DANUTA MOSTWIN
Trzy
zyczenia
Przystanal w kacie pokoju i chociaz podsunelam mu krzeslo - nie usiadl. Rozgladal sie sploszony. Szukal bezpiecznego miejsca. Walizka! Siegala mu do pasa. Przesunal ja blizej. Tak bylo pewniej. Odgrodzony barykada walizki, w kacie, ktory tworzyly dwie zielono malowane sciany biura, odetchnal.
Polotwarte drzwi rzucaly cien na twarz chlopca. Za oknem drzemala ulica, pokrzykujac przez sen dalekim dzwonieniem tramwaju.
- Jak sie nazywasz?
Drgnal. Uciekl spojrzeniem w okno. I tylko mala, chuda reka zacisnela sie mocniej na uchwycie walizki. Wtedy zobaczylam rece: obgryzione do krwi paznokcie.
Mial twarz pisklecia, ktore wypadlo z gniazda na chodnik uliczny. A kiedy uniesieni checia ratunku chcemy je podniesc, ogrzac w dloni, rzuca sie czupurne, przerazone, nieufne. Nieszczesliwe.
Wygladal na 8 lat. Chudzina. Niewielki. I ta smiesznie dorosla nowa marynarka. Sztywna, biala koszula i krawat. Wiadomo, co bylo pod tym. Kolaczace niecierpliwie serce: co teraz? Co teraz?
- Wiesz przeciez, jak sie nazywasz?
- Tak, prosze pani.
- Powiedz.
- William.
Walizka stala przed nim jak tarcza. Chronila. Dla wtajemniczonych byla znakiem rozpoznawczym zmiany.
Naglym wybuchem smiechu ulica wpadla do pokoju. Poderwal sie.
- Nic, to nie do nas. To robotnicy z tej fabryki tu obok wybiegaja na przerwe obiadowa.
- Aha!
Podniosl glowe. Spod wypuklego czola spojrzal na mnie.
- Czy moja matka przyjdzie dzis po mnie?
- Nie wiem! Pisalam do niej.
- Przyjedzie? - Usta skrzywily mu sie w placzliwa podkowke.
- Nie wiem.
- Co pani jej napisala? Zeby mnie zabrala?
- Wiesz przeciez, ze nie moze cie zabrac. Nie ma nawet pokoju dla siebie.
Zaplakal. Bezglosnie. Calym soba.
- Billy... synku...
Odtracil moja reke. Co ja z nim zrobie? Moze uciec, jak ostatnim razem. Nie powinnam byla powiedziec "synku". To moglo naruszyc uspione uczucie odrzucenia. I wtedy nic nie mozna zrobic. Podrywaja sie. Biegna przed siebie. Przekonanie, ze tam gdzies ukryta czeka na nie matka.
- Co oni jej powiedzieli? Ci ludzie, u ktorych mieszkasz?
Atak placzu juz minal. Billy patrzyl na mnie.
- Sam wiesz - powiedzialam - ze nie mozesz dluzej tam zostac. Od poczatku nie mieli dla ciebie miejsca. To bylo tylko chwilowe.
- Tak, prosze pani.
Wiedzial dobrze. Skargi dochodzily codziennie: zabierzcie go. Jest nieznosny. Niszczy zabawki. Gryzie. Kopie inne dzieci. Co noc zlewa sie w lozku. - Jeszcze tylko kilka dni! - prosilam. - Szukamy dla niego domu.
Zastepcza matka, duza, silna, wielka mrowka. Skrzetna i spracowana, alarmuje mnie telefonicznie.
- Kiedy nareszcie przeniesiecie go na inne miejsce, do innego domu? Nie ma dla niego miejsca? A szkola poprawcza?
Tlumacze, ze za maly, jeszcze dziecko.
- Dziecko? A ile szkod narobil? U mnie nie ma miejsca. A dlaczego matka go nie wezmie?
Co ja z nim zrobie? Gdzie go umieszcze? Na kilka dni... a potem?
Czuje dojrzale, pelne wyczekujacego napiecia spojrzenie chlopca na mojej twarzy.
- Prosze pani, ja tam nie wroce!
- Nie, juz tam nie wrocisz.
- To dobrze - westchnal.
- Dokuczali ci?
- Tak. A jeden taki to mnie tak... jak mnie walnal...
- Dlaczego?
- On mowil, ze ja nie mam ojca. Klamal! Moj ojciec kupi mi rower!
"Ojciec". W jaki sposob tu sie zjawil? Czy w takim razie powinnam chlopcu powiedziec, ze ojciec jest nieznany? Nie moge. Nie, nie teraz ! Teraz skieruje jego uwage z "ojca", ktory kupuje rower, na zastepczego ojca. Nie moge. Te wszystkie rady, to teoria. Ale co zrobic, gdy Billy ozywiony, nagle wprowadza do swego "zastepczego swiata" prawdziwego ojca? Nie, nie moge. Jeszcze nie teraz.
- Ile ty masz lat, Billy?
- Jedenascie - westchnal.
- Ja wiem, Billy, to nie jest tak latwo isc w nieznane, do nowych ludzi, nowego domu...
- Nie, prosze pani.
Posunal sie o krok naprzod. Walizka szurnela po podlodze. Usiadl niepewnie na krzesle. Przez szpary w zaslonach poludniowe slonce wciskalo sie do pokoju. Zmruzyl oczy.
- Chcialabym, zebys mi cos napisal.
- Prosze pani - spoglada na mnie proszaco... - A czy moge narysowac?
- Nie teraz. No i dlaczego placzesz? Najpierw napiszesz, a potem narysujesz. Dobrze?
- Dobrze.
Podalam mu olowek. Natychmiast wlozyl go do ust. Dopiero teraz zauwazylam duzy guz w tyle glowy.
- Co ci sie stalo? Nie placz. Pokaz. Ale zes sie uderzyl. Przeciez to musi bolec!
- Boli - placze - to ten duzy chlopak...
- Zbil cie?
- Tak!
Recznikiem zmoczonym w zimnej wodzie przecieram mu twarz.
- To ten duzy chlopiec cie uderzyl. Ja wiem, ktory! To dlatego placzesz!
- Nie, prosze pani. To on namowil tych mniejszych i oni wszyscy...
- Na ciebie jednego...?
- Tak...
- Ale dlaczego?
- Bo oni chcieli taki rower, co byl na okrecie, ale moj ojciec nie mogl...
- Billy, Billy, zupelnie mi zakreciles w glowie. Skad nagle okret? Co za okret?
- To ja go narysowalem.
- Opowiedz wszystko od poczatku. I wyjmij z ust ten olowek.
- To bylo tak: pani w szkole chciala, zeby narysowac okret. Narysowalem. A ten duzy chlopak powiedzial, ze to jego!
- Rozumiem. Namowil innych i odebrali ci okret. Nie placz. Masz tu papier i narysujesz inny okret.
- Nie, tak nie mozna!
- Dlaczego?
- Bo na tym okrec
ie byl moj ojciec, bo moj ojciec jest marynarzem.
Nie pytam o nic wiecej. Udaje, ze nie slysze. Niech ten okret odplywa. Dzieciom z domow zastepczych tez przysluguje luksus fantazji, chociaz w przyszlosci moze okazac sie niebezpieczny, prowadzic na manowce. Billy patrzy na mnie wyczekujaco. Wyciagam z biurka duzy arkusz papieru.
- To na nowy okret. A gdzie ten, co narysowales? Dlaczego nie chcesz narysowac nowego?
- Bo tamten - Billy zniza glos do szeptu - zostal zbombardowany!
Nie dziwie sie. Nie usmiecham. Ojciec z rowerem na okrecie, bombardowanie papierowej floty. Trzeba tylko nauczyc sie znaczenia symboli... wejsc do dziecinnego swiatka na palcach, ostroznie, aby nie zniszczyc zaczarowanego ogrodu zbyt wczesnie.
- A teraz siadz tu przy biurku i cos mi napiszesz.
Zmruzyl oczy. Palce o krotko obgryzionych paznokciach, z ponadgryzana do krwi skorka zacisnely sie na olowku.
- Co mam napisac?
- Trzy zyczenia. Czego najwiecej byc pragnal w zyciu. Co chcialbys, aby sie spelnilo?
- Aha!
Pochylil sie uroczyscie nad kartka papieru, zastanawial sie, nie pisal, myslal.
- Wszystko co chce?
- Tak!
Wlozyl olowek miedzy zeby. Gryzl jego koniec. Myslal.
Pierwsza odrzucila go matka. Dlaczego? Moze zachorowala? Moze teraz dowiadywala sie o niego?
- Czy nie wie pani, gdzie jest moja matka?
- Nie, Billy, niestety nie mialam wiadomosci od twojej matki.
- Aha.
Nie chciala go, na pewno go nie chciala, bo gdyby chciala go naprawde, czyz tulalby sie przerzucany z jednego domu dziecka do drugiego? A moze pracuje gdzies daleko w odleglym stanie ? Moze zbiera pieniadze i pewnego dnia, to powinno stac sie na gwiazdke, w pierwszy dzien Bozego Narodzenia zawolaja: Billy, twoja matka przyjechala po ciebie! Ubieraj sie predko, twoja matka przyszla cie zabrac!
A moze stanie sie to ktoregos z najzwyklejszych dni, zaraz po kolacji, gdy bedzie kladl sie do lozka przerazony, ze po zgaszeniu swiatla ciemnosc nieprzyjemna, straszna podczolga sie tuz, otrze swoje bloniaste skrzydla o jego policzek i bedzie warowala gotowa go porwac, zmiazdzyc, a on nie bedzie mial odwagi wyjsc do lazienki i znow zmoczy pidzame, przescieradlo, materac... Moze wtedy? Tak, pewnie wtedy ktos zawola z dolu piskliwie, przeciagle: Bil-ly! Billy! Predko! Twoja matka przyjechala!
Zbiegnie szybko, odepchnie ciemnosci, nie, nie zbiegnie, ale zjedzie po poreczy schodow. Na dole bedzie stala jego matka. Zawola: Bil-ly, synku, pracowalam caly czas, aby ci kupic bialego kucyka! I nagle skonczy sie wszystko: strach, lek i ciemnosc.
- Nie piszesz, Billy?
Wyjal olowek z ust i ostroznie, z wolna zaczal stawiac niezgrabnie wielkie litery.
*
Mial dwa lata, gdy Frances przyniosla go do biura agencji. Chlopak ciazyl jej na rekach, polozyla go na podlodze w poczekalni i zapalila papierosa. Zmeczyla sie, dzwigajac go na ulicy. Byla chuda, slabowita i lekarz powiedzial, ze nie nadaje sie do zadnej pracy. Jej zolte, skrecone w pierscionki wlosy, poprzypinane malymi szpilkami do waskiej czaszki, byly jeszcze wilgotne od rannego mycia. Rozkreci je dopiero wieczorem przed pojsciem do baru. Jej blade, zielonawe oczy pod wyskubanymi lukami brwi patrzyly tepo przed siebie. Billy rozplakal sie, podczolgal do jej nog.
- Och, cicho badz, cicho - szepnela niecierpliwie.
- Dzien dobry, Frances - powiedzialam.
- Przynioslam go - mruknela.
Billy drgnal, jego trojkatna, blada twarzyczka skurczyla sie, skrzywila. Chwycil sie niezdarnie kolan matki.
- Wez go na rece, Frances, pozegnaj sie z nim.
- No, dalej Billy. Chodz!
Zgasila papierosa w popielniczce, dzwignela poslusznie dziecko na kolana. Jej oczy byly oczami Billy'ego: wystraszone, wpatrzone przed siebie, suche. Ramiona nie obejmowaly dziecka, zwisaly bezradnie.
- Pozegnaj sie z nim, Frances! A moze... chcesz go zatrzymac? Co chcesz zrobic z Billym?
Spuscila glowe i w tym niezamierzonym ruchu policzkiem dotknela przytulonej do jej ramienia glowy dziecka. Billy nie ruszal sie. Plecy w pasiastej koszulce dygotaly suchym, bezdzwiecznym placzem. Trzymal sie matki, byl sploszonym zwierzatkiem, malym drapieznikiem rozplaszczonym na pniu drzewa.
- Jestem za nerwowa, zeby sie nim zajmowac. Pani wie przecie, juz mowilam.
*
Miala dwadziescia lat. Byla najstarszym z szesciorga dzieci w rodzinie. Wynajmowali polowe rachitycznego domku na ciasnej ulicy. Nie bylo tam drzew, dwa bary na pobliskich rogach, podworko z rozciagnietymi wzdluz sznurami do bielizny, otwarte smietniki, w ktorych grasowaly szczury. Szczury zreszta zapedzaly sie do mieszkania, najwiecej do piwnicy, w ktorej jedli, gotowali posrod zwalow brudnej bielizny, ktorej matka nigdy nie miala czasu wyprac.
Ojciec spal cale dnie w ubraniu na nieprzescielanym tapczanie. Czasem pracowal, nie wiadomo gdzie, znikal na kilka dni i wracal jeszcze bardziej brudny niz zwykle. Wydawalo jej sie, ze ojciec nie zyl. Tylko kukla w postrzepionych spodniach, wiecznie rozpietej koszuli, rozczlapanych butach na brudnych, bosych nogach porusza sie po domu.
Matka w kusej perkalowej sukience, gruba, stala rozkraczona pomiedzy stosem brudnej bielizny, miedzy zlewem pelnym nieumytych naczyn a pralka. Podobna byla do grubego, siwego szczura: zaczerwienione oczy i rozczochrane, biale wlosy. Dopiero gdy otworzyla usta do krzyku, wiadomo bylo: zyje.
Nie lubila matki: jej rechoczacego smiechu, gdy sobie dogodzila piwem, jej tlustych posladkow, obwislych piersi, zle oslonietych przyciasna sukienka. Nigdy nie bede taka - przyrzekala sobie - bede miala ladny dom, meza, samochod, moje dzieci beda mialy ogrodek do zabawy. Zycie matki przeplywalo, gnilo w piwnicy. Nie lubila matki. Dlatego pewnie zwierzyla sie ojcu.
Frances otworzyla torebke, plastykowa czerwona torebke z blyszczacym zamkiem. Wyjela papierosa.
- Co mam z nim zrobic? - zapytala. - Pani wie, jestem chora. Pewnie, ze go kocham, ale sama milosc nie daje ani sily, ani zdrowia.
Dym z papierosa podraznil jej oczy, przetarla je rozmazujac tusz na policzku, predko wyjela puderniczke i chusteczke, wytarla plame pod oczami, byla bardzo schludna. Chlopczyk siedzial na jej kolanach przyczajony, cichy, z glowa wtulona w cialo matki, wydawal sie uspiony.
- Czy naprawde nic nie wiesz o ojcu dziecka?
- Mowilam juz, napadl mnie wieczorem na ulicy i zgwalcil, nie widzialam jego twarzy, skad moge wiedziec?
Wiedziala. Nie byla taka glupia, aby sie wygadac, zreszta to juz tak dawno, nie pamieta go, prawda, ze nie pamieta. Stalo sie to wkrotce potem, jak otrzymala prace w fabryce. Po pracy nie wracala do domu. Czlowiek caly dzien stoi przy maszynach, caly dzien przesuwa tekturowe pudelka, od jednej maszyny do drugiej... Od jednej do drugiej... I po co wracac do domu, do tej nory, do piwnicy? Nalezalo jej sie przeciez cos od zycia.
Pamietala go dobrze. Pierwszy raz zaczepil ja, gdy wracala pozniej z fabryki. Byl w marynarskim mundurze, i to najbardziej jej sie spodobalo. A jemu pewnie spodobaly sie jej pantofle na wysokich, cienkich obcasach i ponczochy z czarnymi szwami. Kupila je sobie sama, zaraz z pierwszych dwoch tygodniowek. Lubila sie ladnie ubierac, no i oplacilo sie, zwrocil na nia uwage. Poszli razem na piwo, nie potrzebowal dlugo namawiac, zgodzila sie zaraz, chetnie. Potem zaprosil ja do kina i zajadali kukurydze z wielkiej, plastykowej torby.
Juz w kinie stal sie zaczepny, objal ja wpol i siedzieli przytuleni niewiele patrzac na ekran. Coz wielkiego? Przeciez nie zaczepil jej tylko dla rozmowy.
Pozniej wloczyli sie ulicami, az dlugi wiosenny wieczor sciemnial zupelnie. Wtedy poszli do parku. Trawa byla jeszcze wilgotna, powietrze chlodnawe, przestrzen wieksza niz jej duszny, cuchnacy dom, chociaz byl to tylko maly, mizerny miejski ogrod. Pozwolila mu robic ze soba, co chcial, nie bronila sie. Podobal sie jej nawet, byl zreszta czescia wielkiej przygody. Na drugi dzien czekal na nia przed fabryka i znow wloczyli sie az do polnocy. Trzeciego dnia nie przyszedl. Czekala dlugo na ulicy wypatrujac go, ale nie przyszedl. Myslala o nim jeszcze kilka dni, czekala po wyjsciu z fabryki, a potem juz tylko myslala coraz rzadziej: byl, odszedl, trudno, no coz...
Dopiero gdy stwierdzila na pewno, ze dziecko rosnie w niej, ze spodnice staja sie za ciasne, zwierzyla sie ojcu.
- Tato... - szepnela.
Dlugo potrzasala go za ramie, zanim uniosl sie polprzytomny.
- Czego chcesz? - mruknal.
Przestraszyla sie wlasnej decyzji. Myslala: nie, nie powiem, jakos to bedzie, nie powiem teraz. Na dworze byl dzien, wczesna jesien i nawet na ich waskiej uliczce pachnialo cierpkim, wilgotnym zapachem jesieni, a wiatr przywial z parku kilka skurczonych, poczerwienialych lisci klonu. Ojciec usiadl na tapczanie, wargi mial zeschniete, na kolnierzyku koszuli stare plamy zaschnietej krwi, slady golenia. Ziewnal, przetarl oczy, podrapal sie po glowie. W pokoju bylo duszno, oddychala szybko, glosno. Poprzez cienkie sciany domu uslyszala glos matki z podworka, rajcowala z sasiadka. W mieszkaniu nie bylo nikogo, starsze dzieci w szkole, najmlodszy brat bawil sie na chodniku przed domem.
- Tato - szepnela przepraszajaco, blagalnie. - Tatusiu... - i rozplakala sie.
Przyjrzal jej sie uwazniej, badal ja wzrokiem podejrzliwie, zmarszczyl czolo.
Zadrzala, skulila sie na krzesle, zalozyla obronnie rece na wzdetym brzuchu.
- Wstan! - ryknal.
Nie potrzebowala mu nic mowic. Trzesac sie, placzac podniosla sie.
- Masz pelny brzuch! - ryknal.
Czekala, kiedy wybuchnie, zacznie krzyczec, rzuci sie na nia.
Zeskoczyl z tapczanu energicznie, odswiezony, rzadko kiedy mial tyle energii. Zblizyl sie, chwycil za wlosy tak mocno, az jeknela.
- Puszczalas sie, dziwko! Z kim? Czekaj no - krzyczal - ja go zabije!
Odsunal sie nagle i zaczal pospiesznie wkladac rozczlapane buty na brudne nogi.
Patrzyla przerazona.
- Co sie gapisz?! - wrzasnal. - Ubieraj sie, idziesz ze mna na posterunek policji. K... raportuje sie do policji!
- Tato! - blagala... - Tatusiu, nie... nie!
- Nie?
Chwycil ja z tylu za wlosy, szarpnal, pchnal przed soba na ulice.
W drodze na posterunek policji nie plakala juz. Miala 18 lat, byla dorosla. Postanowila zyc samodzielnie.
Gdy Billy mial 3 miesiace, oddala go pod opieke kobiety, ktora zajmowala sie dziecmi. Co piatek oddawala jej 25 dolarow ze swej tygodniowki. Zarabiala 50 dolarow. Jak dlugo tak mogla ciagnac? Miala jednak wieczory dla siebie. Spotykala sie teraz z jednym, ktory obiecal sie z nia ozenic. Chodzili ze soba przez cala wiosne. Z poczatkiem lata Walter zniknal. I wtedy, na poczatku lata, poczula, ze jest chora. Walter zarazil ja. Nie byla juz zdolna do pracy, a gdy podleczona wrocila, powiedziano jej, ze nie ma dla niej miejsca. Miala 19 lat.
Patrzyla obojetnie, jak matka opiekuje sie Billym. Rzadko kiedy nocowala teraz w domu. Przesiadywala z kolezankami w barze, raz zatrzymala ja policja za wloczenie sie po ulicach, ale po rozprawie w sadzie magistrackim zwolniono ja. Umorusany, blady, apatyczny Billy bawil sie cale dnie na chodniku przed domem albo w stosie bielizny w piwnicy. Raz znaleziono go poznym wieczorem placzacego na ulicy i wtedy dzieckiem zainteresowala sie policja.
- Co chcesz z nim zrobic, Frances?
- Moja matka go nie chce - powiedziala. - Ja jestem za nerwowa. Moze pozniej... Mam teraz jednego, ktory obiecal sie ze mna ozenic...
Spojrzalam na dziecko. Billy tulil sie do ramienia matki.
- Billy! - powiedzialam - chodz, zaniose cie do nowego domu, do twojej nowej mamy. Podaj mi go, Frances!
Podniosla sie. Polusmiech na przezroczystej twarzy przekreslony krwawa pomadka.
Podala mi dziecko. Billy rozplakal sie. Plakal rozpaczliwie, odpychal cala sila, wyrywal sie ode mnie do matki.
- Pozegnaj sie z nim, Frances!
- Pa, Billy - powiedziala.
Przerazone, pelne lez oczy dziecka czepialy sie odchodzacej matki, nie plakal juz, krzyczal, wierzgal nozkami, wyciagal rece, walczyl.
Polusmiechnieta twarz Frances w uchylonych drzwiach. Glowa oblepiona pierscionkami wlosow, spadziste ramiona, szczuply biust opiety tania, bawelniana sukienka. Byla ladna dziewczyna.
- Pa, Billy - powtorzyla.
Zniknela. Na korytarzu zapalila papierosa. Nie przyszla juz nigdy. Telefonowala dwa razy. Raz, ze wychodzi za maz i pewnie zabierze dziecko, drugi raz, ze zamazpojscie nie doszlo do skutku. Przez 9 lat Billy nie widzial matki.
Siedzial pochylony nad kartka papieru. Wodzil po niej olowkiem. Na wypuklym czole malenkie kropelki potu. Z asfaltu ulicy podnosila sie ciezka chmura upalu, wpychala przez otwarte okno pokoju. Wiatraki nie chlodzily powietrza.
Patrzac na chlopca przypomnialam sobie Frances. Byl do niej podobny. Przezroczysta cera, polusmiech, spokoj, obojetna rezygnacja, z jaka przyjmowal wazne wydarzenia w swym niepozornym zyciu. Nie byl juz podobny do malego chlopczyka sprzed dziewieciu lat. Tamten protestowal, wyrywal sie, walczyl. Zacisniete wokol olowka palce obgryzionych paznokci.
- Juz! - powiedzial.
Podal mi kartke. Twarz ulozyla sie w wyczekujacy polusmiech. Nie patrzyl na mnie, gdy czytalam. Nie bylo tam zreszta wiele do czytania. Trzy krotkie zyczenia, wypisane niezdarnymi literami, z ktorych kazda byla nieco inna, kazda na swoj wlasny sposob wyrazala zyczenia chlopca.
Trzy zyczenia.
1. Miec rodzicow.
2. Miec dom.
3. Miec jedzenie.
- Dlaczego Billy?
Zastanawial sie.
- Bo - powiedzial odwaznie - jak dziecko nie ma rodzicow ani domu, ani jedzenia, to nie moze zyc!
Odwrocil sie, majstrowal cos przy zamku walizki. Uniosl glowe i na wpol zgarbiony przesunal sie wzdluz sciany w obronne miejsce - kat pokoju. Tam dopiero wyprostowal sie i spojrzal na mnie wyczekujaco.
- Zycie jest czasem trudne, Billy - powiedzialam - dla doroslych i dla dzieci.
- Tak, prosze pani - kiwnal glowa.
Spojrzal mi nagle prosto w oczy, otworzyl usta, jego chuda, trojkatna twarzyczka zadrzala.
- Billy! - wyciagnelam rece, podeszlam do niego. Cofnal sie. Odwrocil. Znow obojetny, nieco drwiacy polusmiech.
- Moze tam - westchnal - w nowym domu bede mial rower.
|