Marek Kusiba
Zabka przez Atlantyk
Ksiazki zbojeckie
... ksiazki zbojeckie!
Adam Mickiewicz, Dziady
Tytul tego felietonu, jak i jego motto, sa plagiatami tytulu
i motta ksiazki Wojciecha Karpinskiego, traktujacej o literaturze
emigracyjnej - choc nimi nie sa. Bo dwa slowa w tytule nie
sa jeszcze plagiatem. Tak twierdza znawcy. Dla mnie nawet
pol slowa, malenki zaimek jest plagiatem, gdy swiadomie przemilczy
sie zrodlo "natchnienia". Czy mozna sobie wyobrazic, ze Czeslaw
Milosz drukuje tom opowiadan Sie albo Wieslaw Mysliwski
wydaje naraz powiesc Chlopi? Nie mozna, bo tytuly Stachury
i Reymonta sa do ich nazwisk przypisane nie tyle dekretem
o nienaruszalnosci intelektualnej wlasnosci, co etykieta.
Dzieje sie inaczej, gdy za tytulem stoi ktos zupelnie nieznany.
Gdy nie broni jego utworu pamiec czytelnika i krytyka. I na
dodatek, gdy zapoznany autor nie moze bronic swego dziela,
bo nie zyje. Wtedy jego pomysly, utwory, tytuly moga pasc
latwym lupem literackich lupiezcow. Dziela sie oni, z grubsza,
na dwie kategorie: zlodziei obdarzonych literackim talentem,
ba, nierzadko pisarzy wybitnych - i na kategorie zlodziei-grafomanow,
ktorzy kradna, bo sami nie potrafia.
Wladimir Nabokov byl juz uznanym autorem jedenastu ksiazek,
gdy w 1955 r. wydawal Lolite. Powiesc stala sie swiatowym
bestsellerem, dala mu niesmiertelna slawe i wielkie pieniadze.
Poczatkowo wzbranial sie przed jej wydaniem, chcial ja nawet
spalic, i on jeden wiedzial, dlaczego: Lolita byla
literacka kradzieza. Uprowadzil 12-letnia nimfetke z opowiadania
sasiada z tej samej dzielnicy w Berlinie juz w polowie lat
20., w dwa lata po przyjezdzie do Niemiec. W tym czasie Nabokov
interesowal sie tworczoscia malo znanych pisarzy niemieckich,
a motywy z ich utworow zaczely pojawiac sie w jego utworach,
zwlaszcza od 1940 r., gdy zamieszkal w Stanach Zjednoczonych.
Tak bylo w przypadku pisarza Leonharda Franksa, tak tez sie
stalo w przypadku dziennikarza Heinza von Eschwege, piszacego
pod pseudonimem Heinz von Lichberg. Nabokov musial wtedy,
na poczatku lat 20., przeczytac 18-stronicowe opowiadanie
von Lichberga, opublikowane juz w roku 1916, skoro pierwowzor
uwodzicielskiej kusicielki w kusej spodniczce trafil w osiem
lat po ukazaniu sie opowiadania Niemca do jednego z opowiadan
Rosjanina.
Motyw rozwinal w powiesc dopiero w kilka lat po smierci (w
1951 r.) prawowitego ojca Lolity. Tytul i fabula powiesci
Nabokova i opowiadania von Lichberga to siostry-blizniaczki.
Mescy bohaterowie to dojrzali mezczyzni, zakochujacy sie w
corkach wlascicielek wynajmowanych mieszkan. Utwory roznia
sie tylko miejscem akcji: Lichberg wiedzie swego bohatera
do slonecznej Hiszpanii, do Alicante, gdzie tenze wynajmuje
pokoj w nadmorskim pensjonacie i poznaje Lolite. Nabokov kaze
Humbertowi Humbertowi zaszyc sie w zabitej deskami amerykanskiej
dziurze o nazwie Ramsdale.
Pod tym samym tytulem kryje sie ten sam pomysl, ta sama historia,
prawie identyczna struktura narracyjna. Dla krytyki powinien
to byc koronny dowod na ewidentna kradziez literacka. Tymczasem,
od chwili ujawnienia skandalu, mamy do czynienia z przedziwnym
tancem znakow zapytania, niedomowien, unikow i przeklaman
majacych na celu oslabienie fali uderzeniowej, idacej przez
swiat ksiazkopisow i ksiazkolubow po wybuchu tej literackiej
bomby. Nabokov jest literackim herosem, jednym z filarow kultury
XX wieku, a "jego" Lolita jedna z bogin w swiatyni
Literatury. Rujnowanie tego pomnika to mniej wiecej to samo,
co obalenie pomnika Saddama w Bagdadzie, Lenina w Nowej Hucie
czy muru berlinskiego. Sprowadzanie autora Smiechu w ciemnosci, Zaproszenia na egzekucje i Rozpaczy do wymiarow
literackiej szelmy, uzurpatora i klamcy to rujnowanie naszego
dobrego samopoczucia, to rujnowanie kolejnego przyczolka inteligencji
humanistycznej, skazanej, niczym dinozaury, na wymarcie. Cos
z tym trzeba zrobic.
No i robi sie. Pisze sie na przyklad o tym, ze Nabokov probowal
tlumaczyc na rosyjski Goethego i Heinego. A tenze Heine pouczal:
"Nie ma nic glupszego, jak pienienie sie o plagiaryzm. Szoste
przykazanie w sztuce nie istnieje. Tworca powinien siegac
po kazdy przydatny mu material. Moze wylamywac z cudzego dachu
cale kolumny, nawet lacznie z kapitelami, jesli tylko wznosi
piekny gmach, dla ktorego okaza sie potrzebne" (wysaczylem
te zdania z Karafki La Fontaine'a Melchiora Wankowicza,
o czym sumiennie informuje). Nabokov bez watpienia wzniosl
piekny gmach. Z tym, ze nie wylamal z gmachu von Lichberga
zadnych kolumn, a znacznie go rozbudowal i upiekszyl. Nigdzie,
niestety, nie wspomnial o istnieniu niemieckiego pisarza,
co wiecej, sa dowody na to, ze probowal zatuszowac na scianach
cudzego domostwa slady starej farby. W poslowiu do powiesci
napisal, ze pierwszy dreszcz pomyslu przebiegl mu po plecach
po przeczytaniu w gazecie o malpie, ktora miesiace pieszczot
naukowca doprowadzily do namalowania weglem pretow wlasnej
klatki. Moze w takiej wlasnie zlotej klatce niepewnosci postanowil
zamknac sam siebie zapalony lowca motyli, ktory zmalpowal
malpe?
Na czyn Nabokova nie dziala lagodzaco fakt, ze von Lichberg
byl prohitlerowskim dziennikarzem, ktory komentowal na zywo
przemarsz oddzialow Hitlera przez Brame Brandenburska, ani
to, ze w czasie wojny byl oficerem wywiadu w Polsce. Napisal
reportaz z pierwszej podrozy Zeppelina przez Atlantyk, a jesli
byl na pokladzie tej latajacej bomby wypelnionej wodorem,
to znaczy, ze nie nalezal do ludzi tchorzliwych. Nieco tchorzliwie
za to podchodzi do afery gazeta Frankfurter Allgemeine
Zeitung, ktora sprawe ujawnila piorem profesora od literatury
Michaela Maara. Maar twierdzi, ze w jego oczach reputacja
Nabokova na aferze nie ucierpiala. Podaje tez, jakby sie tlumaczyl,
nowa definicje plagiatu. Brzmi ona: temat jest niczym. Wazne
jest, ze mistrz bierze czyjs pomysl, marnej jakosci artystycznej,
i zamienia go w literacka perelke. Ot, co.
Odkrycie niemieckiego krytyka wspiera Andreas Breitenstein
w Neue Zürcher Zeitung: "Wykorzystywanie postaci
i przeksztalcanie motywow to czesty i uprawniony chwyt artystyczny".
Swego czasu Karol Irzykowski powtorzyl za innym Niemcem, Friedrichem
Hebblem, ze plagiatem jest "przywlaszczenie sobie pomyslu
juz w jakis sposob zorganizowanego". Ale na naszych oczach
naganny niegdys niegdys plagiaryzm, czyli zlodziejstwo literackie,
urasta dzis do dzialalnosci zbawczej dla literatury. Zamiast
kradziezy mamy "uprawniony chwyt artystyczny". Zamiast literackich
zbojnikow, piszacych wlasne, zbojeckie ksiazki, zrabowane
innym, mamy dzis sprawiedliwych Janosikow przysparzajacych
literaturze dziela wiekopomne. W sam raz na miare naszych,
zbojeckich czasow.
|
|