[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 30 stycznia 2004


GRAZYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Drzewo

Nadal zimno. Rtec w termometrze za oknem wydaje sie zaskoczona, ze wymagana jest od niej gimnastyka tak niskich sklonow. Od trzech tygodni czerwona kreska przy srebrnym slupku waha sie w poblizu -10, na dole szmaragdowej skali, ktora nie przewiduje, by temperatura schodzila wiele nizej. Meteorolodzy oglaszaja, ze ostatnio taki dlugi zimny ciag dni byl 10 lat temu. Co raz ostrzegaja przed sniezyca, choc dla mnie brzmi to raczej jak obietnica - wyciszonego miasta, szczesliwej dzieciarni na sankach lawirujacych wsrod bezlistnych drzew, ktore pracownicy parkowi otulili ochronna sloma zaraz po pierwszych mrozach.

Kiedy pisze te slowa, rozpoczyna sie pierwszy dzien ostatniego tygodnia pierwszego miesiaca nowego roku. Swit o 7:12 oferuje nam 9 godzin i 54 minuty swiatla. Zdumiewajace, rok dopiero co sie zaczal, a juz go 1/12 mniej. Az trzy razy w tym miesiacu oglaszal sie jako nowy, pelen obietnic.

Po raz pierwszy powitany tradycyjnym biegiem w Central Parku oraz kolorowa kula spuszczana na Times Square w nieprawdopodobnej obecnosci miliona ciekawskich widowiska. To oficjalny, globalny rok 2004, w ktorym liczymy nasze lata, bitwy przegrane i wygrane, ladowanie na Ksiezycu i na Marsie, nadzieje na wybory lepszego prezydenta. Po raz drugi nowy rok byl witany poklonem w cerkwi w nocy z 13 na 14. Prawoslawny, rozspiewany, natchniony wzruszeniami religii, ktora odradza sie i powoli odnajduje swoj prawie zapomniany splendor. I po raz trzeci: cyklem uroczystosci, ktore przez tydzien - paradami lwow i smokow w Chinatown, modlitwami w swiatyniach buddyjskich - witany byl Rok Malpy wedlug chinskiego kalendarza ksiezycowego.

4702 r., liczony od 61 roku panowania cesarza Huang Ti, rozpoczal sie 22 stycznia. Przypomina nam, ze europejska cywilizacja to uzurpatorski choc prezny mlodzik. Tak sobie mysle, co bylo procz puszcz i dzikiego zwierza na francuskich czy slowianskich pozniej ziemiach w 2637 r. przed Chrystusem, kiedy w Chinach ambitny wladca ustanawial nowy kalendarz. Dzielil go w cykle piec razy po 12 lat. Spisywal chronologie swego krolestwa. Kazdy rok zostal pozniej oddany pod opieke innemu zwierzeciu, ktore wedlug legendy przyszly na wezwanie Buddy pozegnac sie z nim, zanim odejdzie z Ziemi.

Jak by nie liczyc, czas uplywa szybko.

Swemu najnowszemu cyklowi wielkich, dynamicznych obrazow James Rosenquist nadal sugestywne tytuly, podkreslajac wspolny element wiru czasu: Autostopowicz - szybkosc swiatla (1999 r.), Pasazer na gape spoglada na szybkosc swiatla (2000 r.), Widz - szybkosc swiatla (2001 r.)… Imponujaca rozmachem retrospektywa jego obrazow w Guggenheim Museum nie podbila publicznosci. Krytycy wychwalali, ale tez bez entuzjazmu, raczej z obowiazku, ze tak nalezy. Chcial, nie chcial Rosenquist, wspoltworca pop-artu, jest jednym z artystow, ktorzy zadecydowali o kierunku sztuki w XX wieku.

Nie moge powiedziec, ze mi sie podobalo. Lecz nie moge uwolnic sie od apokaliptycznej wizji jego ostatnich obrazow. Wczesniejsze, latwo rozpoznawalne kolaze pop-artu, znane z wywrotowej wrecz odwagi, wygladaja teraz, mimo wszystko, prawie niewinnie, mlodzienczo optymistyczne. Sila Plywaka w eko-mgle, wir, w jaki nas wciaga oslepiajaca seria Szybkosci swiatla jest zdumiewajaca - jak zywiol natury, jak potega niezalezna juz od tworcy ani od odbioru przez widza. Jest tam protest i bezsilnosc wobec niszczycielskiego bezsensu cywilizacji konsumpcji. i gwaltu. A jednak bezsens, ktoremu nadano tak wyrazista forme nie jest juz bezsensem. Wielka sztuka. (Guggenheim, do 25 stycznia.)

Mniej apokaliptyczna, lecz takze przejmujaca wizje konfliktow i sprzecznosci dzisiejszego swiata przedstawia Shirin Neshat, artystka perskiego pochodzenia, znana ze skomplikowanych multimedialnych instalacji. Ogladalam pare lat temu jej zaskakujace taneczno-spiewne przedstawienie/film na watkach poematu Ptasi kongres poety-mistyka Fariduddina Attara. Teraz przygotowala fascynujacy 12-minutowy film wyswietlany na dwoch ekranach, gdzie przeciwstawiaja sie sobie obrazy kobiety wtulonej w pien drzewa i rozkrzyczanego tlumu, domagajacego sie czegos czy protestujacego przeciw czemus, halasliwy glos na pustyni. Tooba miesci sie gdzies pomiedzy dokumentem, wizualnym poematem a medytacja nad konfliktem miedzy kobieta i mezczyzna, jednostka i tlumem, koniecznoscia zachowania osobowosci a pragnieniem mistycznej unii. Tytul odnosi sie do swietego drzewa w Koranie, lecz przywoluje takze drzewo stworzenia swiata, drzewo plodnosci, drzewo-krzyz cierpienia, drzewo wiedzy. (Tooba, Asia Society, do 15 lutego).

Drzewa sa rowniez wazne w przedstawieniu A Midsummer Night's Dream, ktorym New York City Ballet ocieplal serca widzow w styczniu. Las pelen dziwow i niespodzianek pozostaje tutaj jednak niewidzialny - jak zwykle w baletach Balanchine'a, ktore domagaja sie, by wyobraznia dopelniala obrazy wyczarowywane przed naszymi oczami przez tancerzy. Sen nocy letniej byl pierwszym pelnowymiarowym baletem, jaki Balanchine stworzyl po zadomowieniu sie w Nowym Jorku. Powstala na podstawie wdziecznej komedii Szekspira, z muzyka Mendelssohna, sliczna basn-w-ruchu zaczarowala publicznosc w 1962 r. i nadal czaruje - pelna gracji, dobrego humoru i delikatnosci, swietnie tanczona przez zespol w dobrej formie, z Peterem Boalem - Oberonem, elegancka Kyra Nichols - Tytania i Adamem Hendricksonem - przekornym Pukiem. (New York State Theatre, 18 stycznia).

Za miedza Metropolitan Opera rozklada bogate pioropusze, zapowiadajac Salome Straussa, Rusalke Dvołaka oraz pelen krag Pierscienia Nibelunga. Wagnera. Na razie udalo mi sie odwiedzic nieszczesliwego karla Rigoletto i potwierdzic, ze mimo wszystko swiat trwa: krysztalowe zyrandole swieca imponujaco, czerwienie i blekity Chagalla znajduja sie na swoim miejscu, Juan Pons wspaniale wyspiewuje lamiace serce smutki do rozkolysanej muzyki Verdiego. (Metropolitan Opera, 9 stycznia).

Metropolitan zapowiada, ze w przyszlym sezonie sala pozostanie w styczniu ciemna, dla oszczednosci. Na szczescie zawsze nam pozostaje muzyka. Tak jak teraz, kiedy niezawodna New York Philharmonic pod batuta Kurta Masura podarowala nam wspaniale wykonanie I koncertu skrzypcowego op. 35 Karola Szymanowskiego. Kragly i raczej dostojnie statyczny Glenn Dicterow nie bardzo sie nadawal do wirtuozerskich popisow, ale i tak byla radosc sluchac delikatnych a bogatych wzlotow, arabesek, pachnacych slodko a tajemniczo lak tej muzyki. (Avery Fisher Hall, 10 stycznia).

A ponadto, coz, oto najgorsza lokalna wiadomosc stycznia: smierc Jodie Lane w East Village. Dreczy mnie bezosobowa przypadkowosc zatarcia konkretnej, jedynej egzystencji. Samo slowo "porazenie pradem" protestuje przeciw polaczeniu ze "spacer z psem". Jodie Lane wrocila do domu z biblioteki. Wziela na smycz swoje dwa psy. Mysle, ze ubrala sie starannie, czapka, rekawiczki, szykujac do rytualu wieczornego spaceru. Szla swojskim tropem, pewnie przystawala cierpliwie, gdy psy obwachiwaly kazde drzewko. Nieopodal domu, na Wschodniej 11 przy Avenue A psy nagle zaczely warczec, jeden obnazyl kly, pochylila sie, pewnie zaskoczona, i upadla, juz bez zycia, na metalowa plyte. Con Edison tlumaczy, ze druty zzera sol, ktora wysypuje sie chodniki, ze biorac pod uwage 140 tys. km podziemnych kabli i 250 tys. pokryw nie sposob wszystko absolutnie zabezpieczyc. Teraz zaczna sie procesy sadowe, kto za co i za ile winny. Jodie Lane nie ma.

A jakas pomyslna wiadomosc? Rozpoczal wreszcie jezdzic nadziemny pociag dowozacy podroznikow na lotnisko Kennedy'ego. Wprawdzie trasa rozpoczyna sie na dalekim Queensie, wiec trzeba z Manhattanu dojezdzac metrem, ale srebrzysty AirTrain za 5 dol. wiezie cie ponad ruchliwa szosa. Mozesz pomachac tloczacym sie ponizej samochodom, spogladajac beztrosko ku otwartemu horyzontowi. To znaczy, jesli ktos dzis jeszcze podrozuje beztrosko.

Podobno mrozy maja nadal trzymac. Przyjaciolka z Finlandii, doswiadczona dlugimi ciemnymi wieczorami, ostrzega, ze najgorzej jest wtedy siedziec samemu w domu. Wiec moja dobra, bezinteresowna rada dla Panstwa: otulcie sie w kilka cieplych warstw odziezy i omijajac metalowe tarcze na chodnikach, idzcie pobyc troche w odmiennych krajobrazach. W swiecie fascynujacych rysunkow Arshile'a Gorky'ego, zmierzajacych ku tajemniczej abstrakcji (The Whitney Museum, do 15 lutego). W kamiennym, zagubionym w pustyni miescie Petra (Museum of Natural History, do lipca). W "Architekturze Raju" Marie Sester, precyzyjnie szkicowanych planach miast-utopii (The Kitchen, do 31 stycznia). W basniowym krajobrazie Jeziora labedziego, wdzieczni, ze komus jeszcze sie chce cwiczyc godzinami, latami calymi, by pokonac slabosci ciala i stworzyc przed naszymi oczami iluzje swiata, gdzie nie obowiazuje sila ciezkosci, zmeczenie i goly pieniadz. (New York City Ballet, Lincoln Center, do 29 lutego).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail