ANDRZEJ KORASZEWSKI
Peronowka
na Olimp
Listonosz, przynoszac najnowsza ksiazke Adama Michnika, wyrwal mnie z rozterki miedzy pamietnikami Nelsona Mandeli a lektura znakomitej ksiazki amerykanskiego psychologa poznawczego Geoffreya Millera Umysl w zalotach (The Mating Mind). Zanurzylem sie w esejach o Antonim, Stefanie, Gustawie, Jerzym, Tadziu i innych. Oczywiscie chodzi o Slonimskiego, Kisielewskiego, Herlinga-Grudzinskiego, Giedroycia, Konwickiego... Wiekszosc ludzi, o ktorych pisze Michnik, juz nie zyje, przenosnia Olimpu przypomina raczej stacje metra, schodzimy do Hadesu nocnych rozmow wielkich Polakow.
Geoffrey Miller wystepuje z interesujaca koncepcja ewolucji ludzkiego umyslu raczej w wyniku dzialania doboru plciowego niz doboru naturalnego. Jego zdaniem nasz umysl to nie jest maszynka stworzona do rozwiazywania problemow, a raczej swego rodzaju ozdoba, majaca dopomoc nam w zdobyciu mozliwie najwiekszej liczby seksualnych partnerek. Autor przekonuje nas, ze ludzki umysl - jak ogon pawia - jest bardzo kosztownym ornamentem, dobrze wskazujacym na nasza sprawnosc i znakomicie ujawniajacym rozne szkodliwe mutacje. Dowodem na to, ze to raczej dobor plciowy, a nie dobor naturalny spowodowal poniekad absurdalny przyrost masy naszego mozgu, jest fakt, ze miedzy osiagnieciem obecnej pojemnosci czaszki a pojawieniem sie praktycznych produktow lepszego umyslu (ktore mogly wplywac na nasze szanse przezycia) uplynely dziesiatki tysiecy lat. Bylo to cos w rodzaju szczesliwego posiadania Rolls Royce'a w swiecie bez drog i benzyny. Jesli jednak ten wspanialy umysl sluzyl raczej popisom godowym niz walce o przetrwanie, a jego mozliwosci inzynieryjne ujawnily sie dopiero po tysiacleciach uciech uwodzenia, i to jako produkt uboczny, wowczas lektura wielu ksiazek staje sie znacznie bardziej zrozumiala.
Nie moge wykluczyc, ze swieza lektura ksiazki Millera rzutowala na moj odbior ksiazki Michnika; ale tez ksiazka Michnika to glownie notatki z lektur i spotkan z ludzmi, ukazujaca, jak gleboki wplyw moga miec na nas lektury i spotkania. Autor zabiera nas na wycieczke po polskim Olimpie, rozpoczynajac od swojej intelektualnej przygody z Antonim Slonimskim. (Jesli czytelnik podejrzewa mnie w tym momencie o malpia zlosliwosc w stosunku do Naczelnego, to informuje, ze przez ostatnie szesc godzin przed pisaniem tej recenzji zaledwie na kilka minut oderwalem sie od Wyznan nawroconego dysydenta).
Ta ksiazka to przede wszystkim portrety przyjaciol, a zarazem ludzi, wobec ktorych Adam Michnik odczuwa pewien dlug wdziecznosci, od ktorych dostal cos cennego, ktorych pomoc pozwalala na uchronienie jego umyslu przed zniewoleniem. Taka koncepcja jest swego rodzaju pulapka i tylko znakomite pioro, erudycja i fenomenalna pamiec autora ratuja nas przed nadmiarem lukru. Lukier jednak jest, nie moze go nie byc w ksiazce, ktora jest w zalozeniu ksiega pamiatkowa dla przyjaciol. Kiedy Michnik kresli sylwetke Antoniego Slonimskiego, czytelnik natychmiast odnajduje klucz - Pan Antoni to pomost miedzy dawnymi a nowymi czasy, moralna busola przekazywana jest kolejnej generacji bez moralizatorstwa, ukryta w wierszu, w gescie lub w zarcie, we wspomnieniu recenzji z Cwiartki papieru, ktora okazala sie cala rolka... Sam autor zaznacza swoja obecnosc dyskretnie, widzimy go bardziej jako obserwatora niz uczestnika wydarzen.
Kolejny portret to postac Jana Jozefa Lipskiego. Szkic bardzo cieplo napisany, ale natychmiast pojawia sie pytanie: dla kogo? Dla starszych czytelnikow, ktorzy siegaja po ksiazke Michnika, jest to postac doskonale znana, na ile natomiast bedzie interesujaca dla mlodszych, dla ktorych bedzie to pierwsze spotkanie z postacia Jana Jozefa Lipskiego i socjalizmem innym niz socjalizm Jerzego Urbana? Ja (a pewnie i wielu innych czytelnikow) chcialbym sie przy tej okazji dowiedziec, jak, kiedy i dlaczego Adam Michnik rozstal sie z "lewica laicka". Kto wie, moze i dla mlodszych autoportret autora z Janem Jozefem Lipskim w tle bylby interesujacy.
Dalej spotykamy Zagajewskiego, Kotta, Kisielewskiego. Mam wrazenie, ze szukalem w tych esejach czegos wiecej, sporow o jakosc i skutecznosc demokracji, tymczasem znajdujemy tu wylacznie dosc oczywista w tym gronie niechec do systemu totalitarnego i brak refleksji na temat tego, jak mialby wygladac wolny kraj. Oczywiscie ciekawa jest tu odmiennosc drog do sprzeciwu Jana Kotta i Stefana Kisielewskiego, ale autor nie zaskakuje nas lawina nowych, odkrywczych mysli. Przy okazji wspomnien o Marianie Brandysie i Halinie Mikolajskiej Michnik dociera do stwierdzenia, na ktore czytelnik (przynajmniej ja) czeka od pierwszej strony. Komitet Obrony Robotnikow byl bez watpienia najpiekniejsza karta polskiej powojennej historii. Michnik o tym wie i nie bawi sie w udawana skromnosc. W dalszym ciagu cieszy go to, ze ten ruch budzil nieklamany podziw wspolczesnych. Rownoczesnie zdaje sobie sprawe z tego, ze im piekniejszy jest ten obraz, tym wiekszy musi byc kontrast. "Jacy piekni jestesmy na kartach dziennika Brandysa... I jak okropnie oszpecily nas pozniejsze lata..." - pisze autor i czytelnik ma nadzieje, ze przynajmniej w ostatnim rozdziale Michnik podejmie wyzwanie i chociazby zarysuje probe odpowiedzi na pytanie, co sie stalo i dlaczego tak sie stalo. Niestety od Mariana przechodzimy do Gustawa. Fakt, ze Michnik jest na ty z wszystkimi postaciami Olimpu wydaje sie byc ornamentem laczacym wszystkie elementy pioropusza, ornamentem podkreslonym jaskrawym kolorem.
Czytajac ten portret Herlinga-Grudzinskiego bylem troszke zgubiony. Mialem wrazenie, ze autor pisze o sporach, o ktorych nie chce pisac. Co wiecej, ze korzystajac z cudu techniki, jakim jest komputer, teksty pisane w roznych okresach historycznych zbija w jeden plik ani nie usuwajac szwow, ani nie czyniac z tego intencjonalnych wedrowek w czasie. Dla przykladu, jego zastrzezenia do jakiejkolwiek krytyki prymasa i hierarchii koscielnej musialy byc pisane w latach 80. i byc moze jakos tam ukazuja, jak autor odchodzil od postawy czlonka lewicy laickiej i byc moze podswiadomie (freudyzm w Polsce ma sie nadal dobrze) przygotowywal sie do roli czlonka establishmentu. Bylby w bledzie ktos, kto by sadzil, ze oto osoba trzecia (jaka jest w tym przypadku Michnik) pokaze nam tlo tak ciekawego przeciez rozstania Grudzinskiego i Giedroycia czy tez sam mechanizm antykomunistycznej obsesji u ludzi, ktorych pisarstwo bylo raczej swiadectwem niz chlodna analiza. (Swego czasu stalem przed pokusa proby naszkicowania roznic miedzy pisarstwem Solzenicyna, a wiec ofiary i swiadka, a pisarstwem Sacharowa, ktorego droga do sprzeciwu prowadzila przez wspolczucie dla innych, Angeli Davies, ktora byla dzieckiem murzynskiego getta w Stanach Zjednoczonych i Jamesa Baldwina, ktory wyszedl z murzynskiej klasy sredniej i ktorego pisarstwo bylo walka o prawo do czlowieczenstwa innych. W pewnym sensie to rozroznienie dotyczy Grudzinskiego i Giedroycia. Swiadectwo jest niebywale wazne i bez niego bylibysmy zgubieni, ale bardzo czesto madrosci uczymy sie lepiej od tych, ktorym pamiec cierpienia nie odbiera zdolnosci analizy. Zadziwiajacym fenomenem jest tu Nelson Mandela, ignorujacy swoje swiadectwo i upierajacy sie przy racjach nieskazonego cierpieniem rozumu).
Logiczna koleja po szkicu o Herlingu-Grudzinskim jest opowiesc o spotkaniach Michnika z Jerzym Giedroyciem. O wielkosci Jerzego Giedroycia mozna przeczytac wiele, w szczegolnosci od czasu gdy zamilkl i nie trzeba juz przemilczac jego niewygodnych opinii. Szkic Michnika zaczynajacy sie od wiersza Norwida o dumaniu na paryskim bruku troszke uwiera banalem. Moze powiedziano juz na ten temat wszystko, a moze tylko prosiloby sie, aby przy okazji tej ksiazki zapomniec o tym, co kryje pamiec komputera i napisac tekst swiezy, pozwalajacy uwierzyc, ze mamy do czynienia z uczciwa proba refleksji nad tym fragmentem dziedzictwa, ktory rzekomo jest dla nas wazniejszy niz wszystko inne. Docieramy tu do stylistyki, ktora zapiera dech w piersiach: "Coraz czesciej czytam o heroicznym oporze przeciwko komunizmowi. Giedroyc i ja pamietamy to inaczej...". Ta stylistyka Adam Michnik wyrzadza sobie krzywde. Krzywimy sie z niesmakiem, zapominajac o jego prawdziwych dokonaniach. To zdanie uswiadamia rowniez roznice miedzy Redaktorem a Naczelnym.
Czytajac dalej, trudno uniknac zadumy nad struktura tej ksiazki. Kolejna postacia jest Andrzej Wajda. Michnik zaczyna ksiazke od uszczypliwych uwag (w szkicu o Slonimskim) pod adresem krytykow inteligencji kawiarnianej. Czytajac te ksiazke nie po raz pierwszy mialem wrazenie, ze moj patriotyzm jest przy Michnikowym jak ziarnko piasku przy Giewoncie, ze czytajac o jego milosci do Dziadow rozumiem, czemu tak czesto czuje sie raczej kosmopolita i wole postrzegac moj kraj jako czastke swiata, niz postrzegac moj swiat przez bagienne opary. Czesto odnosze wrazenie, ze patriotyzm polskiej inteligencji to jakis monstrualny zew zascianka. Czytajac szkic o przygodzie polskiego intelektualisty z polskim kinem, dziwnie sie czlowiek w tym przekonaniu umacnia. Polskie kino romantycznego patriotyzmu to z pewnoscia nie jest moj kubek herbaty. Ten szkic przypomina, co ogladaja polskie dzieci w kinach i dlaczego im tak trudno zrozumiec Kabaret (no, ale to juz jest stara basn).
W szkicu o Wajdzie moja uwage zatrzymalo zdanie napisane na marginesie filmu Ziemia obiecana. Michnik pisze: "Byl to czas, gdy elity kierownicze PZPR rzucily haslo ´bogaccie sie!ª. I artysta siegnal do historii, by ukazac druga twarz rodzacego sie bogactwa". W tym miejscu mysl gwaltownie wyrywa sie z polskiego kina w swiat i czytelnik przypomina sobie innego niz Edward Gierek komunistycznego polityka, ktory mowi, ze "niewazne, czy kot jest bialy, czy czarny, byle dobrze lapal myszy". Bylo to inaczej sformulowane przez Denga haslo "bogaccie sie", haslo, ktore rozpoczelo jedyna do tej pory skuteczna strategie przebudowy komunizmu w kapitalizm. Swiatowego komunizmu nie obalila polska Solidarnosc, tak samo jak wczesniej strategii Gierka nie zniszczyly ani robotnicze strajki, ani filmy Wajdy. Runela ona z powodu kryzysu naftowego w 1973 roku i naglej zasadniczej zmiany wszystkich parametrow swiatowego handlu. Istotna tu jest jednak swiadomosc, owa instynktowna i nieklamana niechec polskiego inteligenta do hasla "bogaccie sie".
Zamykajacy te ksiazke szkic - Wyznania nawroconego dysydenta - znany jest czytelnikom Gazety Wyborczej, gdyz jest to przedruk wystapienia, ktore Michnik wyglosil z okazji przyznania mu nagrody Erazma. W kontekscie tej ksiazki probujemy w nim rzeczywiscie odnalezc zapowiadany przez autora "wlasny bilans 12 lat wolnosci".
Najpierw tytul. "Dysydent - jak pisze Michnik - to buntownik, odstepca... Wierzylismy, ze to my reprezentujemy przytlaczajaca wiekszosc narodu". Czy z tego wynika, ze Michnik ma wrazenie, iz nigdy nie byl dysydentem? Ale zaraz potem bije sie w piersi, bo nie wiedzial, jak silna jest "ucieczka od wolnosci", czyli jak lichy jest narod, ktorym przyszlo mu rzadzic. "Najpierw budzilismy podziw i szacunek, potem entuzjazm i zazdrosc, a na koncu - niechec i nieufnosc, co zaowocowalo kleska w wyborach parlamentarnych". Obawiam sie, ze to zdanie utrudnia lub zgola uniemozliwia dokonanie bilansu, gdyz z gory przypisuje odpowiedzialnosc za wszelkie niepowodzenia bezmyslnym i niewdziecznym masom. Michnik pisze o wierze; o wierze w emancypacje narodowa, w emancypacje religijna, w emancypacje swiata pracy, w emancypacje obywatelska. Krotko mowiac, informuje nas o obszernej liscie poboznych zyczen. Czy pojawia sie tu jakas analiza popelnionych bledow? Ja jej nie znalazlem. Nie ma tu refleksji nad ordynacja wyborcza i targami o stolki, nad strategia prywatyzacji, nad technikami przygotowywania reform. Sa za to sprawy transcendentalne. Erazm z Rotterdamu cofa nas w czasy reformacji, ale nie pojawia sie tu ani nazwisko Jana Laskiego, ani Andrzeja Frycza-Modrzewskiego, ani prymasa Uchanskiego, ani nawroconego dysydenta Jana Zamoyskiego, ktory przesunal punkt ciezkosci z ordynacji "porzadnej" na "dobra". Bilansu nie ma ani w odniesieniu do czasow historycznych, ani w odniesieniu do historii najnowszej.
Czas wracac do lektury pamietnikow Nelsona Mandeli. Tytul jego ksiazki jest troche podobny do tytulu ksiazki Walesy. Mandela napisal Long Walk to Freedom, ksiazka Walesy nosi tytul Droga do nadziei. Jednak bardzo wiele je dzieli. W roku 1962 w RPA aresztowano mlodego, czarnoskorego prawnika. Prawie dwa lata pozniej, przed sadem w Pretorii, wyglaszal swa mowe obroncza, ktora byla potepieniem terroryzmu i pochwala brytyjskiego systemu parlamentarnego. Byla rowniez szkicem drogi przejscia od systemu totalitarnego do wielorasowego demokratycznego spoleczenstwa i prezentowala zagrozenia, jakie sie z tym przejsciem beda wiazaly. Dziesieciolecia spedzone w wiezieniu nie zmienily Mandeli w msciciela. Po trzech dekadach z wiezienia wyszedl prawnik przewidujacy zagrozenia i zdajacy sobie w pelni sprawe z tego, jak trudna jest droga do panstwa prawa.
Bilans Adama Michnika jest prosty: lud wybral populizm. To smutny bilans wybitnego intelektualisty.
Dobrzyn nad Wisla, 11 marca 2004
r.
---------------------------
Adam Michnik, Wyznania nawroconego dysydenta,
Fundacja Zeszytow Literackich, Warszawa 2003, s. 262 plus
"Zamiast poslowia" - ks. Adam Boniecki, nota wydawcy, indeks
nazwisk; cena 16 dol. plus 6,50 dol. przy zamowieniu z wysylka
(do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).
|