PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 9 kwietnia 2004

 


STANISLAWA SALONI

Lany poniedzialek


Po paroletniej przerwie zjawilam sie znowu na Wielkanoc nad Morskim Okiem. Jak zwykle o tej porze roku, lodowa pokrywa stawu pod kozuchem swiezego sniegu ani myslala rozmarzac.

Wielka Niedziele uczcilismy wspolnym z gospodarzami schroniska sniadaniem. Jednak prawdziwe swieto, do ktorego wszyscy przygotowywali sie nadzwyczaj solennie, mialo nastapic dopiero jutro.

Omowienie dzialan dotyczacych drugiego dnia swiat przyjelo z miejsca obowiazujacy charakter, albowiem obradom przewodniczyla najwyzsza wladza schroniska, pani Dziunia. Ustalono, ze lac sie nalezy na korytarzach, schodach, gdy kto lubi na dworze, wszedzie, z wylaczeniem sypialni, ktorych mieszkancy na wezwanie powinni drzwi niezwlocznie otworzyc, wyjsc na korytarz i tamze uczestniczyc w ogolnym laniu. W razie sprzeciwu, drzwi zostana wywazone i...

Dziunia przyjmowala rzeczy w depozyt.

Ustalono, ze wszelkie oblewania, chlustania i sikania musza sie skonczyc z chwila przyjazdu pierwszego turystycznego autobusu. Wtedy jeszcze autobusy dojezdzaly do "starego" schroniska i snulismy leniwie marzenia, ze w ramach takiego lub innego "czynu" rozbierzemy szose az do Wodogrzmotow. Przystalismy na warunek, targujac sie jeszcze:

- Ale postraszyc troche, pani Dziuniu, tylko postraszyc, bedzie mozna?

- Dobrze, ale pamietajcie, ze tylko postraszyc!

- A jakby przyjechal ktos swoj?

- No to lac! - odpowiedziala Dziunia surowo.

Spalam na drugim pietrze, w "czworce", na gornej pryczy tuz pod niewielkim oknem. O czwartej czy piatej rano, w zupelnej jeszcze ciemnosci zastukal w szybe Zbyszek Skoczylas, obecnie pulkownik w stanie spoczynku. Hej, jak o Zbyszku mozna mowic "w stanie spoczynku", jak o umrzyku jakims?

Zastukal, przysiagl, ze w pokojowej misji, wiec wpuscilam. Jak ta cholera znalazla sie na spadzistym dachu pod moim oknem i dlaczego? Widocznie uzywane przez nas piwniczne wejscie zamkniete bylo jeszcze o tej wczesnej, rannej godzinie. Przemknal jak nocna zjawa i przepadl w wyciszonym, ciemnym schronisku. Czuj duch, pomyslalam. Mialam ochote wybiec za Zbyszkiem, zeby zobaczyc, co sie swieci, i wtedy zorientowalam sie, ze nie wiadomo kiedy zniknela reszta wspolmieszkancow "czworki". Sen odbiegl mnie na dobre. Nalezalo poczynic pewne przygotowania tu, w moim pokoju takze.

Gdy rozwidnilo sie wreszcie, Skoczylas z silami "nowego schroniska" wyruszyl przeciw "staremu", ktorego mieszkancy, zaopatrzeni w ogromne ilosci wody, bronili sie na strychu. Niewielki kwadrat wyciety w stropie nie pozwalal na rozwiniecie natarcia. Zbyszek, jak to napisal Andrzej Wilczkowski w Miejscu przy stole, nalezal do tej grupy dowodcow, ktorzy nie podrywaja zolnierzy okrzykiem "naprzod!", lecz krzycza "za mna!". Nie dajac nikomu sie wyprzedzic, pchany co sil ramionami wiernych szeregow, zanurzyl glowe w otwor wlazu i nie majac mozliwosci odwrotu malo nie zginal utopiony na polu chwaly. Z gory lala sie woda, Zbyszek, ryczal z glebi nasadzanego na glowe wiadra wysokowojskowym basem, a gdy udawalo mu sie na chwile wyswobodzic i zaczerpnac powietrza, podsadzano go znowu i historia powtarzala sie az do wyczerpania na strychu wodnej amunicji. Wowczas nastapila odwrotna faza wielkiego lania. Po bezwarunkowej kapitulacji, polaczone i jednakowo mokre oddzialy, w klebach pary zmrozonych oddechow wyruszyly radosnie oblewac wszystko, co zawieraly zrudziale, uczynione z jodlowych plazow sciany "nowego" schroniska. Panowalo przekonanie, ze w oczekiwaniu na dyngus, przez rok caly nie myto w budynku schodow ani korytarzy.

Oblewac mielismy zgodnie z przyjeta konwencja. Czeslaw Lapinski przewidujaco juz wczoraj zamknal doplyw wody do schroniskowych kranow. Zdazylismy jednak zrobic spore zapasy, a pozniej dzialal sprawnie lancuch bratnich rak, podajac wiadra od przerebli na stawie w gore, na morene.

Swoje wiadro zawiesilam nad drzwiami, zostawiwszy je uchylone. Spodziewalam sie, do pewnego momentu slusznie, ze nikt nie pokusi sie otwierac otwartych drzwi. Coz, sama mnie skusilo. Kiedy na korytarzu tumult zaczal przewalac sie z wrzaskiem i spod moich drzwi poplynely struzki wody, nie wytrzymalam i wyjrzalam przez szpare. Ktos z okrzykiem: "O, jeszcze jedna sucha kobieta!" pchnal drzwi, wylewajac na siebie wiadro zawieszone u gory. Korzystajac z zamieszania wymknelam sie na korytarz, miedzy mokrych, co uszloby mi na sucho, gdyby nie Hanka Skoczylasowa, ktora odezwala sie scenicznym szeptem:

- Staszka, to ciebie szukaja!

Zdarto mi kaptur z glowy i chroniona dotychczas pieczolowicie fryzura splynela woda. Od tej chwili bylo mi juz wszystko jedno. Poczulam sie wolna jak ptak i ubrana w mokry skafander, majac pod spodem li tylko bielizne, scislej mowiac majtki, a na nogach skarpetki, moglam bez reszty oddac sie dyngusowej zabawie.

Ktorys z taternickiej braci, w nadmiarze rozsadzajacego piersi szczescia, mocowal sie z czerwona przeciwpozarowa beczka. Sluszna inicjatywa znalazla w lot zrozumienie i zaraz dziesiatek silnych ramion wsparlo czynem wysilek kolegi. Woda lala sie z szumem po schodach.

Na dole, w jadalni, dwoje wystraszonych turystow jadlo swoja owsianke, do ktorej kapalo z sufitu. W poczuciu zagrozenia, chociaz nikt ich nie pokropil bodaj woda kolonska, bo skadze by zreszta taka dostac, mruczeli do siebie o zdziczeniu obyczajow. Przypuszczam, ze teraz, po czterdziestu z gora latach, opowiadaja wnukom o jedynym w ich zyciu prawdziwym dyngusie.

Godne uwagi, ze w czasie naszych niewinnych igraszek i wodnych turniejow nikt nie mogl nigdzie uswiadczyc pana Czeslawa. Wiodl on suchy i krytyczny zywot poza dyngusowa sceneria, zamknawszy gdzies Bariego. Sam sie nie bawil i drugiemu nie dal! Bari, choc pies powazny, z frajda na pewno wlaczylby sie do celebrowania swiatecznych obchodow. Czyzby pan Czeslaw obawial sie, ze moglby on, hm, cos zle zrozumiec? Tak, wsrod radosnych wrzaskow wiosennych weselnikow zabraklo poteznego basu Bariego. Pani Dziunia, polowica suchego malzonka, przewodzila zabawie. Mozna smialo powiedziec, ze plywala jak ryba w wodzie, co moja narracja za chwile przed oczy przywiedzie.

Z ondulacja w strakach, w bialym kitlu oblepionym na obfitym, nagim ciele, domagala sie glosno:

- Panowie, wiecej wody dla kucharek! Kucharki za malo dostaly!

Ktos skladal jej zyczenia, a scena miala miejsce w schroniskowej kuchni:

- Szefowo, nie mialem jeszcze dzisiaj przyjemnosci... Czy pani pozwoli?

I Dziunia, oblana wiadrem wody, wyladowala w wielkiej, tlustej, restauracyjnej brytfannie, z ktorej nie mogla sie podniesc.

Wreszcie nastapil moment historyczny. Na balkoniku, naprzeciw Kurnika...

Tu informacja dla niewtajemniczonych: Kurnik to nie pomieszczenie dla domowego ptactwa, ale drewniana buda, zaanektowana jako miejsce noclegowe przez taternikow, gdzie na dole mieszkal taternicki plebs, a gore zajmowala elita. Koszt noclegu byl symboliczny, ale do molojeckiego honoru nalezalo nieplacenie. Czeslaw Lapinski wyruszal czasem z latarka na nocny remanent. Kiedys, odkrywszy wsrod taternickiej wiary spiacej pokotem w kokonach spiworow jednego z czolowych wspinaczy, zawstydzal go:

- Jak to, to i pan spi tutaj niemeldowany?

Na co tenze odpowiedzial:

- Panie Czeslawie, od kiedy dowiedzialem sie, ile Ludowe Panstwo musi doplacac do kazdego noclegu, doprawdy nie smiem...

Kiedy juz Kurnik ustawilam jak nalezy w moim opowiadaniu, przejdzmy do relacji o zdobywaniu tego historycznego obiektu w drugi dzien Wielkanocy chyba 1958 roku i o bohaterskiej jego obronie.

A wiec na balkoniku naprzeciwko Kurnika, w ktorym zabarykadowalo sie dwoje obroncow... Druciarz? i kto drugi? Kto mogl byc ten drugi? Aresztant? Hrabia?... zasiadla pani Dziunia i Staszek Biel, wylaczony z gier wojennych, usprawiedliwiony. Bodaj mial noge w gipsie, jak ja dzisiaj, kiedy to pisze. Dziunia dala znak syrena do sygnalizacji we mgle i gdy umilkly ponure, nawolujace jeki, polaczone sily Obu Schronisk wykonaly manewr okrazajacy Kurnik.

Atakowac mozna jednak bylo wylacznie od frontu, przez otwor wejsciowy pieterka, zalozony teraz siatkami od lozek. Nie spodziewalismy sie, ze obroncy Kurnika, ktorzy zabarykadowali sie tam juz na noc, dysponuja bronia chemiczna. W oczekiwaniu napasci wciagneli na gore trzy beczki: jedna po odpadkach, druga po kapuscie, a wreszcie trzecia po sledziach i napelnili je woda. Dufali teraz w sile swego oreza.

I pozostalby Kurnik niezdobyta twierdza, gdyby agresor nie uzyl broni niekonwencjonalnej. W rekach napastnikow pojawily sie bosaki dla porwania siatek, a Jozek Nyka zabieral sie do rabania dachu. Twierdzi dzisiaj, ze nie, ze Lapinscy nigdy by na to nie pozwolili. Ale powiedz, Jozku, cos ty tam wtedy robil na dachu Kurnika? Aa? Zreszta, sa swiadkowie. Co do szkod, to glownie taternikom zalezalo na utrzymaniu tej ekskluzywnej "nocleharni", wiec z pewnoscia wszelkie szkody bylyby naprawione, no nie jestem pewna, czy tego samego dnia.

W pewnym momencie rycerz bez skazy, jeden z braci Walow, nie dbajac o zlewajaca go obficie sledziowke, uwiesil sie u krawedzi otworu wiodacego na pieterko i juz, juz mial sie podciagnac... gdy hak bosaka rozebral go z dresowych spodni! Z okrzykiem: "Aaach!" Dziunia zakryla twarz syrena sygnalizacyjna.

Obroncy poddali sie na honorowych warunkach, z prawem wycofania oddzialow do lasu. Druciarz i ten drugi, ktorego oblicza nie moge wywolac z zamglonej pamieci, "stali na wzgorzu", to znaczy w kepie kosowki w prawo i troche w tyl od opuszczonej twierdzy, z menazkami na glowach, zeby nie salutowac do odkrytego lba. Odspiewalismy wspolnie hymn Kurnika, ktorego slow, chocbym pamietala, nie odwazylabym sie zacytowac. Dodalismy jeszcze, troche przerobiona w celu zaktualizowania tresci, liryczna slowacka piosenke:

Ne lejem ne lejem

Ne lejem ne lejem

Zabrala nam woda mlyn

Sloneczko rozswiecilo sie nad Morskim Okiem...

Bylo slonce, czy nie bylo wtedy slonca? Mozliwe, ze sloneczna pogode w calej roziskrzonej i snieznej urodzie wyczarowala dzisiaj moja pamiec, zeby uswietnic ten wlasnie, niezapomniany lany poniedzialek.

Po drugiej stronie stawu juz od switu pedzlowali, tak sie to wtedy mowilo, narciarze. Pracowicie wpierw udeptywali podchodzeniem stozek piargu, okryty metrowa warstwa sniegu, ktory niemal do pelni lata zalegac mial pod polnocnymi scianami Mieguszowieckiego Wielkiego. Okreslenie "pedzlowali" zawieralo caly ladunek naszej pogardy dla tej, zbyt eleganckiej jak na nasz smak, dyscypliny sportu. Ci tam spod Mieguszowieckiego, niby wyzsi ponad dyngus, a wlasciwie zwykli dezerterzy, beda potem ukradkiem przemykac do schroniska, ale na to tylko czekalismy, z ustawiona na ganku balia pelna wody.

Jeszcze zanim przed starym schroniskiem zatrzymal sie pierwszy autobus, w licznej asyscie, dzwoniac medalami, wysypali sie na morene ruscy generalowie. Szli do bariery nad stawem podziwiac panorame. Schylilam sie, zeby ulepic kule ze sniegu. Dziunia, obserwujaca bacznie wszystko, co dzialo sie na dworze, malo nie wyleciala przez okno:

- Pani Stasiu, nie wolno!!!

- Jak to? W Jurka nie wolno?

- A, w Jurka wolno!

Momentalnie rozgorzala bitwa na sniezki. Nad glowami generalow. Szli dostojnie, czerwieniejac, jezeli tak mozna powiedziec, do rozpuku. Postali chwile przy drewnianej barierce, odwrocili sie i wracali wolno do samochodow. Dwie walczace na sniezki partie utworzyly szpaler zastygajac z kulami we wzniesionych rekach. I wtedy ktos krzyknal:

- No i powiedzcie, czy Zwiazek Radziecki nie ma wplywu na pokoj miedzy narodami?!

Generalowie zazadali przetlumaczenia.

Juz zajezdzal pierwszy autobus. Stanelismy w ordynku z (pustymi) wiadrami w rekach. Ktos siknal z hydronetki po oknach autokaru. Nikt nie wysiadal. Mijaly minuty. Po kwadransie zdecydowal podjac wyzwanie czlowiek w anoraku. Otworzyl drzwi i, wahajac sie jeszcze, zstapil z pierwszego stopnia. Wygladal swojsko, przypominal nawet na pierwszy rzut oka Zdzisia Szlachetnego. Swoj? No to lac! Strumien z hydronetki ogarnal nie tylko tego w anoraku, jak sie okazalo przewodnika wycieczki, ale posikal wysiadajacego za nim faceta w jesionce, w granatowym garniturze w biale prazki, w pilsniowym kapeluszu na glowie. Zdretwielismy. A ten, otrzepujac polany garnitur swoim eleganckim, rowniez cokolwiek mokrym nakryciem glowy, odezwal sie:

- Niczewo, niczewo, u nas toze!...

Uradowany ogromnie kierowca autobusu zawiozl do Zakopanego ostrzezenie: w Morskim Oku leja! Jednych to odstraszalo, dla innych zapowiedz lania byla dodatkowa atrakcja, wiec tloczyli sie na wyprzodki.

W poczuciu dobrze spelnionego obowiazku zasiedlismy przy zestawionych razem stolach. Kazdy z nas jeszcze przez dni pare mogl mowic wylacznie ochryplym szeptem. Nawet Zbyszek, prezydujacy temu swiatecznemu sniadaniu, nie byl w stanie wydobyc z siebie gestego, wspanialego basu, od ktorego zwykle drzaly sciany schroniska.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail