Marek Kusiba
Zabka przez Atlantyk
Dinozaury
w skowronkach
Styczniowe wystepy krakowskich Skaldow utwierdzily mnie w chlopiecym przekonaniu o koniecznosci przeniesienia stolicy Polski z powrotem do Krakowa, wbrew temu, co spiewali Grzegorz Turnau i Andrzej Sikorowski: "Nie przenoscie nam stolicy do Krakowa". W dziecinstwie kierowal mym pragnieniem lokalny patriotyzm oraz dziadek Zenon, galicyjski szowinista. Warszawa kojarzyla mu sie nieznosnie z Wladyslawem Gomulka, ktorego przylapal kilkakrotnie w swoim sadzie na kradziezy jablek, i majac prawo skrocic meki doczesne malego Wladzia nigdy tego nie zrobil, czego mu pozniej wybaczyc nie mogly krosnienskie dewotki, z moja cnotliwa i wstydliwa babka Cecylia na czele.
Mnie w tym czasie zajmowaly sprawy wazniejsze niz przestepcza przeszlosc towarzysza Wieslawa. Byl rok 1965, radio nadawalo utwory Niebiesko-Czarnych, czasami trafiali sie Beatlesi, w telewizji szla Bonanza. Nic mnie na razie nie obchodzily szarze (bez)krytyczne Artura Sandauera, pouczajacego cenzure, jak byc skuteczna. Gdy zmarla Maria Dabrowska, tamtej wiosny nie wial wcale cieplejszy wiatr i wcale nam nie ubylo lat, a z nieba nie chcialy spadac nawet skowronki, leciala za to amerykanska stonka w dowolnych ilosciach. W pazdzierniku otwarto jednak w Warszawie Teatr Narodowy, odbudowany ze zniszczen wojennych, i moja antywarszawska fobia galicyjska stracila na impecie. Probowalismy zalozyc zespol Upiory, ale bardzo szybko przeszlo nam muzykowanie, gdy na Gieldzie Piosenki w Krakowie uslyszelismy utwor Moja czarownica nikomu jeszcze nieznanego zespolu Skaldowie.
Szczytem moich przezyc estetycznych stal sie wkrotce udzial w koncercie Skaldow; byl rok 1966 albo 1967. Wtedy to nabralem przekonania, ze gdyby Beatlesi urodzili sie w Zakopanem, a nie w Liverpoolu, nazywaliby sie Skaldowie. Byli zjawiskiem nieporownywalnym w polskiej muzyce mlodziezowej. Czeslaw Niemen, Ewa Demarczyk, Marek Grechuta i Anawa, Andrzej Zaucha i Dzamble czy Tadeusz Nalepa i Breakout tez byli samotnymi wyspami, ale w tym muzycznym archipelagu wyspa Skaldowie odznaczala sie wyrazna linia brzegowa (i muzyczna) bynajmniej nie z powodu islandzkiego pochodzenia nazwy zespolu. Bracia Zielinscy fascynowali kunsztem muzycznym i poetyckoscia swych piosenek, ktore znalismy na wyrywki, lepiej od hymnu i dekalogu.
Potem przyszly pierwsze dziewczyny, podrywane oczywiscie "na Skaldow". Blisko nieba staly Tatry, wydawalo nam sie, ze na dzien, na dwa, na trzy zmienimy wokol swiat, ale nikt z nas ni miol checi do roboty, ani rano ni wieczorem, i w ten sposob zostalismy magistrami humanistyki. A oni wybrali swoje powolanie, czyli granie. Skaldowie wiedli nas po rajskich ogrodach mlodosci i milosci, tlumaczyli, co w zyciu wazne i piekne, gdzie nalezy szukac inspiracji zamiast libacji oraz tak bardzo reglamentowanego wtedy sensu; zapewniali, ze zycie jest forma istnienia bialka, ze nie ma szatana, a swiat realny jest poznawalny.
Wyspiewywali nam po prostu nasze troski, marzenia i pragnienia. Nasze matki tez spaly na zelaznych lozkach i dawaly chleba ledwie po okruszku, bo w domach sie nie przelewalo. Nieco mnie tylko skonfundowal Andrzej Zielinski piosenka o tytule W kazdej babie siedzi diabel; na szczescie ukazala sie ona na jego amerykanskiej plycie, dlatego moglismy z moja Zielinska dalej ocalac przed synami mit naszej anielskiej mlodosci w latach kontestacji, gdy kobiety niczym Polska byly wierniejsze od marzenia, mialy ksiezyc we wlosach, a mezczyzni gotowi byli dla nich gonic w nieskonczonosc kroliczka oraz szukac tych swoich bab i tej swojej Polski na wszystkich dworcach swiata.
Wieczor na dworcu w Kansas City zastal nas z kilkunastoma krazkami Skaldow w walizkach i swiadomoscia, ze Andrzej Zielinski podzielil z nami los, zostajac w Ameryce. Na pewno latwiej nam bylo znosic dylematy codziennych wyborow pomiedzy swojska kielbasa i angielskim bekonem tudziez wyborowa i whisky - pod obecnosc w naszych domach przeslicznej wiolonczelistki. Nie wypadalo inaczej, jak wspierac polski przemysl spirytusowy i fonograficzny, majac po raz dwudziesty szosty marzenie, ze jutro odnajde ciebie, a moze i siebie. Diabel spod Krywania szeptal nam w ucho: uciekaj, uciekaj, bo cie wiatr dogoni, rwij z powrotem do Polski niczym kulig z kopyta, bo zostalo tam po tobie jedynie wspomnienie, ktorego zadni panowie nie musza szanowac, tym bardziej ze zbliza sie nasz fin de si¯cle.
Moj Mateusz I powiedzial po koncercie i spotkaniu ze Skaldami w Toronto, ze skoro dzieci Jacka Zielinskiego - Gabriela i Bogumil - dolaczyly do kapeli dinozaurow i ze chca z nimi grac i spiewac, swiadczy to dobitniej niz beben Budziaszka, ze ta muzyka sie nie zestarzala. To sila tych piosenek, a nie perswazja rodzicow, ktorzy w desperacji czasem wzdychaja - gdzie sa nasze swiaty, gdzie sa nasze kwiaty, gdzie jest nasza cisza, a tylko echo im odpowiada, bo mu za to placa. Zwroty z tych tekstow weszly juz dawno do potocznej polszczyzny. Niedawno natknalem sie na swoj wycinek z krakowskiego Studenta, gdzie w reportazu z Suwalk pisalem o kierowcy, ze jest w skowronkach. A byl to styczen 1977 r.
Skaldowie wydali w tamtym pamietnym roku longplay Szanujmy wspomnienia ze zdjeciem rodziny mlodego Lenina na okladce. Plyte wycofano ze sklepow i wrocila tam dopiero po przebraniu krazka w nowe szaty graficzne. Skaldowie nie bali sie wybrac trudniejszej drogi - poprzez goralskie wirsycki i klasyczne smyczki wprost od Bacha oraz poetyckie teksty Agnieszki Osieckiej, Ewy Lipskiej, Leszka Aleksandra Moczulskiego, Wojciecha Mlynarskiego czy Andrzeja Jastrzebca-Kozlowskiego. Byly to wybory poniekad naturalne, bracia Zielinscy pochodza ze zwiazku skrzypka i goralki (przy okazji przypominam o 135. rocznicy urodzin tworcy Wesela). Rodzice zadbali o ich muzyczne wyksztalcenie klasyczne. Wsrod ptakow, fanow i krytykow wielkie zrazu bylo poruszenie, z zespolu jedni odlecieli, a inni zostali, a Zielinscy stali na scenie i nie wiedzieli, czy przezyja, czy dotrwaja.
O. Marian Gil z Katolickiego Studia Mlodych powiedzial trafnie, ze Skaldowie sa skromni i pokorni, choc to legendarny zespol, niczym The Rolling Stones. W skali polskiej nie ma wiekszego i dluzej grajacego zespolu, chadzajacego na dodatek po tych samych "drozkach kalwaryjskich". Jacek Zielinski z Leszkiem Aleksandrem Moczulskim napisali pastoralke Moje Betlejem, a Jan Budziaszek oprawil ja medytacjami, tym razem nie wiejskiego listonosza, a perkusisty wolajacego o slonce nad swiatem, pokore i pokute: "Mysle, ze kiedy juz nie bedziemy zyli i kiedy niewielu ludzi bedzie pamietalo piosenke o kuligu, listonoszu, wiosnie czy przeslicznej wiolonczelistce, to w wielu kosciolach beda jeszcze ciagle spiewac: Do szopy, do szopy wszyscy,/ kto ogrzac pragnie rece/ Z darami, z darami, z darami/ By odtajalo serce.
Tak im dopomoz Bog - i Budziaszek.
|
|