PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 12 marca 2004


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skazonej strefy

Dziewczyna ustapila mi miejsce w autobusie tak dyskretnie, ze nie wiedzialam, czy o mnie chodzi. "Wiec to juz az tak widac - pomyslalam - widac moja starosc".

Niedawno startowalam do jednego miejsca w tramwaju z pietnastolatkiem. Nie mialam szans. Wielkim szusem dopadl siedzenia. Nienaganny stroj, fryzura, dziecko z dobrego domu. Nikt sie niczemu nie dziwil. Ani ja, ani on, ani reszta pasazerow. Utarlo sie - chyba od nastania wolnosci? - ze sie nie ustepuje. Dawniej moi synowie w ogole nie siadali w tramwajach czy autobusach, nawet gdy bylo pusto. "Po co mam siadac, kiedy zaraz bede wstawac", mowili. Kazdy starszy wiekiem mial prawo do miejsca. Teraz: kto pierwszy, ten lepszy.

Staruszki podporzadkowaly sie nowemu obyczajowi. Kolebaly sie, objuczone zakupami, sciskajac torebki, a mlodzi, przewaznie wracajacy ze szkoly, siedzieli. Siedzieli i przekrzykiwali sie jakby w narkotycznym transie: "Wiesz, kurwa, Pindzia dala mi piatke ze sprawdzianu. Kto by sie, kurwa, po tej cipie spodziewal takiej dobroci. Wszystko, kurwa, zerznelam...". Potem nastepowaly rzeczowniki i czasowniki, ktorych nie przytocze. Bez agresji, bez gniewu, bez swiadomosci, ze tych wyrazow jeszcze niedawno nie mowilo sie publicznie. Teraz staly sie przerywnikami, niewinnymi wtretami.

Rozmowa toczyla sie na tematy polonistyczne. Uslyszalam uwage licealistki, ktora koledzy przyjeli z aprobata: "Trzeba pisac maslem, to sie ma lansa". Nie musialam dokonywac wysilku, zeby zrozumiec sens zdania: pisac "maslem" znaczy nasladowac styl Doroty Maslowskiej, mlodziutkiej autorki ksiazki pt. Wojna polsko-ruska pod flaga bialo-czerwona, ktora ostatnio wywolala wiele huku. Stala sie idolem mlodych probujacych rzemiosla pisarskiego. Nawiasem mowiac, sama jestem pod urokiem stylu Maslowskiej, prowokujacego, wlasnego. Choc Wojna... jest w gruncie rzeczy lektura "wielkiego smutku", ma momenty tak zabawne, ze wywolywala moj glosny smiech przy cichej lekturze. Duzy walor. Podobnie reagowalam, czytajac ongis Ferdydurke, zwazywszy proporcje, naturalnie. A "miec lansa", to osiagnac sukces; po prostu, wylansowac sie [patrz tez: dzisiejszy felieton Krystyny S. Olszer "Nasza ojczyzna-polszczyzna" - przyp. red.].

Otoz zachowania w komunikacji miejskiej zmienily sie. Dwie grupy: stara, kulawa, sznurujaca usta i rozhustana mlodziez, panowie otoczenia - scalily sie. Sredni wiek nieobecny: warstwa produkcyjna porusza sie autami.

Nagle cos sie stalo. Zmiana obyczaju o 180 stopni. Nastapila integracja starych z mlodymi. Odzywki, usmiechy; tonacja glosowa spadla o oktawe. Co rusz ktos wstaje, zeby ustapic drugiemu. Wytezam wzrok, komu. Mlodszym ode mnie! Zdecydowanie mlodszym; liczylam zmarszczki na twarzach kobiet: nie bylo!

Co sie stalo? Przelom w bulwie? Nie sadzmy pochopnie.

W renomowanej drogiej szkole prywatnej siedmiolatek otwarta dlonia, z rozbiegu dal nauczycielce w twarz. Przedtem trenowal zabieg na babci. Nadmiernie pobudliwy, brzmial werdykt. Wymaga indywidualnej opieki. Nie wspominam zawodowek, gdzie mlodziez wyprawia happeningi na lekcjach z kozlem ofiarnym w postaci nauczyciela. I czujac sie bezkarnie, wszystko filmuje. Ale radocha!

Sprawa, ktora stala sie glosna i znalazla epilog w sadzie, nie byla odwetem na nauczycielu-tyranie (bo i tacy sie zdarzaja). Tu uczniowie wybrali nauczyciela-fajtlape. Przy stopniu agresji uczestnikow moglo sie skonczyc linczem. Gdy nauczyciela potem pytano, dlaczego nie zlozyl skargi, odpowiedzial, po prostu, ze nie moze sobie pozwolic na utrate pracy. A skarga znaczylaby, ze sobie z klasa nie radzi, wiec na zielona trawke.

W Polsce do nauczycieli nie strzelaja, jak zdarzalo sie na Bronksie, bo broni malo. Skutki jednak moga byc podobne. Roznice stanowi fakt, ze nasi chuligani niekoniecznie pochodza z dzielnic i rodzin patologicznych. Przeciwnie. Na ogol bywaja to dzieci profesjonalistow. Najwiekszy agresor we wspomnianym przypadku jest synem szanowanego policjanta. Psychologowie mowia, ze agresja uczniow stanowi odbicie "fali" panujacej w wojsku, czyli znecania sie silniejszych nad slabszymi. W wojsku fala opadla. Moze opadnie i w szkole.

Podalam dwa skromne przyklady zmian zachowan spolecznych. W szkolach gorzej, w tramwajach lepiej. Konkluzji nie mam. Wszystko sie u nas dopiero uciera, waha raz w jedna, raz w druga strone. Jestesmy pogubieni. Maniery, kindersztuba w klasycznym wydaniu to juz sa pojecia martwe. Wykluwa sie jednak cos, co obok przypadkow brutalnosci dawno zaobserwowalam u Anglikow: rodzaj zsocjalizowania we wzajemnych relacjach czlowiek-czlowiek. Stajemy sie uwazniejsi wobec siebie, chetniej udzielamy informacji. Bywa, ze sie nawet do siebie usmiechamy na ulicy.

Dwoch mlodych poslow odpowiedzialo na apel jednej ze stacji telewizyjnych, zeby przez miesiac zyc za 500 zl. (Przecietne pobory miesieczne posla wynosza 7 tysiecy zl, a z roznymi dodatkami, np. za przewodniczenie ktorejs komisji sejmowej, czesto przekraczaja 10 tys.). 500 zl okresla w przyblizeniu najnizsza dopuszczalna pensje w Polsce. Sposrod prawie pieciuset poslow, nie liczac setki senatorow, wiecej ochotnych na eksperyment nie bylo.

Niestety, apel mial watlutkie odbicie na sali. Mial byc pokazem, ze prosze, mozna przezyc za 500 zl. Bo w toczacej sie w kraju dyskusji huczalo o koniecznosci ciec w budzecie panstwa. Ciecia mialy objac zarowno sfere spoleczna, jak i administracyjna. Ale ciecia administracyjne staly sie kwiatkiem do kozucha. "Kozuch", czyli lwia czesc ciec, objela emerytow, rencistow i niepelnosprawnych. Jak zwykle, wladza nie byla w stanie porzadnie sobie przyciac. Nawet pod grozba nieprzyjecia budzetu, rozlecenia sie parlamentu, czyli - w efekcie - utraty cieplych posad i splacaniem nieopodatkowanych kredytow, z ktorych poslowie obficie korzystaja, inwestujac na potege.

Dwaj bohaterowie, Gras i Poncyljusz, stali sie z miejsca postaciami medialnymi. Kamera towarzyszy ich zakupom w supermarketach, gdzie wybieraja towary z promocji, pokazuje, jak pichca obiadki w kuchenkach swoich apartamentow sejmowych; piora koszule i prasuja. Musieli zrezygnowac z sejmowych restauracji i kawiarni, dobrych papierosow i alkoholu. Wciaz licza, czy starczy im do konca. "Ten miesiac porzadnie dal mi w kosc - skarzy sie Poncyljusz, wielkie mlode chlopisko. - Nie wzialem taksowki. Stalem na przystanku do autobusu, a snieg padal...". Grasiowi ukruszyl sie zab, wiec bedzie musial wziac pozyczke na prywatnego dentyste. Poszedl do spolecznego, ale ten nie rozpoznal w nim bohatera dnia i wyznaczyl termin daleki, jak wszystkim. Marszalek Borowski oczywiscie pozyczki udzieli: "Przeciez to sa moi podopieczni, musze sie o nich troszczyc" - mowi.

Obaj poslowie dostaja obelzywe listy od rodzin, ktore za 500 zl nie tylko musza przezyc z dziecmi, ale odziac sie, zaplacic czynsze i swiadczenia. Gras i Poncyljusz sa od tych wydatkow wolni. Ludzi denerwuje, ze zabawiaja sie ich kosztem.

A im adrenalina podskoczyla, licza dni, kiedy ta szkola przetrwania sie skonczy. Dobre okreslenie: szkola przetrwania. Szkoly przetrwania zaliczane sa do wysoko kwalifikowanej turystyki, za ktora uczestnicy placa ciezkie pieniadze.

Moim zdaniem obaj poslowie tez powinni za ten miesiac nauki zaplacic. Co najmniej nastepne pobory.

*

Niedawno we cztery wracalysmy autem ze spotkania kolezenskiego w Natolinie. Natolin nalezy do wielkiej poludniowej aglomeracji miejskiej, ktoremu poczatek dal Ursynow. Ogromne i stale stawiane nowe domy, apartamenty i rezydencje. Ale jezdnie dziurawe, ze podwozia odpadaja, a najwazniejsze, ze w tym balaganie urbanistycznym nazwy glownych arterii nieoswietlone. Nic dziwnego, ze choc warszawianki, pogubilysmy sie zupelnie. Warszawa stracila swoja szanse po wojennym zniszczeniu. Najpierw przyszedl budowlany socrealizm, potem nieszczescie wielkiej plyty, z azbestem i szparami w scianach, teraz bez ladu i skladu stawiane wiezowce i markety. Infrastruktura lezy. Budowa mostow, tuneli, wiaduktow slimaczy sie latami, z ciaglymi niedorobkami, skandalami finansowymi. A pod nogami bloto.

Wladze sa gluche. Chca na wniosek Ligi Polskich Rodzin wystawic w Warszawie jeszcze jeden pomnik - Romana Dmowskiego. Z ogromnej liczby pomnikow w stolicy mamy dwa udane: Chopina i Nike. Inne sa bohomazami.

1 marca 2004 r.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail