjaznie.

W listach do Sikorskiego Kot chwalil Andersa: "Czlowiek to prosty, szczery, sam juz zapowiedzial, ze kazda sprawe ze mna omowi, z kazda sie odniesie". Wkrotce jednak wyszly na jaw powazne roznice. Oto Kot zwrocil sie do Andersa, aby nie przyjmowal do wojska na stanowiska dowodcze bylych legionistow. Anders, ktoremu brakowalo dobrych oficerow, odmowil. 8 czerwca 1942 r. podzielil sie z Sikorskim pogladem, ze "pozostanie w Rosji Sowieckiej moze skonczyc sie dla wszystkich Polakow zupelna zaglada". Otrzymal od Naczelnego Wodza odpowiedz, ze "wojsko dla wyzszych celow musi pozostac w ZSSR". Sikorski obawial sie przyszlego nowego konfliktu z Sowietami. Wiedzial, co to moze znaczyc dla Polski. Uwazal przeto, ze dla zachowania pokoju nalezy sie trzymac postanowien ukladu polsko-sowieckiego z 30 lipca 1941 r.

Anders nie zmienil swego zdania, a do Kota, ktory wykonywal polecenia Sikorskiego, zaczal sie odnosic wrogo. Oto co napisal o nim w swojej ksiazce Bez ostatniego rozdzialu: "Falszywy do szpiku kosci, a jednoczesnie slodkawo uprzejmy dla tych, na ktorych mu zalezalo, opryskliwy zas i nieuczynny dla reszty, byl niecierpiany przez wojsko i co najmniej nielubiany wsrod personelu swojej ambasady. Nie umial nawiazac nie tylko stosunkow z wladzami sowieckimi, ale nawet zwyklych rozmow". Znacznie pozniej - w maju 1969 roku - gen. Anders (w rozmowie z Franciszkiem Wilkiem) przyznal, ze Kota w swojej ksiazce skrzywdzil.

Jako emisariusz dowodcy Armii Krajowej do Naczelnego Wodza poznalem osobiscie w Londynie i gen. Andersa, i ministra Kota w roku 1944. Anders nalezal do czolowych postaci naszej emigracji. Byl ogromnie popularny w wojsku, szczegolnie wsrod zolnierzy 2. Korpusu. Ale to, co napisal o Kocie, rozni sie gruntownie od wrazenia, jakie ja odnioslem. Tlumacze to niechecia, jaka Anders odczuwal do czlowieka, ktory reprezentowal w Rosji sowieckiej zupelnie odmienna linie polityczna.

Ze swej strony Kot na poczatku zachwycal sie generalem: "Anders jest wspanialy czlowiek"; "Anders zloty czlowiek, dzielny, zdolny" (...). Potem nie szczedzil mu uszczypliwych zarzutow. General obalil polityke Sikorskiego w stosunku do Rosji. Przyznaje mu racje. Ocalil zycie tysiacom ludzi, stworzyl pierwszorzedna wyzsza jednostke bojowa, okryl slawa i siebie, i Polske. Ale dal obraz Kota bardzo daleki od rzeczywistosci.

Prawdziwie dobre stosunki ze Stalinem byly na dalsza mete niemozliwe. Kot nie byl zreszta bieglym dyplomata. Stawial swoim sowieckim rozmowcom wymagania dosc natarczywie. Dbal - zreszta slusznie - o polska linie niepodleglosciowa. Upominal sie o zolnierzy, ktorzy gdzies mieli zaginac - wedle slow Stalina - a ktorzy, jak to sie pozniej okazalo, zostali wymordowani w Katyniu i innych miejscach masowej zaglady. Poza tym nie umial zachowywac dyskrecji. Trudno sie wiec dziwic, ze dyktator sowiecki nie mial o nim korzystnego zdania, co zanotowal gen. Anders: "Stalin zwrocil mi uwage, iz rozni nasi ludzie prowadza tu w Rosji antysowieckie rozmowy (...). Odpowiedzialem mu, iz rozni sa durnie, nie tylko u nas, ale i w Zwiazku Sowieckim (...). Tak, ale rozmowy prowadzil nie zwykly duren (nie obyknoowiennyj durak), bo ambasador Kot (...).

Gen. Anders zarzucil takze Kotowi, ze nie mial zdolnosci organizacyjnych. Wbrew tej opinii Kot pokryl cala czesc europejskiej Rosji gesta siecia polskich urzednikow, ktorzy sie zajmowali uwalnianiem Polakow i opieka nad nimi. Niejeden z pilsudczykow mowil mi w Londynie, ze Kot ocalil mu zycie. Jesli chodzilo o ratowanie Polakow w Rosji, Kot nie zwracal uwagi na ich poglady polityczne. Ratowal wszystkich bez wyjatku. Zawdzieczal mu pod tym wzgledem wiele rodzony brat Marszalka - Jan Pilsudski, byly sanacyjny minister.

Kot mial dobre serce. Zarazem jednak prowadzil cos w rodzaju osobistego wywiadu: zbieral skrzetnie informacje o ludziach, notowal je, gromadzil w teczkach i przechowywal. Nie zawsze mogl sprawdzic, czy sa one scisle. Wszedzie wietrzyl sanacje. Robil sobie w ten sposob bez zadnej potrzeby wielu wrogow.

Zbieral tez i notowal wiadomosci o osobistosciach sowieckich. 15 grudnia 1941 r. ambasador Kot i Wyszynski (sowiecki wicekomisarz spraw zagranicznych polskiego pochodzenia, przedtem oslawiony oskarzyciel w tzw. procesach pokazowych) pozegnawszy w Kujbyszewie gen. Sikorskiego, ktory bawil wlasnie w Rosji, wracali do Moskwy jednym samolotem. Wyszynski - mocno podpity - rozmawial z Kotem wyjatkowo szczerze. Na pytanie ambasadora, jak sie czul wsrod zolnierzy polskich, zwierzyl sie po raz pierwszy: "To byl najpiekniejszy dzien w moim zyciu (...). I wasi ludzie sie smieja (...). Jakzez to - spytal Kot - przeciez Rosjanie tez sie wesela i smieja sie. - Myli sie pan, ambasadorze. Pan nie zna Rosjan (...). Zapewniam pana, ze Rosjanie to narod ponury, ociezaly, leniwy, brudny, bez inicjatywy, niechetny jakiemukolwiek postepowi kulturalnemu (...). Z tego narodu niczego wydobyc nie mozna zwyklymi sposobami. Podniesc go na wyzszy poziom mozna tylko taka metoda rzadzenia, jaka zastosowal Stalin. Tylko sila i przymusem. I dlatego ja jestem tak goracym zwolennikiem Stalina i tak bronie jego sposobu rzadzenia".

Kot byl ambasadorem RP w Rosji nieco ponad 10 miesiecy: od 4 wrzesnia 1941 roku do 13 lipca 1942 roku. Do Andersa dotarlo w tym czasie z grubsza 115 tysiecy Polakow. W sierpniu 1942 roku general opuscil z wojskiem i grupa ludnosci cywilnej Zwiazek Sowiecki, przenoszac sie do Iraku. Cala rozlegla polska siec dyplomatyczna na prowincji rosyjskiej zostala zlikwidowana. Stalin czekal tylko sposobnosci, aby sprawe polska zalatwic po swojemu.

Kot objal teraz stanowisko ministra stanu na Bliskim Wschodzie (Teheran, Jerozolima, Kair). Rozwinal tam takze dzialalnosc kulturalna. Zalozyl Centrum Informacji na Wschodzie, Szkolna Biblioteke na Wschodzie pod redakcja Lukasza Kurdybachy, tygodnik literacko-kulturalny W drodze. W lutym 1943 r. powrocil do Londynu i otrzymal tam teke ministra informacji i dokumentacji. Gen. Sikorski kilka miesiecy potem, 4 lipca, zginal w katastrofie gibraltarskiej. Z nowym premierem Stanislawem Mikolajczykiem stosunki prof. Kota nie ukladaly sie tak harmonijnie jak z jego poprzednikiem. Pozostal jednak dalej ministrem informacji i dokumentacji.

Na tym stanowisku zastalem go w Londynie w kwietniu 1944 roku, gdy na polecenie dowodcy AK gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego przybylem z kraju do Wielkiej Brytanii.

Minister Kot zainteresowal sie mna i zaczal zapraszac na rozmowy do Stratton House, gdzie miescilo sie jego ministerstwo, a czasem do restauracji.

Bylem wtedy w wojsku, ale chodzilem po cywilnemu (jak w kraju w AK) za zezwoleniem ministra obrony gen. Mariana Kukiela. Wiedzialem doskonale, ze wojskowi w ogromnej wiekszosci odnosza sie do Kota negatywnie. Pamietalem jednak jego przedwojenne osiagniecia i cenilem go za nie bardzo wysoko. Totez nie stronilem od niego. Spedzilem z nim na rozmowach o polityce, literaturze oraz na podrozach, m.in. do Oksfordu, dlugie godziny. W tym czasie wybuchlo w Warszawie powstanie i Stalin powstrzymal pochod wojsk sowieckich na Warszawe. Prof. Kot mnie pierwszego powiadomil, jak Stalin to tlumaczyl. Byl zawsze uprzejmy i zyczliwy bez przesadnej wylewnosci.

Ze wzgledu na sytuacje w kraju uznawalem potrzebe pilnego zalatwienia konfliktu politycznego ze Zwiazkiem Sowieckim. Wiedzialem, ze naszych ziem wschodnich nie da sie utrzymac w calosci. Mialem nadzieje, ze moze sie ocali jakas ich czesc, ale i to bylo bardzo niepewne. Zdawalem sobie sprawe, ze podziemie w Polsce nie jest sklonne do znacznych ustepstw terytorialnych i politycznych. W Londynie niewielu Polakow gotowych bylo na nie sie zgodzic. Totez uwazalem, ze Mikolajczyk i Kot ida za daleko w swej checi dojscia do porozumienia ze Stalinem. Przeciez dyktator sowiecki nie tylko obstawal przy zatrzymaniu ziem wschodnich, ale i zadal usuniecia z polskich legalnych wladz prezydenta Raczkiewicza i ministrow Kukiela i Kota. Chcial zupelnej uleglosci, a nie porozumienia.

W listopadzie 1944 r. Mikolajczyk ustapil z rzadu. Stanalem po stronie jego nastepcy, Tomasza Arciszewskiego.

Moje stosunki z Kotem dobiegaly konca. Ostatni raz spotkalem go na ulicy w Londynie na poczatku grudnia 1944 r. Powiedzial mi wtedy: "Rozstajemy sie politycznie". "Tak - odpowiedzialem - ale trzeba pamietac, ze w stosunku do Moskwy nalezy zachowywac jednosc". "Moze to sie okazac nieosiagalne" - uslyszalem od Kota.

W lipcu 1945 r. Stanislaw Kot wyjechal do kraju. Oddal mi wtedy przysluge - na wlasna reke odszukal moja najblizsza rodzine w Milanowku pod Warszawa i powiadomil mnie, ze ma sie dobrze.

W tymze roku 1945 zostal ambasadorem nowej niby Polski w Rzymie. Przestal nim byc w roku nastepnym, gdy Mikolajczyk popadl w ostry konflikt z rezimem. Kot nie przyjal propozycji pozostania w Rzymie pod warunkiem potepienia swego postepowania w przeszlosci. Znow zostal emigrantem politycznym. W roku 1955 Stronnictwo Ludowe wybralo go na prezesa Rady Naczelnej. Do swego przedwojennego dorobku ksiazkowego dodal dwie nowe wazne pozycje: Listy z Rosji do gen. Sikorskiego (1956 r.) i Rozmowy z Kremlem (1959 r.). Otrzymawszy tekst wspomnien Wincentego Witosa, powierzyl przygotowanie ich do druku Franciszkowi Wilkowi. Mial napisac wstep do nich, ale nie zdazyl. 4 stycznia 1964 roku ulegl udarowi mozgu. Wstep sporzadzil wiec za niego Wilk, podpisal go jednak nazwiskiem Kota, ktorego intencje dobrze znal.

Tymczasem Kot lezal w Londynie w szpitalu. Tracil pamiec. Przestal poznawac znajomych i przyjaciol. Zachowywal sie jednak pogodnie. Mowil czasem tajemniczo o zamierzonym spotkaniu z gen. Sikorskim, ktory juz dawno nie zyl.

Przebywal w szpitalu blisko 12 lat. Zmarl we snie 26 grudnia 1975 roku.

Na polu nauk humanistycznych Kot nie liczyl sie z autorytetami ani nie przyjmowal bezkrytycznie ustalonych pogladow. Poddawal je rewizji. Byl odkrywczy, nowatorski i przedsiebiorczy. Jako autor Historii wychowania i tworca serii wydawniczej "Biblioteka Narodowa" godny jest zajac miejsce obok Aleksandra Brücknera i Ignacego Chrzanowskiego ze starszego pokolenia, a wsrod rowiesnikow - obok Stanislawa Pigonia i Juliusza Kleinera.

Politykiem byl juz innej miary. Dzialal glownie w cieniu gen. Sikorskiego. Nie mogl sie ustrzec niewlasciwych posuniec. Stal sie postacia mocno kontrowersyjna. Bronil jednak w Rosji stanowczo zywotnych interesow narodu polskiego. Pod koniec zycia opublikowal dwie ksiazki polityczne, ktore sa cennym zrodlem do poznania epoki.

W sumie w dziejach Polski XX wieku Stanislaw Kot nalezy do postaci ciagle jeszcze kontrowersyjnych, mimo to - moim zdaniem - wybitnych i zasluzonych.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail