[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 20 lutego 2004


JERZY GIZELLA

Zmarszczona brew
krytyka

Najnowszy zbior szkicow i recenzji Juliana Kornhausera powinien niezle zamacic w zarosnietym rzesa stawku polskiej literatury. Obawiam sie jednak z gory, ze tak sie nie stanie. Jak do tej pory ukazaly sie dwie noty: Dariusza Nowackiego w Gazecie Wyborczej i Janusza Drzewuckiego w Rzeczpospolitej. I co dalej? Nic. Milczenie. Tymczasem w mojej subiektywnej (zaoceanicznej) ocenie jest to w dorobku ostatniej dekady tego autora ksiazka najwazniejsza, co wiecej, jedna z najwazniejszych prac krytycznych, jakie sie ostatnio ukazaly w Polsce, i to z wielu powodow.

W pierwszej czesci tomu Cztery drogi Kornhauser stara sie zarysowac opcje czterech glownych "gigantow", ktore jego zdaniem stanowia o sile i wyjatkowosci polskiej poezji w literaturze wspolczesnej. Aleksander Wat i Tadeusz Rozewicz to wspolnota "rozdarcia", "cierpienia", "ciemnego mistycyzmu", krytyczny stosunek do swiata i ludzi, najpelniej wyrazony w Rozewiczowskim pojeciu recycling. Obaj poeci sa lub byli "piewcami chaosu" i mimo roznic w poetyce i w zrodlach jego umiejscowienia - diagnoza jest wspolna: mamy do czynienia z permanentnym kryzysem swiadomosci, "smietnikiem" pojec i znaczen, zanikiem sensu i celu zycia w ateistycznej i zdemolowanej przez dwa totalitaryzmy calej dotychczasowej, wynikajacej z oswieceniowego modelu i oswieceniowego optymizmu jednostkowej filozofii. Jednostka wobec historycznych kataklizmow jest praktycznie bezbronna. Moze tylko rejestrowac i zapisywac "zawsze fragment" - calosci nikt nie jest w stanie ogarnac.

Krytyk powoluje sie na wazne sformulowanie Tadeusza Rozewicza, jego credo moralne: "Wszystkiemu winien jest czlowiek. Zlo bierze sie z czlowieka, a nie z braku czy nicosci. Czlowiek wyrodzil sie z natury. Juz nie jest jej czescia. Jego slowo moze byc narzedziem zbrodni: klamie, kaleczy, zaraza". I choc mlodzi i najmlodsi "barbarzyncy" rzadko powoluja sie na slowa Rozewicza, wedlug Kornhausera zdaja na piatke lekcje pobrana w szkole poezji autora Kartoteki. Wprawdzie nie padaja slowa pesymizm czy katastrofizm (w wersji Becketta), ale latwo dopowiedziec sobie te pojecia samemu.

Do drugiego, jakby opozycyjnego modelu poetyki i swiadomosci - pozornie antynomicznego wobec "cierpietniczo-lamentacyjnego" - zalicza krakowski krytyk poetyke Czeslawa Milosza i Wislawy Szymborskiej. Tu nie mamy do czynienia z bezposrednia dyskusja ze "swiatem medialnym", "zaplanowana bezwyjsciowoscia i jalowoscia", jest odwrotnie: chwila, kazdy moment istnienia zasluguje na najwyzsza uwage. Afirmacja, adoracja "zwyklego zycia", nie poglady, dysputy filozoficzne, aluzje historyczne" - nagi byt, odarty z wszelkiego mistycyzmu, zaprawiony lekka ironia i humorem. Milosz stara sie (przynajmniej w ostatniej dekadzie) "zamieszkac w tu i teraz", z daleka "od doswiadczenia historycznego i fantomu cierpienia", jest "zbieraczem form widzialnych w gorzkim Stuleciu bez harmonii". To brzmi dla Kornhausera jak program poetycki - juz nie tylko Milosza, ale calej wspolczesnej poezji polskiej. Po prostu noblista jest najwiekszym i najwazniejszym programotworca dekady poezji lat 90.!

Afirmacja jest takze widoczna w poezji Szymborskiej: "Ziemia to zbiorowisko ludzkich smiesznostek i lekkomyslnych decyzji". "Planetarna tragifarsa". "Rozhustana na grozie wesolosc". Jak w tej sytuacji bronic jeszcze metafizyki i duszy - "protestu przeciw rachunkowi"? Jednostka jest tylko ziarenkiem piasku, jedynka w miliardowej, wielozerowej cyfrze. Kornhauser pomija cala stylowa "wysokosc" opisu i podmiotu poetyckiego - a jest to skadinad bardzo wazna perspektywa. Milosza i Szymborska laczy subiektywizm "niewiedzacego narratora" (zapozyczony przewrotnie z prozy, i to dwudziestowiecznej, tu sie ukryl!), bo tak naprawde nic nie wiemy. "Szczesciem jest zyc w niewiedzy". Po to nam jest potrzebna sila argumentacji. Zadnych cierpien, a juz szczegolnie za prawde, wartosci czy jakas sprawe. Oboje sparzyli sie na ideowych omamach i dzis zalecaja trzymanie sie od tych pokus z daleka.

Po latach dokladnie trzydziestu od wydania Swiata nie przedstawionego (1974 r.) - jeden z jego dwoch autorow (drugim byl Adam Zagajewski) stwierdza, ze ten program zostal niemal zrealizowany, ale z innych zupelnie powodow i przy pomocy zupelnie innych poetyk. Stala sie rzecz przedziwna. Mlodzi nie nawiazuja bezposrednio do jezyka mistrzow, ale biora z nich przyklad. Bardziej czytaja krytykow, ktorzy analizuja tworczosc noblistow, anizeli samych poetow. Program od Milosza i Szymborskiej, w interpretacji czolowych krytykow, zachlystujacych sie afirmacja i adoracja chwili, nagiego bytu? Alez tak! Tylko jezykiem zupelnie innym. Jakim? O tym za chwile.

Kornhauser stanowczo przeciwstawia sie wszelkiemu mitologizowaniu i fetyszyzowaniu pojecia "przelomu" po roku 1989. Wielokrotnie przypomina, ze "przelom" byl raczej postulatem krytyki, najlepiej wyrazonym przez Jerzego Jarzebskiego w tomie Apetyt na przemiane. Krytycy zreszta, zdaniem Kornhausera, byli bardziej ostrozni i na ogol bardzo szybko przeszli od chwalenia (glownie formacji BruLionu) do jednoznacznej krytyki. Jednak sami zainteresowani dobrze poczuli sie w roli "nowych barbarzyncow", rozgrywajac juz niezaleznie od intencji krytykow swoja medialna gre ("dyskurs medialny"). Zaczelo sie przeciez bardzo obiecujaco - demolowaniem komunistycznego parnasu, totalna ironia i wysmiewaniem wszelkich osiagniec oraz zaslug. Nie tyle nawet wysmiewaniem, co jeszcze bardziej dotkliwym przemilczaniem. Udawaniem, ze teraz wszystko jest nowe.  Zniknely nazwiska "nowofalowcow" i "kultowych" poetow z kregow opozycji - na ich miejsce pojawili sie: weteran "Orientacji" Bohdan Zadura i drugi aktywny tlumacz poezji amerykanskiej i sam poeta, Piotr Sommer. Ashbery i O'Hara pod skrzydlami Milosza i Szymborskiej, w poetyce Rozewicza? Doprawieni szyderstwem z polskosci a la Gombrowicz? Czy nie za duze pomieszanie pojec? Kornhauser posrednio stara sie to wyjasnic - alez tak, wlasnie tak sie stalo! Nie bylo jednak przelomu, ale byla i jest - jakze przewrotna - kontynuacja!

Wrocmy do analiz. Kornhauser woli stosowac termin "okres przejsciowy", "miedzyepoka", powolujac sie takze na teze Mariana Stali i jego polemiczny artykul w Tygodniku Powszechnym (nr 2/2000) zatytulowany "Cos sie skonczylo, nic sie nie chce zaczac" oraz wczesniejsze diagnozy tego krytyka, np. o "obojetnosci wobec aksjologicznego wymiaru i zobowiazan poezji". W miejsce "starych zasad" pojawily sie - niekoniecznie w porzadku chronologicznym - "kult osobowosci i autentycznosci doswiadczenia zamiast czczenia prawd ogolnych i rozrachunku z niedawna przeszloscia". Dalej wymienia Kornhauser szereg terminow charakterystycznych dla calej poezji dekady lat 90. ("Po festiwalu zludzen"): kult mlodosci, range i pozycje Milosza, istotna rozbieznosc oczekiwan i realizacji w prozie i poezji (podkresla tu oryginalnosc i poziom intelektualny krytyki, kontrastujacej z wtornoscia i mialkoscia realizacji literackich), syndrom lustracyjny (podzialy polityczne wewnatrz srodowiska i wzajemne ignorowanie sie "lewicy" i "prawicy"), masowosc i niedajacy sie juz w zaden sposob uporzadkowac (a moze i "kontrolowac"?) chaos wydawniczy, wylaczenie sie i milczenie aktywnych przed zniesieniem cenzury pisarzy i srodowisk, glownie z kregow opozycji politycznej, filozofie "zamiast" - zanik krytycyzmu i festiwale poezji zamiast dyskusji programowych, dewaluacje jezyka i etosu czy brak zwyklej skromnosci i przyzwoitosci w samopromocji (tu nieobecnosc jakze waznej na ten temat eseistyki Czecha, Pazniewskiego czy Orskiego chocby). A jeszcze wazniejszy brak - proba przeciwstawienia sie "duchowi czasu" przez Adama Zagajewskiego, zarowno w licznych esejach, jak i wywiadach i publicystyce. Moim skromnym zdaniem nie mozna sie tu wykrecac wylacznie "nieobecnoscia poety w kraju" (do ktorego zreszta Zagajewski wrocil).

Nie sposob nadac odpowiednia range wszystkim zjawiskom, o ktorych pisze Kornhauser. Nie mozna ich rozpatrywac w oderwaniu od trendow europejskich i swiatowych, gdyz otwarcie granic, zniesienie cenzury i czasowa czy stala emigracja musialy wplywac na postawy pisarzy. Kontrkultura nie jest zjawiskiem typowo polskim i zostala wzmocniona importem (jak wspomniana dzialalnosc Zadury i Sommera). Pomijanie tego jest jednak jeszcze jednym dowodem na stale obecny "konformizm krytycznoliteracki", o jakim kilkakrotnie pisze Kornhauser, zwlaszcza pomijanie modnych na Zachodzie idei we wszelkich glosnych syntezach (Czaplinski, Sliwinski, Stala, Jarzebski, Nowacki). Mozna by tu podpowiedziec pare pozbawionych otoczki politycznej poprawnosci terminow Pazniewskiego (np. "korupcja intelektualna" czy "umyslowy kolchoz"), ktorych wspoltworca programu Nowej Fali subtelnie unika. Ale i tak rejestr grzechow czy mankamentow jest wystarczajaco dlugi i niemal wyczerpujacy. Najwieksze zagrozenia (ciagle mamy do czynienia z neutralnym emocjonalnie i znaczeniowo terminem "dyskurs medialny", choc wszyscy domyslaja sie, ze chodzi o dyktature politycznej poprawnosci i pospolity szantaz grupowy, a nie zaden dyskurs) widzi w "zatarciu wyrazistosci sadow krytycznych", "przesadnym i nadmiernie generalizujacym wartosciowaniu" (ilosc przechodzaca w jakosc i powtarzanie "znakomitosci, wspanialosci" - jakby krytycy polscy zapomnieli o istnieniu jakichs innych okreslen czy slow), zastapienie dawnej zaleznosci politycznej zaleznoscia od popularnych mediow (presja jednej gazety i jednej telewizji!). Mamy wiec do czynienia ze swiadoma, a nie tylko przypadkowa manipulacja, obecna od samego poczatku i pozwalajaca kreowac do znudzenia strategie "przelomu".

Skoro juz przy mysleniu jestesmy, nie mozna nie docenic analiz jezykowych oraz ukrytej lub jawnej "funkcji perswazyjnej" nowej literatury. Tutaj zmysl krytyczny, zdolnosc wnikliwej obserwacji i wyczulenie na falszowanie swiadomosci zasluguje na najwieksza uwage. To juz nie jest zabawa z "czytelnikiem ubezwlasnowolnionym" (Baranczak), ale z "tworca ubezwlasnowolnionym", i to na wlasne zyczenie! Ostro brzmi.

Jakim jezykiem mowia dzis tworcy? Jezykiem ulicy, parkanu, subkultury. Mozna powiedziec, ze to po prostu nie tyle smierc poezji, jak twierdzil kiedys prowokacyjnie Rozewicz, ale smierc literackiej polszczyzny. W to miejsce pojawia sie niechlujna, wulgarna, nieporadna mowa potoczna. I to chyba najwieksza zmiana. Bardzo jej w tym pomogl internet - e-mailowa paplanina, lacznie ze specyficzna terminologia, ortografia i grafika. Zrodlo nowej poetyki. Oddajmy zreszta glos krytykowi, ktory tak podsumowuje swoje uwagi o jezyku prozy i poezji wspolczesnej: "Nastepuje powolna banalizacja, czesto brutalizacja jezyka w literaturze, ktory nie jest juz nosnikiem moralnych wartosci, lecz zwyklym medium, przekazujacym dany stan rzeczy, bez jakiegokolwiek komentarza i odautorskiej ingerencji". Jezyk ten jest wyrazem swiadomosci (czy raczej moze nieswiadomosci) podmiotu: "kogos zagubionego, wiecznie niedojrzalego, atakowanego zewszad niezrozumialymi ideami i nie umiejacego lub nie chcacego niczego skonstruowac, albo kogos cynicznie odcinajacego sie od jakiejkolwiek odpowiedzialnosci". Zapewne jest to takze strategia - bo wlasnie taki portret "tworcy" wspolczesnego jest kreowany w mediach ("czarny golf Marcina Swietlickiego").

Na szczescie sa jeszcze inni, "klasycy" i indywidualisci, ktorzy nie ulegli cisnieniu "ducha czasu", ktorzy spiewaja swoje solowki i arie z dala od wszelkich chorow. Autor Poezji i codziennosci, chwalac jednych autorow i ganiac innych, przestrzega jednak: nie nalezy za wszystko winic mlodych, skoro ceni sie za to samo "gigantow". Nie nalezy przedwczesnie rozdzierac szat. Po latach okazuje sie czesto, ze zupelnie inni pisarze weszli do kanonu, a glosnych i popularnych w jakiejs minionej dekadzie nazwisk nie znajdzie sie tam w ogole. Tak wlasnie stalo sie w latach 90.

------------------------

Julian Kornhauser, Poezja i codziennosc, Wydawnictwo Literackie, Krakow 2003, s. 227.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail