PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (27 czerwca 2003)


MARCIN FABJANSKI

Dzieci
leniwej rewolucji (czesc II)

Rubiny i prostytutki

- Ten kraj zyje z chinskich pieniedzy - mowi U Hla Myat Aung. - Port w Yangonie jest tak naprawde chinskim oknem na Ocean Indyjski.

Chiny sasiaduja z Birma od polnocy. Stamtad plynie struga pieniedzy i wiezionego ciezarowkami towaru, w tym bron dla junty. Pierwszy duzy przystanek dla chinskich pieniedzy to Mandalay, 800-tysieczne, drugie co do wielkosci miasto Myanmaru. W centrum pna sie w niebo szklane hotele i wielkie domy towarowe, nad rzeka powstala w latach 90. dzielnica rozpusty - miejsce handlu rubinami, heroina i mlodymi prostytutkami, uprowadzonymi z plemion gorskich - ale dzis nie ma po niej sladu. Zamknal ja jeden rzadowy dekret.

50 lat temu Gustaw Herling-Grudzinski wyglosil wyklad w klasztorze u stop wzgorza w centrum miasta. Dzisiaj rozciaga sie z niego widok na wielkie i puste pole golfowe. Nie przyjezdza tu zbyt wielu bogatych turystow z Zachodu, a chinscy biznesmeni wola spedzac wolny czas w restauracjach. Tam specjalnie dla nich kelnerzy podaja nielegalne przysmaki ze zwierzat na wyginieciu: szczekajacego jelenia, niedzwiedzia, luskowca.

Posag siedzacego Buddy w pagodzie arakanskiej. Pisarzowi wydal sie wielka zlota ryba w akwarium*. Tutaj otwarcie sprzedawano fotografie przywodczyni opozycji Aung San Suu Kyi w czasie jej aresztu domowego po roku 1995. Dzisiaj nie ma po nich sladu. Ze zdjec na wielkich planszach patrzy za to twarz generala Than Shwe, przewodniczacego Rady Pokoju i Rozwoju, czlowieka zwanego numerem jeden. General kleczy przed oltarzem, idzie w procesji, klania sie mnichom.

- W telewizji widzisz tylko mnichow i zolnierzy. Mozliwe, ze hierarchia buddyjska i przywodcy junty dogadali sie ze soba - zastanawia sie U Minn Thu. - Ale junta nigdy nie skuma sie do konca z mnichami. Zwyklym mnichom zalezy na tym, zeby ludzie mieli co jesc. Bo kiedy ludzie gloduja, mnisi gloduja takze. A rzady junty oznaczaja glod.

Wladza jeszcze bardziej niz wyglodnialych wiesniakow i studentow boi sie utraty dobrej karmy. To dzieki niej rzadza. Trzeba miec swietna karme, zeby przeprowadzic przewrot i kpic sobie przez lata z 40 milionow ludzi.

- Kazda karma kiedys sie konczy. Junta wie, ze igra z uczuciami ludzkimi i zbiera zla karme. Oficerowie chca oszukac przeznaczenie. Nie zaluja pieniedzy na astrologow, ktorzy mowia im, jak uniknac pulapek karmy - opowiada buddyjski mnich z Zachodu, ktory od lat medytuje w klasztorach Birmy (nie chce podac nazwiska, zeby nie stracic wizy).

Dla astrologa i pisarza Mentilki strach junty jest gwarancja udanego biznesu. Gruby, dlugowlosy mezczyzna z kolczykiem w uchu codziennie przyjmuje w swoim centrum (godzine jazdy na polnoc z Yangonu) setki ludzi gotowych wydac ostatnie grosze za przepowiednie. Wysocy oficerowie tez tu bywaja, ale dyskretnie. Mentilka nie musi sie martwic o koncesje na przedluzenie dzialalnosci osrodka.

- Jestem skuteczny. Ustalam przyszlosc na podstawie dokladnego czasu urodzenia, ale rowniez intuicyjnej wiedzy, ktora uzyskuje koncentrujac sie na twarzy klienta - opowiada i patrzy na mnie przenikliwymi oczyma.

Mentilka zarabia pieniadze na pisaniu kryminalow. W ostatnim detektyw szuka przez 300 stron ciala, ktore jest dowodem morderstwa. Zrezygnowany zapala swieczke w pagodzie Szwedagon, w intencji jego znalezienia. Splywajacy wosk odslania palec ofiary. Birmanskich czytelnikow takie pomysly biora - ksiazki rozchodza sie jak cieple buleczki. Mentilka przepowiada nie po to, zeby sie dorobic, ale dla slawy. Po jego centrum chodza mlodziency - mniejsze wersje Mentilki z kolczykami w uszach i papierosami w zebach, w firmowych, czarno-czerwonych strojach jego kultu.

Na wysokim zydlu

Wasaci bracia rozsmieszaja zgodnie z rodzinna tradycja, w tej samej szopie w Mandalay, w ktorej rozsmieszal ich ojciec i dziadek. Ale wbrew tradycji trafiaja do wiezien.

7 stycznia 1996 r. dwaj bracia Par Par Laya i Lu Zaw z reszta trupy pojechali do Yangonu dac wystep na wiecu opozycyjnej Narodowej Ligi Demokracji (trzeci brat Lu Maw byl chory, wiec zostal w domu). Zaprosila ich sama Aung San Suu Kyi, najslynniejsza opozycjonistka swiata, laureatka Nagrody Nobla. Powiedzieli o jeden dowcip za duzo - "Dawniej zlodziei nazywano zlodziejami, teraz pracownikami panstwowymi" - i do domu nie wrocili. Kaseta wideo z ich wystepu natychmiast stala sie najwiekszym przebojem drugiego obiegu.

Prosto ze sceny tajniacy wszystkich zabrali na przesluchania. Trzymali na waskich, za to wysokich zydlach (wiezniowie nie siegali stopami podlogi), nie dawali spac. Swiatlo w oczy, kregoslup ma byc prosty albo na plecach laduje bat. Darmowa lekcja akupresury - specjalisci od bicia wiedza, gdzie boli. Bracia nigdy nie zapomna, gdzie mieszcza sie pewne dwa punkty za uszami. Po dwoch tygodniach policjanci wyslali ich do kamieniolomow w Myitkyina, reszte trupy zwolnili.

- Tam jest wiecej niz tysiac wiezniow, nie ma tygodnia, zeby ktos nie umarl z chorob albo wyczerpania - opowiada Lu Zaw. - Najgorsza holota, seryjni mordercy i my dwaj: polityczni.

Siedzieli piec lat. Dzisiaj sie z tego smieja na scenie: Lu Maw (ten, ktory nie pojechal na wiec do Yangonu): - Wiecie co? Moich starszych braci KGB wsadzilo na piec lat do kamieniolomow. Super, zostalem szefem.

15 lipca roku 2001 po poludniu Par Par Laya i Lu Zaw wrocili do domu, a wieczorem na scene. Na ulicy, przed szopa stal tlum tajniakow, pieciu weszlo do srodka.

- Ci sami kolesie z KGB, co zawsze, tyle ze z lepszymi kamerami niz piec lat wczesniej. Jak ich zobaczylem, poczulem sie jak w domu - opowiada Lu Zaw.

Po przedstawieniu podeszli do tajniakow z kapeluszem. Lu Maw: - Kazdy z nich wrzucil po tysiac kyatow, tyle samo, co turysci z Zachodu.

Tajniacy przychodzili przez 11 kolejnych wieczorow. Straszyli: - Jeszcze jeden wystep i zalatwimy wam wczasy rodzinne w kamieniolomach, z zonami i dziecmi.

Ale junta nie odwazyla sie juz aresztowac zadnego z wasatych braci.

Lu Maw wie dlaczego: - Nas ogladaja turysci z Zachodu, i to nie byle jacy - brytyjscy komicy oraz aktorzy z Hollywoodu.

Alergia na duchy

Moulmein nad rzeka Salween, trzysta kilometrow na poludnie od Yangonu. Herling-Grudzinski dawal tu wyklad w kinie. Miasto wciaz wyglada tak, jak je opisal:

Otoczone fioletowymi wzgorzami i pociete licznymi zalewami Salween, robi wrazenie delikatnej akwareli z ledwie zaznaczonymi plamkami plam wodnych i nieruchomych czapli nad brzegami rzeki, z bladorozowymi scianami domow, blekitem nieba odbitym w czystej tafli wody, zlotem pagod, ostra biela dwoch blizniaczych kopul meczetu i szara wiezyczka misji sw. Patryka.

Do Moulmein wiezie mnie wynajety w Yangonie kierowca (trzy dolary za dzien plus benzyna i hotel). Typ zachodni. Tradycyjnej spodnicy longyi - ktora w Birmie nosza tez mezczyzni - nie zalozy za nic. Woli dzinsy, ciemne okulary i kamizelke w panterke. Zamiast betelu zuje gume, a wyprzedzajac ciezarowke, ktora nie chce nas przepuscic, pokazuje przez okno dlon ze srodkowym palcem wzniesionym fachowo do gory.

Do klasztoru Pa Auk pod miastem, gdzie postanowilem zanocowac, docieramy poznym popoludniem. Tu wychodzi z niego Birmanczyk. Im bardziej gestnieje mrok, tym bardziej twarz kierowcy blednie. Przestepuje z nogi na noge, rozglada sie wokol. W koncu szepcze cos przejety do ucha mnicha, z ktorym rozmawiam.

- On musi jechac do hotelu - tlumaczy na angielski mnich. - Boi sie duchow - dorzuca ze zrozumieniem, jakby mowil "ma alergie na koty". Na terenie klasztoru sa dwa cmentarze.

Gustaw Herling-Grudzinski dolecial tu samolotem (teraz nie ma w Moulmein lotniska). Samochodem moglby nie dotrzec. Karenscy powstancy okopali sie 20 mil od miasta. Pisarza zafascynowali Kareni, bardziej jeszcze niz birmanscy komunisci.

...w wyniku burmenskich walk o niepodleglosc przeciw Anglikom i Japonczykom Karenowie awansowali nagle we wlasnej swiadomosci z rangi szczepu do rangi narodu. Tak przynajmniej twierdza obroncy powstania Karenow. Jego przeciwnicy sa znacznie bardziej powsciagliwi i dowodza, ze wlasnie brak okreslonej swiadomosci politycznej i narodowej Karenow komplikuje cale zagadnienie. Awans Karenow ze szczepu na narod zaczal sie, ich zdaniem, z przybyciem do Burmy protestanckich misjonarzy amerykanskich, ktorzy wsrod Karenow znalezli najpodatniejszy material do walki z buddyzmem i blisko trzecia ich czesc nawrocili na chrzescijanstwo. Czy powierzchowny i czesto bardzo prymitywny neofityzm religijny mozna uwazac za narodziny swiadomosci narodowej?

Pisarz nie odpowiada na to pytanie. Odpowie na nie historia - dzisiaj chrzescijanscy Kareni masowo wracaja do buddyzmu.

Komunisci stracili poparcie chlopow - wojska rzadowe przez lata rozbijaly i likwidowaly ich oddzialy. Ostatnie poddaly sie w latach 90. Problem partyzantki Karenow rozwiazal za rzad birmanski - 42 lata po wizycie polskiego pisarza - pewien buddyjski mnich: Myaing-gye Ngu.

Wszystko przez artretyzm. Ngu juz w mlodosci stracil prawie zupelnie czucie w nogach. W roku 1972 poczul, ze zbliza sie smierc. Porzucil klasztor w Moulmein dla samotnych medytacji w gestych dzunglach Myaing-gye.

Ale nieprzebyte lasy podobaly sie rowniez karenskim partyzantom. Tutaj mogli ukryc sie przed rezimem rzadowym i walczyc o niepodlegle panstwo. Tutaj - wsrod prastarych drzew, wapiennych skal strzelajacych setkami metrow w niebo i pokrytych mgla strumieni - wprowadzili swoj wlasny rezim: okoliczni wiesniacy musieli meldowac o zmianie miejsca, przenosic bron, karmic partyzantow, oddawac synow do poboru.

Myaing-gye Ngu medytowal, nawolywal do porzucenia miesa i naprawial starozytne stupy buddyjskie porzucone przez miejscowych setki lat temu dla kultu duchow zwanych Natami. Nie przerwal ceremonii swiecenia stupy na oswietlonej pochodniami polanie nawet w czasie nocnego nalotu rzadowego lotnictwa, ktore wzielo jego ludzi za partyzantow. Bomby cudownie spadaly obok. Do Ngu zaczely plynac pieniadze - na odnawianie kolejnych stup, budowe buddyjskich szkol i klasztorow.

Tego bylo za duzo dla chrzescijanskich przywodcow Narodowego Zwiazku Karenow (Karen National Union - KNU) - mnich drenowal z kieszeni wiesniakow pieniadze potrzebne na powstanie. W roku 1992 Ngu wezwal na rozmowe sam naczelnik partyzantow Bo Mya.

- Od dwudziestu lat budujesz stupy, zeby byl pokoj na tych ziemiach. I gdzie on jest? - zapytal.

- Od czterdziestu lat walczysz o pokoj na tej ziemi i gdzie on jest? - odpowiedzial pytaniem mnich.

- Otrzymalem informacje, ze wegetarianie chca zniszczyc KNU. Lepiej tego nie probujcie - ostrzegl Bo Mya i zaraz wydal edykt: "Wszyscy czlonkowie organizacji wegetarian sa wcieleni do sluzby w partyzantce. Maja sluzyc jako tragarze".

Ngu odpowiedzial, ze sie zgadza, pod warunkiem ze nie beda musieli nosic alkoholu, miesa i ryb.

Tego bylo dla Bo Mya za wiele. - Wegetarianie chca wytepic chrzescijan. A ten mnich to szpieg rzadowy - oglosil.

Szpiegow nalezy likwidowac. Porucznik Daing, osobisty asystent dowodcy pierwszej brygady, nadawal sie najlepiej do takiego zadania. Ale porucznika poniosly nerwy. Zanim dotarl do Ngu, wdal sie ze swoimi ludzmi w strzelanine z oddzialem buddyjskich Karenow, ktorzy odlaczyli sie od KNU, zeby chronic mnicha. Buddysci wzieli chrzescijan do niewoli. W kieszeniach Dainga znalezli liste celow - 18 buddyjskich przywodcow, matke Ngu i jego samego.

Robote Dainga probowala dokonczyc jego zona. Wyprosila rozmowe z Ngu. Ale buddyjscy partyzanci znalezli przy niej dwa granaty. Inny chrzescijanski bojownik Saw Pi chcial zastrzelic mnicha z ukrycia. Jego karabin AK-47 sie zacial. Uznal, ze to znak z nieba i oddal sie dobrowolnie w rece wegetarian.

Proby zamordowania Ngu byly poczatkiem konca karenskiej partyzantki. Buddyjskie oddzialy zbuntowaly sie i stanely po stronie rzadu. KNU nie podniosla sie nigdy po rozlamie. Wojska rzadowe wyparly partyzantow z wiekszosci terenu stanu Karenow. Dzisiaj niedobitki tkwia w dzungli niedaleko granicy z Tajlandia bez nadziei na skuteczna kontrofensywe. Inni powstancy plemienni - Monowie i Szanowie tez kontroluja tylko swoje terytoria w dzungli i nie wchodza na tereny rzadowe. Tylko od czasu do czasu, zeby o nich nie zapomniano wysadza w powietrze tory kolejowe Yangon-Mandalay.

Dokonczenie za tydzien

--------------------------

* Fragmenty kursywa pochodza z ksiazki Herlinga-Grudzinskiego Podroz do Burmy (Wydawnictwo Literackie). Ponadto cytowalem z przewodnika Myanmar.Burma (Lonely Planet Publications).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail