[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (27 czerwca 2003)


GRAZYNA DRABIK

Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)

Henrik Ibsen, Ghosts. Rezyseria: Ingmar Bergman, scenografia: Göran Waaberg, kostiumy: Anna Bergman, oswietlenie: Pierre Leveau. Wystepuja: Pernilla August (Mrs. Helene Alving), Angela Kovacs (Regine Engstrand), Jan Malmsjö (Pastor Manders), Jonas Malmsjö (Osvald Alving) i Jacob Engstrand (Örjan Ramberg). Krolewski Teatr Dramatyczny ze Szwecji, przedstawienia 10-14 czerwca w Brooklyn Academy of Music.

Ajschylos, The Persians w tlumaczeniu Ellen McLaghlin. Rezyseria: Ethan McSweeny, scenografia: James Noone, kostiumy: Jess Goldstein, oswietlenie: Kevin Admas, muzyka i dzwiek: Michael Roth. Z udzialem: Brennan Brown (Herald), Len Cariou (Darius), Roberta Maxwell (Attosa), Michael Stuhlbarg (Xerxes) oraz Jon DeVries, Ed Dixon, Herb Foster, Michael Potts, Henry Stram, Henry Strozier, Charles Turner (Counsellers). National Actors Theatre, przedstawienia 10-29 czerwca w Michael Schimmel Center for the Arts at Pace University, Spruce St, miedzy Park Row i Gold St., dolny Manhattan.

Znajdujemy sie w solidnie zamoznym salonie, gdzie eleganckie meble, tapety, pluszowe zaslony komponuja dostojna, ciemnozielona calosc. Duzy, owalny stol, pare pozlacanych krzesel. Wygodna kanapa i fotel w tym samym odcieniu oceanicznej glebi. Staroswiecki stojacy zegar wylicza rowno minuty. Odsloniete okno wznosi sie wysoko, pod sufit. Za oknem galezie bezlistnego drzewa, przejrzysta szarosc jesiennego dnia.

Wsrod wznioslych zielonosci sylwetka samotnej kobiety stanowi zaledwie drobny akcent, lecz jej suknia w kolorze burgunda przyciaga oko. Stoi nieruchoma, jakby wsluchujac sie w nieublaganie uplywajacy czas czy czyjes dalekie nawolywanie.

Jest cicho, bardzo cicho. Slychac tylko pojedyncze dzwieki fortepianu, jak krople deszczu. Kobieta obraca sie powoli, wodzi okiem wokol siebie, patrzac i nie patrzac, zasluchana w wewnetrzne glosy. Pani domu po gospodarsku oceniajaca swe wygodne krolestwo. Wiezien zamkniety w celi. Czlowiek uwiklany w nierozerwalny supel losu.

W pierwszych paru minutach przedstawienia, jeszcze bez slowa, sama obecnoscia na scenie wspaniala, magnetyczna Pernilla August potrafi to wszystko zasugerowac - przechyleniem glowy, milosnym gestem, z jakim bierze ksiazke do reki, zadowoleniem polaczonym ze znuzeniem, z jakim siada w fotelu. Potem, z rozwinieciem watkow sztuki, buduje postac o nadzwyczajnej glebi psychologicznej.

Oto Helene Alving, bogata wdowa, szanowana, piekna. Glodna zycia. Na skraju triumfalnego uwienczenia lat samozaparcia i pracy. Na jutro przyszykowane jest uroczyste otwarcie sierocinca, dla ogolnego dobra i uczczenia pamieci zmarlego meza. Dzis przyjezdza pastor Manders, doradca i wspolnik w dobroczynnym przedsiewzieciu, bardzo oczekiwany, bo nie widziala sie z nim od lat, mimo ze kiedys laczyly ich bliskie wiezy. Wczoraj powrocil do domu z wielkiego swiata ukochany syn Osvald, po pierwszych sukcesach w Paryzu jako mlody malarz.

Jutro bedzie jednak zupelnie inne od spodziewanych triumfow. W ciagu paru godzin, w kilku dramatycznych konfrontacjach - miedzy Helene a pastorem; Helene a jej wychowanica Regina, w dwuznacznej pozycji sluzacej i czlonka rodziny; Regina a jej oficjalnym ojcem, Jacobem Engstrandem, pracowitym stolarzem, pijakiem i klamca; Engstrandem a pastorem... - rozsypie sie swiat Helene. Taki, jaki sobie pieczolowicie skonstruowala. Taki, jaki ja - i nas - otacza. Swiat oparty na pozorach, pelen hipokryzji i falszu, bardziej zainteresowany w podtrzymywaniu status quo klamstw niz konfrontacji z prawda.

We wspanialej, mocno stylizowanej oprawie Görana Wassberga, Anny Bergman i Pierre'a Leveau, z zespolem aktorow, ktorzy graja jak natchnieni, Ingmar Bergman komponuje sonate bogata w melodie, gdzie kolory, swiatla i cienie graja kluczowa role, a glosy i gesty aktorow sa jak nuty na pieciolinii.

Realia sztuki nie szokuja dzisiaj tak, jak w XIX wieku, kiedy Upiory byly zakazane we wszystkich miastach Europy. Nie stanowia juz tabu tematy zdrady malzenskiej, niszczacego alkoholizmu, gwaltow w rodzinie, chorob wenerycznych, chciwosci, bigoterii, hipokryzji. Lecz glebsza wymowa sztuki Ibsena jest podwojona adaptacja Bergmana. Zbudowal przedstawienie na miare greckiej tragedii.

Tytulowe upiory sa niewidzialne i okrutne. Szepcza w nas zla pamiecia, otaczaja halasem "opinii publicznej". Uwiklani jestesmy, chocby ze szlachetnych powodow, w klamstwa - drobne i wielkie. Poddajemy sie presji spolecznej. Podtrzymujac fasade "porzadnego zycia" czy "zgodnego malzenstwa" tam, gdzie naprawde saczy sie jad zdrad i upokorzen, negujemy to, co w nas najcenniejsze. Zagluszamy sumienie. Gubimy sciezke prawdziwego dobra. Zatracamy zdolnosc milosci. Toczy nas rak strachu.

Helene Alving poddala sie wymogom brutalnego meza, perswazjom duchowego doradcy, obowiazujacym konwenansom spolecznym. Najpierw zbyt mloda i nieswiadoma, zeby umiec sie im przeciwstawic, pozniej zbyt zakorzeniona w rutynie i wzglednej wygodzie. Ofiara klamstwa, sama jednak jest zdolnym, wyrachowanym manipulatorem, gotowa tak klamac, jak obnazyc prawde, gdy jej to pasuje.

Jest ofiara losu i swego losu aktywnym tworca. Pozostanie w kregu okrutnej samotnosci, ktora los jej wyznaczyl, lecz ktora takze sama sobie stworzyla. Nie ma innych upiorow - dopowiada Bergman - niz my sami.

*

Typowym zbiegiem okolicznosci (jak nie ma, to nie ma, jak jest, to leje), kiedy Upiory szeptaly w Brooklynie, w teatrzyku off-off na zachodniej stronie Manhattanu mozna bylo obejrzec rzadko wystawiany dramat Ibsena Little Eyolf. Ogladalam te sztuke na scenie po raz pierwszy. Przedstawienie przygotowane przez Epic Theatre Center bylo solidne. Zespol aktorski pod kierunkiem Rona Russella zgrany (szczegolnie dobrze wypadla Melissa Friedman jako Asta i Teri Lamm jako Rita). W sumie jednak potwierdzila sie slusznosc unikania inscenizacji tego dramatu.

Rzecz jest o ulomnym dziecku, ktorego smierc przez utoniecie dramatycznie przemienia uklady rodzinne. Tak jak jego kalectwo, rezultat upadku kilka lat wczesniej (zawinionego czy niezawinionego przez nieuwage rodzicow?), smierc Eyolfa (dobrze w tej trudnej roli wypadl mlodziutki Michael Reid) ma wielopoziomowe znaczenie dla pozostalych osob. Obarcza brzemieniem winy. Ciazy jak klatwa. Jednoczesnie staje sie katalizatorem nowych decyzji, otwiera mozliwosc wewnetrznej przemiany.

Ta pozna, starsza o ponad 10 lat od Upiorow sztuka Ibsena jest niezgrabna hybryda, gdzie sprzeczne elementy kloca sie o nasza uwage. Postacie nie sa wystarczajaco zywo zarysowane. Dlugie, filozofujace kwestie nuza raczej, niz zaciekawiaja. Poezja z trudem przedziera sie przez realistyczne watki i nadmiar detali. Rzecz jest cenna przede wszystkim jako wyznacznik nastepnego kroku Ibsena - w kierunku poetyckiego symbolizmu, w poszukiwaniu glebszych prawd duchowych w obliczu naszej smiertelnosci. (Przedstawienia 29 maja - 22 czerwca, Theatre 3, 311 W. 43 St.)

*

Zabraklo tez poetyckiej sily nowej sztuce Jeremy Dobrisha Eight Days (Backwards). Niby wszystko tu w porzadku. Atrakcyjny zespol aktorow, m.in. swietny Bill Buell i wszechstronna Randy Danson. Mark Wendland i Michael Krass paroma rekwizytami i detalami kostiumow przekonujaco wyznaczaja zmieniajaca sie scenerie: restauracja gdzies na Manhattanie, sypialnia zamoznego domu, bar, lotnisko, pokoj wrozki... Doswiadczony rezyser Mark Brokaw sprawnie nadaje ciaglosc luzno nanizanym, oddzielnym epizodom.

Mimo solidnego rzemiosla rzecz wypada mizernie, bo tematyka - nieporozumienia i zdrady rodzinne, mlodziencze poszukiwania partnera - jest wyrazona jezykiem mialkim i monotonnie prozaicznym. W trakcie przedstawienia szczegoly przyciagaja uwage, glownie ze wzgledu na dobra gre aktorow. Smiejesz sie nawet od czasu do czasu. Lecz po zakonczeniu nic w tobie nie pozostaje poza smetna mgielka rozczarowania. (Przedstawienia do 5 lipca, Vineyard Theater, 108 E. 15 St., przy Union Square.)

*

Poezja natomiast gromko i pieknie rozbrzmiewa w czasie przedstawienia The Persians, imponujaco prosto a sprawnie przygotowanego przez National Actors Theatre. Najstarsza z zachowanych tragedii greckich, sztuka Ajschylosa z 472 r. przed Chrystusem, jest jak gdyby pramatka teatru europejskiego. Przenosi nas do miasta Suza w Persji, w czasie brutalnego konfliktu z Grekami, broniacymi sie pod przewodnictwem Aten, rodzinnego miasta Ajschylosa, przed inwazja Persow.

Znajdujemy sie na dworze krolowej Attosy, wdowy po Dariuszu i matce Kserksesa, niefortunnego przywodcy wojsk perskich. Przyswiadczamy konfuzji i rozpaczy Persow po historycznej klesce na polach pod Salamina. Obserwujemy z fascynacja oszczedny ruch na rozleglej scenie wysypanej czerwonym piaskiem. Sluchamy rytmicznych recytacji Attosy (swietna Roberta Maxwell), dramatycznych kwestii gonca (Brennan Brown) przywolujacego sceny okrutnej porazki, glosnych protestow a potem pokornego korzenia sie Kserksesa (Michael Stuhlbarg).

I nie wiadomo, co bardziej podziwiac: wyobraznie greckiego poety, ktory odtwarza sytuacje na obcym mu, perskim dworze. Zdolnosc wspolczucia dla wroga przez czlowieka, ktory sam bral udzial w tej bitwie po przeciwnej stronie. Aktorow, ktorzy potrafia nadac nowe zycie tym prastarym slowom. Nas, wsluchanych nie w triumfalne hymny, lecz elegie wyspiewywana przez zwyciezcow dla pokonanych. Oto wielka poezja.

*

I jeszcze dwie dobre wiadomosci, o przeciwstawnym znaku. Wobec braku jakiegokolwiek wyroznienia, na ktore mocno liczyli w orgii nagrod przyznawanych wiosna (Outer Circle, Obie, Drama Desk, Tony), producenci spuscili kurtyne na beznadziejne wyglupianie sie pary angielskich komikow - Seana Foleya i Hamisha McColla - w wodewilu The Play What I Wrote. Ich obecnosc na Broadwayu wynikala, sadze, z czyjes szybkiej kalkulacji: tanie, glupie, z brytyjskim akcentem, popularne w Londynie, ech, przyciagnie i tu szeroka publike.

Dodajmy do tego czysto reklamowy chwyt: Tajemniczy Gosc, kazdego wieczoru inny, ktorys z gwiazdorow czy gwiazdorkow, co godzil sie wystapic w jednym ze skeczy. Ogladalam Rogera Moore'a i patrzylam z zazenowaniem, jak przebrany w niby-dworska suknie z krynolina, recytujac durne kwestie, pozwalajac sie popychac tu i tam, niby "bawil sie swietnie". Nie cenilam go szczegolnie jako aktora, ale swoja godnosc i miejsce mial, wiec zal mi bylo serdecznie, ze wystawial sie teraz na posmiewisko.

Druga zas dobra wiesc to fakt, ze przedluzona zostala szansa zobaczenia odmiennej sztuki (recenzowanej wczesniej) Our Lady of 121st Street Stephena Adly Guirgisa. Wobec pozytywnej oceny krytykow (lacznie z wyzej podpisana) oraz wypelniajacej sie ciagle sali, przedstawienia beda kontynuowane do 27 lipca.

Jest to jedna z tych slodko-gorzkich komedii, gdzie smiejemy sie glosno z antybohaterskich postaci, bo i jest z czego sie smiac, a jednoczesnie w sercu narasta smetek i wspolczucie dla ich indywidualnych i zbiorowych nieumiejetnosci. Sam pomysl Guirgisa jest zaskakujacy: umieszcza akcje w zakladzie pogrzebowym w Harlemie, wokol trumny ukochanej przez wszystkich zakonnicy natchnionej do czynienia dobra w najbardziej niesprzyjajacych okolicznosciach. Lecz podobal mi sie przede wszystkim ton sztuki: ton sympatii i zrozumienia dla grona przeroznych nieudacznikow, bez paternalistycznego poklepywania po ramieniu i bez czynienia z nich nieskalanych ofiar losu. (Union Square Theater, 100 E. 17 St.)

 

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail