GRAZYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Dzien
Blooma
Dziwne rzeczy nas dziwia. Na przyklad, ze deszcz pada, choc to przeciez jego deszczowe prawo. Po wielu latach wyjatkowej posuchy i martwienia sie, ze zapasy w zbiornikach sa ponizej wlasciwego poziomu, narzekamy, ze za duzo wody.
Dziwia (czytaj: zloszcza) zlosliwe dziury w jezdni, zbyt powolne naprawy, klaksony taksowek.
Dziwi (czytaj: cieszy), ze Polska znowu jest w Europie (prawie), ale scislej mowiac, teraz, po pomyslnych wynikach referendum, dziwi nas raczej nasz uprzedni niepokoj, ze w ogole jakis inny wynik moglismy brac pod uwage.
Nieskonczenie zdumiewa (zwykle martwi, czasem pociesza), ze czas tak szybko plynie, do tego jeszcze jakby ciagle przyspieszajac swoje uplywanie. Juz pozostalo tylko pol roku 2003! Juz nadchodzi letnie przesilenie. Znowu w katedrze St. John the Divine odbeda sie 21 czerwca, w najdluzszy dzien roku, doroczne muzyczno-spiewne misteria pod egida Paula Wintera.
W ten sam wieczor, kiedy przenikliwy dzwiek saksofonu Wintera wytycza szlak irlandzkim fujarkom i piosenkarce z Tunezji, New York Philharmonic zamyka 160. sezon Symfonia Zmartwychwstania Mahlera. Bedzie to prawdopodobnie ostatni koncert Filharmonii w Avery Fisher Hall, bo jesienia powraca do swej starej siedziby, Carnegie Hall.
A my wracamy do watku zdziwien, ktory dzisiejszym Rytmom rytm nadaje. Wiec dziwia nas korki na wjezdzie na most. Tlok w metrze. Snieg w zimie. (Ilesmy gadali, ze styczen byl nieprzyjaznie chlodny, i luty, i marzec, a niby kiedy ma byc zimno, by nas nie dziwilo? Zaraz bedziemy narzekac, ze zbyt upalnie i parno).
Ceny biletow nas denerwuja: 55 dol. za bilet na koncert. Co najmniej 80 za niezle miejsce w teatrze na Broadwayu. 45 na przedstawienie w off-broadwayowskiej sali. 12 za wstep do muzeum. 10 do kina. 60, by wejsc do namiotu cyrku... Ceny sa za wysokie, lecz tak bylo "od zawsze".
Zwykle zadziwia, a niezwykle przyjmujemy jako naturalne. Na Lincoln Center Festival zjada sie latem zespoly z czterech stron swiata. Jedziemy do Brooklyn Academy of Music, by cieszyc sie magicznymi wystepami kilkudziesiecioosobowego zespolu prosto z Paryza, albo na przedstawienie Krolewskiego Teatru ze Sztokholmu, wcale nie myslac, ze to cos nadzwyczajnego. Wokol nas - i w nas - bogactwa. Male cuda biesiad kultury. Wielkie cuda przekraczania granic przestrzeni i czasu. Katedry przezyc budowane z pajeczych nitek.
Znowu przyjechal do Nowego Jorku zespol Les Arts Florissants Williama Christie, z baletem i orkiestra Narodowej Opery paryskiej. Christie to Amerykanin, ktory od 1971 r. mieszka we Francji. W 1979 r. tworzy zespol mlodych spiewakow, zaraza swoim entuzjazmem do barokowej muzyki. Systematycznie odswieza i rozpowszechnia muzyke Lully'ego, Charpentiera, Purcella. Jego Powrot Ulissesa do ojczyzny w zeszlym roku, w ramach festiwalu Monteverdiego, byl rewelacyjny i przepiekny.
Tym razem Christie przywiozl odnaleziona niedawno opere Jeana-Philippe'a Rameau Les Boréades. To skomplikowana historia o klopotach w krainie Baktria, gdzie scieraja sie sily Natury, reprezentowane przez Boreasza, boga polnocnych wiatrow (imponujacy baryton Laurent Naouri), z tesknotami serca krolowej Alphise (piekna glosowo i przekonujaca w grze Anna Maria Panzarella). Recytacje opowiadaja o trudnych wyborach, jakie Alphise, odpowiedzialna za spokoj w krolestwie, musi dokonac miedzy obowiazkiem a miloscia dla Abarisa (tenor Paul Agnew, ktory ladnie spiewal, tylko strasznie sztywno sie poruszal), mlodzienca nieznanego pochodzenia, wychowywanego w swiatyni Apolla. Zwycieza milosc, z blogoslawienstwem Apolla, laczac kochankow i lagodzac zmienny temperament groznego Boreasza.
A muzyka nas czaruje, maluje kolory ukwieconej laki, grozi zawierucha, przywoluje skutecznie wszystkie odcienie niepogody, rozswietla ciemnosc promieniem swiatla. Chor Les Arts Florrisants imponuje pelnia glosow, do tego prezentuje sie powabnie i zgrabnie. Na szczescie, bo spiewacy musza nie tylko wykazywac sie zgodnym dzwiekiem, ale skapo ubrani tanczyc i biegac po scenie. Sila inscenizacji jest takze pieknie stylizowana, rozrzutnie bogata oprawa wizualna Michaela Levine'a, Petera van Praeta i Roberta Carsena. Wyjatkowo nieudana zas jest choreografia Edouarda Locka, denerwujaca przyspieszonym rytmem i mechaniczna monotonia.
Jako przeciwwage nudnych zabaw Locka warto wyroznic ostatnie tance pokazane przez Douga Varone w Symphony Space, na poczatku czerwca. Bylo to wlasciwie wydarzenie taneczno-muzyczne, bliska praca choreografa z kompozytorem. Steve Reich skomponowal Of the Earth Far Below na zamowienie Varone'a, a The String Quartet of the Steve Reich Ensemble byl swietnym partnerem tancerzy. Muzycy ustawieni na scenie po czesci stanowili tlo, po czesci jakby nadawali tancerzom zycie; fale dzwiekow i gestow jednoczyly sie we wspolnym, intensywnym rytmie.
Varone jest znany z emocjonalnego ladunku, jaki potrafi przekazac przez zdyscyplinowany ruch. Pod tym wzgledem szczegolnie ciekawy i wzruszajacy byl Distance w wykonaniu samego choreografa i Larry Hahna, do przenikliwych dzwiekow skrzypiec Elizabeth Lim-Dutton. Hahn opuszcza zespol po pietnastu latach intensywnej wspolpracy, by oddac sie pelniej swej drugiej pasji - stolarstwu. W tym ukladzie zauwazalo sie przede wszystkim pauze miedzy gestami. Wstrzemiezliwy ruch raczej niz bogata zmiennosc pozycji. Przy tym przekaz uczuciowy byl bardziej otwarty niz przywyklismy. Reka polozona na sercu. Reka na sercu partnera. Gest prosby. Naleganie. Gwaltowne odejscie. Odwrocenie tylem. Gniew. Znowu intensywna perswazja. Zblizenie. Uscisk tak splatany, ze sugeruje fuzje osobowosci. Czyje to ramie - twoje czy partnera? Czyj wiekszy bol? Stworzony na pozegnanie Hahna z tancem i zespolem, Distance jest elegia na kazde bolesne rozstanie. Jak poradze sobie sam, bez ciebie? Czy moje serce jeszcze bije?
Narzekalam ostatnio na premiere HereAfter Petera Martinsa, przedstawiona przez New York City Ballet w maju. W imie wiec szerszego kontekstu dodam teraz, ze ogladalam z przyjemnoscia specjalny wieczor poswiecony tancom Balanchine'a: Walpurgisnacht Ballet z muzyka z Fausta Gounoda, Robert Schumann's "Davidsbündlertänze", Western Symphony z muzyka Hershy Kaya. Te godna bardzo instytucje jakby owiewa mgielka nudy i dezorientacji co do dalszego kierunku. Potrzeba tam jakiegos blysku ostrosci, odwazniejszych tanecznych ukladow. Dobrze wiec widziec, ze NYCB przynajmniej pielegnuje troskliwie swoje imponujace dziedzictwo.
W ukladach Balanchine'a zespol tanczy swobodnie, z elegancja, szczegolnie wyrozniaja sie niektorzy solisci: plomienna Jennie Somogyi; Alexandra Ansanelli, umiejaca zasugerowac uczuciowe bogactwo; imponujaco energiczny i pelen wdzieku Damian Woetzel. W zartobliwie stylizowanej Western Symphony dostajemy esencje Balanchine'a w nowej ojczyznie: wymagajaca dyscyplina klasycznego baletu uzyta skutecznie, by oddac poczucie wolnosci, uchwycic upajajaca mitologie Dzikiego Zachodu. Tak, dopowiadam sobie, ten przybyly z Rosji do Nowego Jorku via Paryz, Kopenhage i Londyn "obcy" potrafil tworczo polaczyc swoje rozne swiaty. (NYCB wystepuje w New York State Opera w Lincoln Center do 29 czerwca).
Oto prawdziwy powod do zadziwien. Jak nieustannie korzystamy z boskiego przywileju: jestesmy tu i teraz, a jednoczesnie gdzies indziej, w roznych czasach, rownoczesnie. Pietrza sie w nas i sumuja kaskady kultury - wielowarstwowo, nieprawdopodobnie, muzycznie.
W Galerii Throckmorton, specjalizujacej sie w pracach fotografikow Poludniowej Ameryki, odbywa sie wystawa dramatycznych w ostrych kontrastach zdjec Mariany Yampolsky. Zmarla w zeszlym roku artystka, uchodzca z Europy Srodkowej, stala sie jedna z najwiekszych dokumentalistek i piewcow Meksyku: sensualnych ksztaltow kaktusow magney, rytmicznych form architektury cmentarzy i kosciolow, piekna indianskich kobiet, bogactwa kultury ludowej. Jedna z wielkich entuzjastek Yampolsky, autorka ksiazki o jej sztuce, jest Elena Poniatowska, wybitna pisarka, chyba najslynniejsza dzis w Meksyku, z pewnoscia jedna z najbardziej popularnych i cenionych. Ksiezniczka z pochodzenia, w prostej linii od krola Stasia, rewolucjonistka slowa. (Throckmorton Gallery, 145 E. 57 St., przy Lexington Ave.)
Meksyk w Nowym Jorku. Polska w Meksyku. W sali Symphony Space skrzyzowanie wszystkich drog naraz: James Joyce: Bloomsday on Broadway, czyli pieciogodzinna lektura fragmentow Ulissesa. Poniedzialek,16 czerwca. Z jednej strony grupka czytajacych pisarzy i aktorow: Frank McCourt, Barbara Feldon, Marion Seldes, Fritz Weaver, Ciaran O'Reilly, William Hurt, Terry Donnelly... Z drugiej, zbieranina typowych nowojorskich mieszancow-sluchaczy, wsrod nich tez pewnie sporo pisarzy i aktorow. Slonecznik w wazoniku przy mikrofonie. Zapach kawy z barku obok.
Slowa czytane na zywo, jak co roku, juz po raz 22. Plynace ku nam, przez nas, na falach eteru w swiat. Opis wedrowki przez uliczki Dublina, przez ciemne zaulki i halasliwe tawerny, place i biura, z przystankami w kosciolach, domach publicznych, domach pogrzebowych. Spisywane przez Joyce'a kilkanascie lat w Paryzu, Triescie, Zurychu. Przywolujace jeszcze wczesniejsze wedrowki innego Odyseusza - tego w czasach historycznej Troi, jesli w ogole zyl, sprzed z gora 3000 lat, i tego zakletego w piesni Homera.
Jeden dzien, 16 czerwca 1904 roku, uchwycony na siedmiuset stronach powiesci. Data-rocznica pierwszego spaceru Joyce'a z Nora Barnacle. Dzien w zyciu Leopolda Blooma. I wszystkie dnie miedzy tamtym w Dublinie a moim dzisiaj.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |