GRAZYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Poskromiony gniew i plomien
Oto przypowiesc: pewien ubogi ogrodnik zakochal sie w pieknej damie dworu. Dwor zakpil sobie z niego, stwarzajac mu ulude wzajemnosci. Ogrodnik zmarl, bez szansy na spelnienie pragnienia swego serca. Wrocil jako gniewny duch, zadny zemsty. Lecz pamiec dawnej milosci - a moze zachwycenie piekna twarza? moze chec wolnosci, jaka przebaczenie oferuje? - pokonala gniew. Ogrodnik obiecal ukochanej, ze zawsze bedzie sie nia opiekowal.
Poezja opowiesci jest prosta, prawie przezroczysta. Wszystko inne jednak w japonskiej sztuce noh jest skomplikowane i bogato stylizowane. Twarz aktora zakrywa maska. Slowa wypowiadane sa w powolnej recytacji. Gest okresla surowy rytm rytualu. Obowiazuja reguly dziwne dla mnie, a jednak w czasie przedstawienia powoli odslaniajace swe tajemnice.
Wprowadzenie w swiat tradycyjnej sztuki japonskiej zawdzieczam wizycie mistrzow noh i kyogen, Katayama Kuroemon i Shigeyama Sensaku - "zyjacych skarbow narodowych", jak ich slicznie okreslono w programie, przywolujac oficjalny tytul. I to zyjacych juz dosc dlugo, bowiem Kuroemon, ktory precyzyjnie gral ogrodnika, liczy sobie 74, zas Sensaku 85 lat.
Nie tylko odmiennej sztuce przygladalam sie z fascynacja w czasie wieczoru w eleganckim budynku Japan Society. Cale wydarzenie - formalne stroje, uklony, wyciszone glosy, rewerencja, z jaka traktowano starszyzne - skladalo swiadectwo tradycji, ktora w naszej kulturze zagubila sie gdzies w poznym sredniowieczu. Sztuka definiowana jest tu nie jako szczyty natchnien indywidualnych artystow, lecz jako staly strumien, w ktory wlaczasz sie pokornie, nastepny w szeregu pracowitych i wytrwalych rzemieslnikow. ("Noh & Kyogen: Masters of Performance", 20 marca, Japan Society).
Mocno okreslona forma i wyznaczone granice prowokuja artystow do kwestionowania ograniczen, bawienia sie ustalonymi regulami i ich podwazania. Wysmienicie czyni to amerykanska artystka Joan Jonas, swobodnie poruszajaca sie w roznych mediach. Do swych instalacji-perfomances na zywo wlacza zdjecia i filmy, uzywa rysunku i malarstwa na rowni ze slowem jako kluczowe elementy dramatyczne. Przerabia stare mity w zaskakujacy sposob. W Queens Museum zamyka sie imponujaca retrospektywa jej instalacji, bogata dokumentacja cwiercwiecza konsekwentnych poszukiwan. (Do 28 marca, "Joan Jonas: Five Works", Queens Museum of Art, Flushing Meadows Corona Park).
Ciekawie tez ilustruje biezace debaty wsrod pewnych kregow nowoczesnej sztuki wystawa minimalistow i postminimalistow w Guggenheim Museum. (Do 19 maja, "Singular Forms (Sometimes Repeated): Art from 1951 to the Present", Guggenheim Museum). Ale nie wkrocze w rozrzedzone powietrze "czystej sztuki". Przeciwnie, przywolam teraz zwykly rytm kalendarza: w srode, 17 marca, odbyla sie doroczna parada z okazji Dnia sw. Patryka, po raz 243. Policjanci, pielegniarki, nauczyciele, pracownicy miejscy, orkiestry dete strazakow i zespoly muzyczne szkol katolickich, goscie z Irlandii oraz przeroznej masci sympatycy koniczynki maszerowali 5 Aleja, nieco bardziej pusta niz zwykle. W przymrozkowych temperaturach, przy posypujacym sniegu i tak dziw bral, ze bylo do ogladania tyle golych meskich lydek (spodnica, spod ktorej wychyla sie ksztaltna meska nozka, to jedna z tych kokieteryjnych mod, ktora warta jest, by sie szerzej przyjela!). Parada przeszla, zostawiajac za soba echo piszczalek, huk bebnow i smugi pogodnej zielonosci.
Tej zielonosci ciagle nam brak wokol. Wiosna w kalendarzu wybila punktualnie 20 marca. Dzien harmonijnie rownowazy sie z noca. A zimno wcale nie chce sie z nami pozegnac. Nic to, paki na drzewach staja sie coraz bardziej pekate. Jak wybuchnie upal, to wskoczymy prosto z zimy w lato, i wtedy dopiero bedziemy narzekac.
Minela czwarta niedziela postu, znak, ze juz jestesmy o miedze od przygotowan swiatecznych. (Zawsze mnie nieco niepokoi przypowiesc o marnotrawnym synu, ktora towarzyszy tej niedzieli. Staram sie przyjac nauke radujacego sie ojca, ale zal mi starszego brata, ktory dopiero teraz - zbyt pozno? - odkryl w sobie, ze on tez chcialby swiat zobaczyc, posmakowac beztroski, byc bezwarunkowo witanym po latach nieobecnosci). Post dopiero co sie zaczal, a tu juz prawie Wielkanoc. Nie do wiary, chcialoby sie rzec i ponarzekac na zbyt szybko uplywajacy czas. Ale narzekac nie bedziemy, tylko opowiemy o czyms przelotnym i o czyms pieknie trwalym.
Zajechal do Nowego Jorku Teatr Stary z Krakowa. Wizyte odnotowuje z przyjemnoscia, bo zawszec milo ogladac na scenie Anne Dymna i Jerzego Trele. Damy i huzary jednak nie radowaly tak beztrosko, jak tekst Fredry moglby radowac. Nie wiem, czy to znuzenie aktorow sztuka, ktora juz idzie od dlugiego czasu, czy zmeczenie podroza, lecz zabraklo iskry bozej i przedstawienie siadalo nudnawo. Ponadto sala byla w polowie pusta, co byc moze takze wplynelo deprymujaco na ogolny nastroj. Moze warto w przyszlosci zadbac, by cena biletow byla dostepniejsza. 50 czy 45 dol. "od glowy" z gory eliminuje duza czesc potencjalnych widzow.
W ramach serii Great Performers odbyl sie 5 marca w Alice Tully Hall nadzwyczajny koncert Pasji wedlug sw. Mateusza. Chor i orkiestra Collegium Vocale Gent pod kierunkiem holenderskiego muzyka Philippe'a Herreweghe'a wykonali oratorium Bacha z taka perfekcja, jakby skladali hold wznioslosci ducha. Kunszt Bacha laczy w spojna calosc tekst biblijny i tekst poetycki Picandra, opowiadanie o meczenstwie Jezusa z komentarzem-medytacja. Kunszt wykonawcow pozwolil zaistniec muzyce w pelnym blasku. Wszystko tu bylo wspaniale, bogactwo i wyrazistosc muzyki, glosy miedzynarodowych solistow z Niemiec, Anglii, Szwajcarii i Australii, subtelnosc mlodzienczego American Boychoir, skupienie muzykow i skupienie sluchaczy.
W ostatnich kadencjach oratorium jest zawarty wielki zal i i skrucha, osamotnienie swiata, od ktorego Bog odszedl i obietnica przemiany. Na inwokacje solistow, chor, czyli my sami, odpowiadamy z wzruszajaca prostota: "Twoj grob bedzie dla naszej duszy miejscem wytchnienia... Odpocznij, Jezusie, odpocznij"...
Zdumiewa tylko wyczytana gdzies informacja, ze kiedy Pasja byla wykonana po raz pierwszy w Lipsku, w Wielki Piatek roku 1729, nie spotkala sie wcale z odpowiednim uznaniem. Wspolczesni Bachowi woleli wychwalac wtedy konkurencyjny, a drugorzedny utwor innego lipskiego kompozytora. Z tego wniosek, ze musimy sie uczyc podziwiac nawet tak natchnione dzielo.
Rozpoczelam przeglad miesiecznych wydarzen od ostatniej mojej wyprawy do Japan Society. Miesiac, ktory mi sie zakonczyl kultem kontrolowanego ruchu, wystepami artystow noh i kyogen, rozpoczal sie plomiennie. Hiszpanski zespol Compania Maria Pagés przywiozl do Nowego Jorku dwa nowe uklady choreograficzne tej odwaznej tancerki: El Perro Andaluz i Flamenco Republic. Pagés oddycha rytmem flamenco, a jednoczesnie potrafi przygladac sie regulom tego tanca z dystansem. Wybiera pewne jego elementy, laczy z gestami innych poetyk nowoczesnego tanca, buduje oryginalne uklady. Moze sobie pozwolic na ryzykowne podejscie, bo jest wysmienita tancerka. Od jej pierwszych gestow widac, ze nie tylko zna, ale do glebi rozumie dynamike tej trudnej, tradycyjnej sztuki.
Flamenco jest tancem kontrastow - plomiennej pasji, lecz takze tesknoty, niebezpieczenstwa, ale i radosci, rywalizacji miedzy kobieta i mezczyzna, miedzy jednym tancerzem a drugim, ale rowniez wzajemnego uzaleznienia i dopelnienia. W rownej mierze wazne tu, co wyrazasz dramatycznym gestem i czego nie wolno ci pokazac. Eksperymentujac, Pagés rozgrzesza granice dozwolonego w fascynujacy sposob. Tanczy z pasja, porywajac innych (swietnie jej partneruje Angel Munoz) w krag szalenczego rytmu. Jest na scenie jak plomien w ciemnosci - zmienna, groznie nieprzewidywalna, przyciagajaca uwage, budzaca zachwyt. (Compania Maria Pagés, 28 lutego, Joyce Theatre).
Zdumiewajace jest, jak powtarzamy te same pytania w maskach roznych kultur i roznych form sztuki: kim jestem? O co to wszystko chodzi? Co jest naprawde wazne, a co tylko szumna piana?
Zdumiewajacy jest potencjal sztuki i moj w niej wspoludzial, nawet jezeli jestem tylko jej odbiorca. W czasie przedstawienia, w czasie koncertu, wchodzac do sali galerii, zawieszam moje niedowiarstwo, moje zapedzenie codziennoscia, swojskosc trywialnosci. Szukam czegos wiecej, lepiej, inaczej. Ufam, ze odpowiedz na te wazne pytania jest mi przynajmniej dostepna - czesciowa, chwiejna, ale mozliwa.
Przedstawienie moze byc do niczego. Obrazy mierne. Koncert ponad moja glowa. Ale i tak wroce na nastepne, za dzien czy za rok. Siegne po ksiazke. Powtorze pytanie. Gotowa raz jeszcze wlaczyc sie w polslepe, poljasnowidzace poszukiwania. Ogrodnik przeciez nie umarl z rozpaczy. Muzycy po koncercie Bacha plotkuja na temat konkurentow, martwia sie o czynsz czy nastepne wystepy. Tancerze z zespolu Marii Pagés nie tancza tak plomiennie bez ciezkiego wysilku, wieczorem pewnie mocza obolale nogi.
Razem z artysta, absurdalnie, a jednak logicznie, buduje z wlasnej woli oczywista fikcje. Fikcje, ktora ma moc wywolac najprawdziwsze lzy. Sprawia, ze smieje sie na glos. Niepokoi. Zmusza do myslenia.
Nasze paradoksy. Teatr to prawda wywolywana klamstwem. Taniec, ruch podziwiany w bezruchu. Wiosna, przerwa w kalendarzu, przyczajenie lata.
|