TADEUSZ WALENDOWSKI (1944-2004)
Spisane
dla pamieci
Co jakis czas (coraz czesciej) spada na mnie smutny obowiazek pisania o ludziach, ktorzy odeszli. Byli to z reguly ludzie, ktorych znalam, cenilam i lubilam, ktorzy byli mi bardzo bliscy, ktorych kochalam. To zawsze okazywalo sie bardzo trudne, a o tych, ktorzy osierocili mnie najokrutniej - o Jacku i o Witku - nie bylam w stanie, nawet dla siebie, zapisac jednej linijki. Nikt zreszta tego ode mnie nie oczekiwal.
Z Tadziem jest jeszcze inaczej. Byl jednym z czterech pierwszych redaktorow Pulsu*), naszego ukochanego lodzkiego dziecka, i dlatego, gdy uslyszalam, ze powinnam o nim napisac, poczulam, ze nie moge odmowic, chociaz Tadzio to dla mnie ktos jak z najblizszej rodziny i wlasciwie o nim takze pisac nie potrafie. Latwiej przychodzi mi mowienie, ale i tak moge o nim opowiadac jedynie jako o osobie z krwi i kosci, ktora zajmowala szczegolne miejsce w waznym obszarze mojego zycia. I to nie dla publicznych zaslug, choc ich lista jest dluga i imponujaca: po prostu kawalek historii polskiej opozycji przedsolidarnosciowej.
Poznalam go jako kolege mojego brata Witka, jeszcze zanim powstal w Lodzi Puls - nieregularny kwartalnik spoleczno-literacki. Tadeusz nie wzbudzal szczegolnej sympatii, byl szorstki, wrecz gburowaty, i dlugo pozostal w moich wspomnieniach wlasnie taki. Z tych czasow utkwilo mi w pamieci jedno zdarzenie. Zadzwonilam do niego, do slynnego mieszkania po Melchiorze Wankowiczu, dziadku jego zony Ani Erdman, w ktorym odbywaly sie arcyciekawe spotkania z niepokornymi artystami, pisarzami i co ciekawszymi "wykletymi" z lat 70. Rozmowe zaczelam od przeprosin, ze nie bede mogla przyjechac na spotkanie, bo cos mi wypadlo innego, a on na to bez cienia zartu: "A kto ci powiedzial, ze bede zmartwiony, zawsze jest tyle osob, ze sie nie mieszcza!". Moj Boze! Gdy o tym mysle, lzy przeszkadzaja mi pisac. Ten sam Tadzio w piec lat pozniej jako pierwszy powita mnie doszczetnie zagubiona na ziemi amerykanskiej. Ja histeryzuje: czekam od godziny, nikt po mnie nie wyszedl, nie mam bilonu na telefon, nie wiem, jak sie wydostac z lotniska. On bez cienia wylewnosci, niemal opryskliwie wyjasnia, ze podano im pozniejsza godzine mojego przylotu, ze Witek z zona (moj brat Witold Sulkowski wraz z zona Anna i dwoma synkami wyjechal do USA pol roku przede mna) zaraz powinni byc, choc nie bardzo mial ich kto przywiezc.
Potem bedzie juz tak zawsze: Tadzio jest niezawodny. Przychodzi bladym niedzielnym switem, zeby wylamac zamek w drzwiach do sypialni, gdy zatrzaskuje je wypuszczajac psy chlebodawcy do ogrodka na poranny obchod (zostalam w jednej koszuli, wszystko w szafie w pokoju), pomaga mi (gderajac caly czas) w zmaganiach z papierkowymi upiorami i na przeroznych zakretach oswajania sie z "zyciem pozagrobowym" (tak nazywalismy wtedy miedzy soba - jakze beztrosko - zycie po opuszczeniu Polski). Ani sie spostrzegam, jak Tadzio wyrasta na meza opatrznosciowego, niezawodnego kumpla, jedynego czlowieka w promieniu kilkuset kilometrow (Bartek Pietrzak, jeden z pozniejszych redaktorow Pulsu, mieszka w Indianapolis), ktory zna najdrobniejsze szczegoly naszego "przedgrobowego" zycia, rozumie co i jak bez slow.
Dom Walendowskich byl i tu miejscem ciekawych spotkan, ale dla nas stal sie przede wszystkim miejscem zawsze otwartym, co w nowej ojczyznie zdarza sie nieczesto. Tadzio i Ania byli juz nie tylko naszymi najblizszymi przyjaciolmi - stali sie rodzina.
Ostatnia Wigilie - pierwsza bez Witka - spedzamy razem u Anki - mojej bratowej. Oprocz niej i bratankow sa Ania i Tadek - oboje szczesliwie w niezlej formie. Wiem, ze wszyscy czujemy to samo: jestesmy w najscislejszym gronie rodzinnym. Zabraklo Witka, ale wszyscy tak mocno odczuwamy ten brak, ze wlasciwie i on jest wsrod nas.
Ten obraz zostal mi podarowany. Wrocilam do Polski, zanim nastapilo dramatyczne pogorszenie sie stanu Tadzia. Wiedzielismy, ze wkrotce odejdzie, ale kochani umieraja zawsze niespodziewanie. Tak opuscili nas wczesniej Jacek i Witek. Ale ich spotkala smierc w marszu, w ulamku sekundy. Tadzio konczyl swoja ziemska wedrowke tak, jak ja odbywal. Zawsze kierowal sie tradycyjnymi wartosciami i zasadami, czesto uwazanymi juz za zwietrzale, a on potrafil przywrocic im naturalnosc i sens. Umieral w domu, w otoczeniu rodziny, namaszczony na ostatnia droge, tak jak odchodzili nasi dziadowie, jakby w nagrode za dochowanie wiernosci ich wymaganiom.
Pomyslalam, ze Puls nieregularny przejdzie w zamierajacy, jesli sie o nich zapomni. Opowiedzialam wiec o Tadziu Walendowskim. Najpierw sobie, do mikrofonu. Nagralam, spisalam jak inne teksty z tasmy. Inaczej nie dalabym rady.
Ewa Sulkowska-Bierezin
*) Puls, czasopismo ukazujace sie poza
zasiegiem cenzury w latach 1977-81. Zalozyli je w Lodzi Jacek
Bierezin, Tomasz Filipczak i Witold Sulkowski; do pierwszego
numeru zaproszono Tadeusza Walendowskiego, rowniez lodzianina,
mieszkajacego wowczas w Warszawie.
Zycie
spelnione
Przypominam sobie koniec sierpnia 1980 roku. Bylismy akurat z moja zona Ewa z wizyta z Polski u mego kuzyna w Waszyngtonie. W kraju trwaly strajki, ktore mialy doprowadzic do powstania Solidarnosci. Kazdego dnia rzucalismy sie lapczywie na gazety, zeby dowiedziec sie, co sie w Polsce dzieje. Pewnego dnia w Washington Post, obok artykulu o Polsce, bylo zdjecie Tadka Walendowskiego. Komentowal sytuacje, a przedstawiono go jako rzecznika polskiej opozycji. Kuzyn zapytal, czy go znam. Zgodnie z prawda powiedzialem, ze nie. Ale w ten sposob zawarlem z Tadkiem jednostronna znajomosc.
Osobiscie poznalismy sie kilka lat pozniej, w maju 1984 r., kiedy przyjechalem z zona i dziecmi do Ameryki. Pamietam goracy duszny wieczor w ogrodku w Bethesdzie, kiedy Tadek i Ania wypytywali nas, jak wyglada zycie w Polsce stanu wojennego. Ale takze wtedy nie wiedzialem jeszcze, jak blisko zejda sie nasze losy.
Tadek zaproponowal mi wowczas napisanie artykulu o Polsce do pisma, ktore wspoltworzyl. Poland Watch zajmowalo sie sledzeniem sytuacji po wprowadzeniu stanu wojennego. Tadek byl typem spolecznika-organizatora zarowno w Polsce, jak i tu, na emigracji. W Polsce tez redagowal pisma - podziemne. Nalezal do waskiego grona ludzi dzielnych, ktorzy juz w latach 70. zdobyli sie na otwarty sprzeciw wobec wladzy komunistycznej. Dzisiaj, kiedy niemal wszyscy deklaruja sie jako dzielnie walczacy przeciwnicy systemu komunistycznego, wypada przypomniec, ze naprawde takich ludzi byla w Polsce zaledwie garstka. Tadek do tego grona nalezal od samego poczatku. Za to nalezy mu sie nasz szacunek, nasza wdziecznosc i nasza pamiec.
Tu, w Ameryce, ze swoich pasji spolecznikowskich Tadek nie zrezygnowal. Wspomnialem o Poland Watch, ale chyba najwazniejszym dzieckiem Tadka jest Biblioteka Polska. Podobna instytucja nie powstala w zadnym innym skupisku polskim w Ameryce. Podczas wspolnej pracy w Glosie Ameryki w drugiej polowie lat 90., nieraz irytowalo mnie, ze Tadek wiecej serca poswieca Bibliotece niz Glosowi Ameryki. Ale dzis widze, ze to on mial racje, a nie ja. Rozglosnia juz wtedy tracila na znaczeniu, bo w Polsce istnialy wolne media, a polskiej biblioteki w Waszyngtonie nie zastapi nic. I to jest jego zasluga.
Ale nie tylko wspolpraca w Glosie Ameryki nas polaczyla. Przez prawie cale lata 90. mieszkalismy w odleglosci kilku ulic od siebie. Pierwszy materac, na ktorym spalem w pustym mieszkaniu w Waszyngtonie, dostalem od Tadka. Dom Ani i Tadka stal dla nas zawsze otworem. Byly razem spedzane Wigilie i Swieta Dziekczynienia. Na Boze Narodzenie na wspolne koledy Tadek sprowadzal co roku do naszego domu silny kontyngent glosow, w ktorych ich synowie Dawid i Eliasz wyrozniali sie nie tylko wzrostem. A koledy spiewalismy z przygotowanych przez Biblioteke Polska spiewnikow, w ktore nas zaopatrywal Tadek. Sluza nam zreszta do dzis w Nowym Jorku. Moge powiedziec, ze byly to dla nas szczesliwe czasy wlasnie dzieki ludziom takim, jak Tadek i Ania. I dzisiaj, przy okazji tego pozegnania, chcialbym znalezc jakas jasna nute. I znajduje ja. Mysle, ze Tadek mogl odchodzic z tego swiata w spokoju, z poczuciem spelnienia.
Dokonal w zyciu trudnych wyborow, ale byl swiadkiem zwyciestwa racji, w ktore wierzyl. Wychowal dwoch dzielnych synow. We wszystkim towarzyszyla mu madra, urocza i podziwiana przez wszystkich zona. Zas gleboka religijnosc pozwolila mu znosic proby ostatnich lat bez slowa skargi i ze spokojem. To prawda - odszedl od nas za wczesnie, ale pozostawia po sobie slad, ktory nie bedzie zatarty. Slad, ktory pozostanie w naszych sercach, w sercach jego przyjaciol, oraz slad w historii Polski i historii emigracji. Dzieci Dawida i Eliasza beda dumne ze swojego dziadka, tak jak Dawid i Eliasz maja prawo byc dumni z ojca, a Ania z meza. Zegnaj wiec, Tadziu, i do zobaczenia tam, gdzie moca boskich przeznaczen wszyscy sie ostatecznie spotkamy.
Maciej Wierzynski
|