PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 2 kwietnia 2004


Marek Kusiba

Zabka przez Atlantyk

Ksiazki zbojeckie

... ksiazki zbojeckie!

Adam Mickiewicz, Dziady

Tytul tego felietonu, jak i jego motto, sa plagiatami tytulu i motta ksiazki Wojciecha Karpinskiego, traktujacej o literaturze emigracyjnej - choc nimi nie sa. Bo dwa slowa w tytule nie sa jeszcze plagiatem. Tak twierdza znawcy. Dla mnie nawet pol slowa, malenki zaimek jest plagiatem, gdy swiadomie przemilczy sie zrodlo "natchnienia". Czy mozna sobie wyobrazic, ze Czeslaw Milosz drukuje tom opowiadan Sie albo Wieslaw Mysliwski wydaje naraz powiesc Chlopi? Nie mozna, bo tytuly Stachury i Reymonta sa do ich nazwisk przypisane nie tyle dekretem o nienaruszalnosci intelektualnej wlasnosci, co etykieta.

Dzieje sie inaczej, gdy za tytulem stoi ktos zupelnie nieznany. Gdy nie broni jego utworu pamiec czytelnika i krytyka. I na dodatek, gdy zapoznany autor nie moze bronic swego dziela, bo nie zyje. Wtedy jego pomysly, utwory, tytuly moga pasc latwym lupem literackich lupiezcow. Dziela sie oni, z grubsza, na dwie kategorie: zlodziei obdarzonych literackim talentem, ba, nierzadko pisarzy wybitnych - i na kategorie zlodziei-grafomanow, ktorzy kradna, bo sami nie potrafia.

Wladimir Nabokov byl juz uznanym autorem jedenastu ksiazek, gdy w 1955 r. wydawal Lolite. Powiesc stala sie swiatowym bestsellerem, dala mu niesmiertelna slawe i wielkie pieniadze. Poczatkowo wzbranial sie przed jej wydaniem, chcial ja nawet spalic, i on jeden wiedzial, dlaczego: Lolita byla literacka kradzieza. Uprowadzil 12-letnia nimfetke z opowiadania sasiada z tej samej dzielnicy w Berlinie juz w polowie lat 20., w dwa lata po przyjezdzie do Niemiec. W tym czasie Nabokov interesowal sie tworczoscia malo znanych pisarzy niemieckich, a motywy z ich utworow zaczely pojawiac sie w jego utworach, zwlaszcza od 1940 r., gdy zamieszkal w Stanach Zjednoczonych. Tak bylo w przypadku pisarza Leonharda Franksa, tak tez sie stalo w przypadku dziennikarza Heinza von Eschwege, piszacego pod pseudonimem Heinz von Lichberg. Nabokov musial wtedy, na poczatku lat 20., przeczytac 18-stronicowe opowiadanie von Lichberga, opublikowane juz w roku 1916, skoro pierwowzor uwodzicielskiej kusicielki w kusej spodniczce trafil w osiem lat po ukazaniu sie opowiadania Niemca do jednego z opowiadan Rosjanina.

Motyw rozwinal w powiesc dopiero w kilka lat po smierci (w 1951 r.) prawowitego ojca Lolity. Tytul i fabula powiesci Nabokova i opowiadania von Lichberga to siostry-blizniaczki. Mescy bohaterowie to dojrzali mezczyzni, zakochujacy sie w corkach wlascicielek wynajmowanych mieszkan. Utwory roznia sie tylko miejscem akcji: Lichberg wiedzie swego bohatera do slonecznej Hiszpanii, do Alicante, gdzie tenze wynajmuje pokoj w nadmorskim pensjonacie i poznaje Lolite. Nabokov kaze Humbertowi Humbertowi zaszyc sie w zabitej deskami amerykanskiej dziurze o nazwie Ramsdale.

Pod tym samym tytulem kryje sie ten sam pomysl, ta sama historia, prawie identyczna struktura narracyjna. Dla krytyki powinien to byc koronny dowod na ewidentna kradziez literacka. Tymczasem, od chwili ujawnienia skandalu, mamy do czynienia z przedziwnym tancem znakow zapytania, niedomowien, unikow i przeklaman majacych na celu oslabienie fali uderzeniowej, idacej przez swiat ksiazkopisow i ksiazkolubow po wybuchu tej literackiej bomby. Nabokov jest literackim herosem, jednym z filarow kultury XX wieku, a "jego" Lolita jedna z bogin w swiatyni Literatury. Rujnowanie tego pomnika to mniej wiecej to samo, co obalenie pomnika Saddama w Bagdadzie, Lenina w Nowej Hucie czy muru berlinskiego. Sprowadzanie autora Smiechu w ciemnosci, Zaproszenia na egzekucje i Rozpaczy do wymiarow literackiej szelmy, uzurpatora i klamcy to rujnowanie naszego dobrego samopoczucia, to rujnowanie kolejnego przyczolka inteligencji humanistycznej, skazanej, niczym dinozaury, na wymarcie. Cos z tym trzeba zrobic.

No i robi sie. Pisze sie na przyklad o tym, ze Nabokov probowal tlumaczyc na rosyjski Goethego i Heinego. A tenze Heine pouczal: "Nie ma nic glupszego, jak pienienie sie o plagiaryzm. Szoste przykazanie w sztuce nie istnieje. Tworca powinien siegac po kazdy przydatny mu material. Moze wylamywac z cudzego dachu cale kolumny, nawet lacznie z kapitelami, jesli tylko wznosi piekny gmach, dla ktorego okaza sie potrzebne" (wysaczylem te zdania z Karafki La Fontaine'a Melchiora Wankowicza, o czym sumiennie informuje). Nabokov bez watpienia wzniosl piekny gmach. Z tym, ze nie wylamal z gmachu von Lichberga zadnych kolumn, a znacznie go rozbudowal i upiekszyl. Nigdzie, niestety, nie wspomnial o istnieniu niemieckiego pisarza, co wiecej, sa dowody na to, ze probowal zatuszowac na scianach cudzego domostwa slady starej farby. W poslowiu do powiesci napisal, ze pierwszy dreszcz pomyslu przebiegl mu po plecach po przeczytaniu w gazecie o malpie, ktora miesiace pieszczot naukowca doprowadzily do namalowania weglem pretow wlasnej klatki. Moze w takiej wlasnie zlotej klatce niepewnosci postanowil zamknac sam siebie zapalony lowca motyli, ktory zmalpowal malpe?

Na czyn Nabokova nie dziala lagodzaco fakt, ze von Lichberg byl prohitlerowskim dziennikarzem, ktory komentowal na zywo przemarsz oddzialow Hitlera przez Brame Brandenburska, ani to, ze w czasie wojny byl oficerem wywiadu w Polsce. Napisal reportaz z pierwszej podrozy Zeppelina przez Atlantyk, a jesli byl na pokladzie tej latajacej bomby wypelnionej wodorem, to znaczy, ze nie nalezal do ludzi tchorzliwych. Nieco tchorzliwie za to podchodzi do afery gazeta Frankfurter Allgemeine Zeitung, ktora sprawe ujawnila piorem profesora od literatury Michaela Maara. Maar twierdzi, ze w jego oczach reputacja Nabokova na aferze nie ucierpiala. Podaje tez, jakby sie tlumaczyl, nowa definicje plagiatu. Brzmi ona: temat jest niczym. Wazne jest, ze mistrz bierze czyjs pomysl, marnej jakosci artystycznej, i zamienia go w literacka perelke. Ot, co.

Odkrycie niemieckiego krytyka wspiera Andreas Breitenstein w Neue Zürcher Zeitung: "Wykorzystywanie postaci i przeksztalcanie motywow to czesty i uprawniony chwyt artystyczny". Swego czasu Karol Irzykowski powtorzyl za innym Niemcem, Friedrichem Hebblem, ze plagiatem jest "przywlaszczenie sobie pomyslu juz w jakis sposob zorganizowanego". Ale na naszych oczach naganny niegdys niegdys plagiaryzm, czyli zlodziejstwo literackie, urasta dzis do dzialalnosci zbawczej dla literatury. Zamiast kradziezy mamy "uprawniony chwyt artystyczny". Zamiast literackich zbojnikow, piszacych wlasne, zbojeckie ksiazki, zrabowane innym, mamy dzis sprawiedliwych Janosikow przysparzajacych literaturze dziela wiekopomne. W sam raz na miare naszych, zbojeckich czasow.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail