PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (20 czerwca 2003)


MARCIN FABJANSKI

Dzieci
leniwej rewolucji (czesc I)

Byl rok 1952. Po Azji Poludniowo-Wschodniej rozlewal sie komunizm. Gustaw Herling-Grudzinski - byly wiezien gulagu - pojechal do Birmy opowiedziec Azjatom, co naprawde kryje sie za obietnica proletariackiego raju. Pol wieku pozniej ruszam jego sladami.

W Yangonie poeci najchetniej pija w bramie. Herbate. Mocna herbata z mlekiem, papieros i zagryzka - zolty ryz z szafranem w ciescie - wszystko za pare groszy. Trzeba cos wiecej do szczescia?

Poeci siedza na drewnianych zydlach, w zaduchu ulicznych sciekow, z legitymacjami artystow w kieszeni. Slonce tu nie dociera wcale, gwar ulicy za bardzo. Chlod cienia psuje potezna weglowa kuchnia z bateria blaszanych czajnikow. W Yangonie nazywaja te brame na 33 ulicy herbaciarnia Lay tan kon, czyli "wzgorzem mocnego ucha" - trzeba tu niezle wytezyc sluch, zeby cokolwiek wylowic z jazgotu slow. Poeci uwielbiaja mowic duzo, dlugo i glosno.

Co trzeba zrobic, zeby w kraju rzadzonym przez wojskowa junte dostac legitymacje pisarza? Miec talent, to pewne. Ale cos jeszcze?

- O czym mowia twoje wiersze? - pytam pucolowatego mlodzienca w bialej koszuli (azjatycka wersja mlodego Allena Ginsberga).

- To surrealistyczne opowiesci o milosci - oznajmia rozradowany.

- A o rzeczywistosci dookola nie piszesz nic? O tym, ze twoi koledzy nosza teraz dzinsy zamiast tradycyjnych longyi, o biedzie, o braku wolnosci w Birmie? - naciskam i widze, jak w jego oczach pojawia sie lek. Rozmowa umiera - odtad poeta tylko wzrusza ramionami. Przestaje rozumiec angielski, zupelnie jak dzieci handlujace na ulicach, gdy je zapytac, dlaczego nie sa w szkole.

Inni pisarze odwracaja glowy, przestaja patrzec na mnie z ciekawoscia. Tylko jeden, 50-letni chudy mezczyzna dosiada sie na kilka sekund.

- Chcialbym panu zwrocic uwage, ze nie uzywamy juz nazwy Birma, tylko Myanmar. Rzad zmienil nazwe 13 lat temu i mysle, ze nadszedl juz czas, zeby zagraniczni turysci sie do tego przyzwyczaili - mowi chlodno i wraca do stolika. Nowej nazwy kraju - na przekor juncie - przez lata nie akceptowala birmanska opozycja.

W roku 1952, gdzies w Yangonie, w herbaciarni takiej jak ta (dla intelektualistow) siedzial polski pisarz Gustaw Herling-Grudzinski. Ale nie widzial niepokoju w oczach rozmowcow. Widzial rozbawione oczy i inteligentne twarze*. Angielski ludzi, ktorych spotykal, tez byl o niebo lepszy - ledwo cztery lata wczesniej Birma przestala byc brytyjska kolonia. Intelektualisci mieli dosc czasu, zeby nawdychac sie demokracji, i niezuzyte poklady wiary w przyszlosc. Nie wiedzieli, ze dziesiec lat pozniej ich kraj czeka przewrot wojskowy, a w roku 1988 krwawo stlumione powstanie. Na lepkie od brudu ulice Yangonu poleje sie krew studentow i mnichow.

Pol wieku po wizycie pisarza w Birmie ruszam jego sladami. W plecaku mam jego ksiazke - Podroz do Burmy.

Woda na tydzien

Gustawa Herlinga-Grudzinskiego wyslal do Birmy paryski Kongres Wolnosci Kultury, oficjalnie zaprosil U On Kin, redaktor najwiekszego birmanskiego dziennika Bama Khit. Po Azji Poludniowo-Wschodniej rozlewal sie komunizm: Mao Zedong ledwo trzy lata wczesniej stworzyl Chinska Republike Ludowa. W Indiach, przy wsparciu Moskwy powstawaly - jak grzyby po deszczu - komitety partyjne. Birmanscy partyzanci machali czerwonymi flagami niemal pod oknami willi rzadowych w Yangonie (dotarli na osiem mil od stolicy).

Gustaw Herling-Grudzinski seria wykladow mial pokazac, co naprawde kryje sie za obietnica proletariackiego dobrobytu. Lecial tu z Londynu trzy dni (ladowal po drodze w Kairze, Basrze, Karaczi, Delhi i Kalkucie), w wygodnym fotelu, ze stolikiem brydzowym zawalonym brytyjskimi magazynami. Byla to jego pierwsza podroz samolotem, ale czul sie bezpiecznie w turbosmiglowcu "Argonauta", ktorego nazywal "powietrznym smokiem".

Ja czuje sie mniej pewnie w odrzutowcu Myanmar Airways z Bangkoku. Przewodnik Lonely Planet po Birmie pisze otwarcie - unikaj tych linii, maja na koncie kilka wypadkow rocznie. Skandynawskie nazwisko kapitana samolotu - Christiansen - dodaje mi otuchy. Zamiast brytyjskiej prasy czytam - "Nowe swiatlo Myanmaru": "Kazdy oszczedzony galon paliwa w miesiacu oszczedzi narodowi jeden dolar. Tak wiec 455 822 samochody w Myanmarze pozwola oszczedzic 5,5 miliona dolarow rocznie. Suma 5,5 miliona dolarow pozwoli na zbudowanie wielkiego mostu przez rzeke Ayeyarwady".

Dalej praktyczne porady: "Uzywaj slonca jako glownego zrodla swiatla". Jest nawet wiersz: "Unikaj marnotrawstwa, zuzywaj wszystko do konca, zbudujmy nasz narod, z sila i tezyzna, pomaszerujmy naprzod".

Miedzynarodowe lotnisko w Yangonie (dawniej Rangun). Kiedys jeden z najwazniejszych portow lotniczych poludniowo-wschodniej Azji. Teraz laduje tu kilka samolotow dziennie. Szare sciany, pusty brzydki hall, poetyka starego Okecia. Wieczor na zewnatrz lepki i goracy. Rozklekotana taksowka wiezie mnie za trzy dolary 20 km do centrum Yangonu. Pol wieku wczesniej Herlinga-Grudzinskiego zawiozl do swojej willi na przedmiesciach U On Kin. Wieczor byl rownie lepki.

W lazience znalazlem wanne wypelniona po brzegi woda i wykapawszy sie, otworzylem wylot rury odprowadzajacej brudna wode do ogrodu. W chwile potem zjawil sie w naszym pokoju U On Kin i uprzedzil nas, ze zapas wody, jaka zuzylem na jedna kapiel, powinien nam starczyc - przy oblewaniu sie czerpakiem - na caly tydzien; rurociag zaopatrujacy Rangoon w wode zostal przerwany przez powstancow komunistycznych...

Po komunistycznych partyzantach nie ma juz w Birmie sladu, podobnie jak po cieplej wodzie w hotelu. Zimna leje sie z prysznica ostrozna, cienka struzka.

Rewolucjonista z YMCA

Na wyklad Herlinga-Grudzinskiego i Vilema Bernarda (czeskiego dysydenta, ktory mu towarzyszyl) w rangunskim ratuszu przyszly tlumy. Ale pisarz uznal, ze tylko jedno pytanie, przyniesione na kartce, warte jest uwagi.

Jestem biednym urzednikiem pocztowym. Dlaczego przyjechaliscie tutaj z drugiego konca swiata, zeby odebrac mi ostatnia nadzieje?

Komunizm wydawal sie wtedy Birmanczykom idealnym sposobem zagospodarowania wolnosci. Sytuacja gospodarcza kraju - bogatego w surowce naturalne, ryz i klejnoty - pogarszala sie gwaltownie. Birma za szybko odciela sie od Wielkiej Brytanii, z jej skuteczna administracja, technologia i handlowymi powiazaniami. Sytuacja polityczna nie wygladala lepiej. Wrogowie polityczni zamordowali piec lat wczesniej legendarnego bojownika o wolnosc Birmy Aung Sana. Wladze nad krajem sprawowal lewicowy premier Thankin Nu, ale jego rzad kontrolowal tylko kilka najwiekszych miast. Poza nimi szalalo powstanie dziesiatkow plemion (najwieksze wzniecili Kareni) i komunistow. Na polnocnym wschodzie Birmy, kpiac z granic panstwowych, obwarowaly sie wspierane przez USA wojska chinskiego Kuomintangu, zeby stamtad nekac znienawidzony rezim Mao. Komunisci chcieli ciezkim przemyslem wyciagnac Birme z biedy, a nacjonalizacja ziemi zalagodzic gniew ludu.

W to wszystko wlecial "powietrznym smokiem" byly wiezien gulagu - Herling-Grudzinski. Za komunizmem agitowal akurat w prasie kupiec Henzada U Mya, czlonek birmanskiej delegacji, ktora wrocila z Moskwy naladowana sowiecka propaganda. W gazetach birmanskich wybuchla wojna: Grudzinski kontra Henzada.

Dziennikarze birmanscy, popijajac whisky z soda, zapewniali polskiego pisarza: komunizm nie ma szans. Buddyzmu nie da sie z nim pogodzic. Polski pisarz martwil sie: nie doceniaja sily czerwonej propagandy. Karenowie - pisal Grudzinski - bija sie znacznie lepiej od komunistow, a znacznie gorzej od nich administruja.

Zdobyte wioski Kareni oddawali wiec komunistom - to martwilo pisarza. Ale wprowadzajac tyranski zarzad komunisci natychmiast tracili popularnosc - z tego sie cieszyl.

- Komunizm mogl zwyciezyc w Birmie - twierdzi dzisiaj U Minn Thu, dziennikarz, historyk i dysydent. - Bo my, Birmanczycy, uwielbiamy rewolucje, walczylismy z wlasnymi tyranami, mongolskimi najezdzcami i brytyjskimi kolonistami.

U Minn Thu (praca dla Reutersa, dzialalnosc w opozycji, lata wiezienia) mieszka w ciasnym pokoju w yangonskiej YMCA. Stad prowadzi swoja prywatna rewolucje. Na wielkiej mapie kresli pozycje niedobitkow partyzantow w gorach stanu Szan. Wysyla artykuly do obcych gazet - poczta i przez zaufanych ludzi, ktorzy akurat leca za granice. Wrzucaja je do skrzynki w Bangkoku.

- Poczta, zeby nie bylo, ze cos ukrywam przed rzadem. A przez kurierow, bo te wyslane poczta zwykle nie dochodza - tlumaczy.

Kiedys junta probowala podmieniac jego artykuly albo zmieniac w nich cale fragmenty. Ale dali spokoj - nie maja nikogo, kto podrobilby styl i angielski dysydenta.

Rodzina U Minn Thu mieszka w Yangonie, ale on widuje ja rzadko. Na banicje na czwartym pietrze YMCA skazal sie sam.

- Mam wciaz male dzieci. Nie chce, zeby widzialy, jak tajniacy wyprowadzaja mnie z domu w kajdankach.

Schody na dol pokonuje tylko, kiedy musi isc do lekarza. Okoliczne dzieci za pare groszy przynosza mu herbate, jedzenie i mrozona szkocka. Dzisiaj przyniosly piwo Mandalay. U Minn Thu musi oszczedzac - wydal wlasnie 150 dolarow na lekarza. Nie ma ubezpieczenia.

- U On Kin? - czytam nazwiska ludzi z ksiazki Grudzinskiego.

- Nie zyje.

- Henzanda U Mya?

- Nie zyje.

- U Ten Sein?

- Umarl dawno temu - mowi U Minn Thu.

Polski pisarz (zmarl w roku 2000) przezyl wszystkich rozmowcow, o ktorych wspomina w ksiazce. Powedrowali do nowych wcielen dlugo przed nim.

W grudniu 2002 r. udal sie tam tez Ne Win, dyktator, ktory dowodzil przewrotem wojskowym w roku 1962, a potem oficjalnie rzadzil Birma do roku 1988. Zrezygnowal z wladzy, zeby zalagodzic gniew zyjacego w nedzy ludu (za pozno, powstanie i tak wybuchlo), ale jeszcze przez kilka lat decydowal o wszystkim przez swoich ludzi w rzadzie. Nikt spoza wladz junty nie wie, kiedy dokladnie marionetki staly sie silniejsze od lalkarza. Od tej chwili Ne Win, nekany zawalami serca, dozywal bezsilnie dni w willi w Yangonie.

Euforia ludu z powodu smierci znienawidzonego dyktatora mogla przerodzic sie w rozruchy (liczyl na to U Minn Thu). Jednak junta znowu przechytrzyla lud. Pod zarzutem zdrady i spisku majacego na celu przejecie wladzy aresztowala we wrzesniu 2002 Ne Wina i jego dzieci (zostaly skazane na kare smierci). Trzy miesiace pozniej umieral starzec-kryminalista, a nie dyktator. Minal bez echa kolejny pretekst do rewolucji. U Minn Thu czekal na nastepny.

Do lutego 2003 r. Wtedy rzad pozamykal prywatne konta bankowe. Urzednicy wyplacali tylko po sto tys. kyatow (okolo sto dolarow) i tylko dla stu pierwszych ludzi dziennie. Dla biznesmenow to zabojstwo. Ale nie protestowali. Ustawiali sie karnie po nocach w dlugie kolejki. Wyszkolone w walce z cywilami patrole wojskowe, po kilku dniach patrolowania duzych miast, wrocily spokojnie do koszar. Junta rozwiazala kryzys na swoj sposob - do Yangonu przyjechalo 19 ciezarowek, wypakowanych po sufit banknotami prosto z mennicy.

Rowniez w lutym autobus pelen studentow wpadl pod cysterne. Kilkunastu z nich zginelo.

- Gdyby junta nie rozbila kampusow, studenci nie musieliby codziennie dojezdzac autobusami - szemrala ulica. Ale na szemraniu sie skonczylo.

Brak reakcji nie zraza U Minn Thu.

- Wszystko jest gotowe do rewolucji! - wstaje podniecony z krzesla. - Ale to nie bedzie juz zryw tlumu. Rewolucje przeprowadzi srednia kadra wojskowa i buddyjska.

U Minn Thu widzial rewolucje ludowa z roku 1988 z bardzo bliska. Z okna budynku w centrum miasta.

- Zolnierze strzelali do ludzi z karabinow. Potem seriami w strone swietej pagody Sulaj. Nie zdazylem zobaczyc, czy ktos padl, bo nad glowa zaczely swistac mi kule. Mierzyli w okna okolicznych kamienic. Padlem na podloge.

- Zolnierze zabijali mnichow. Wydawalo sie, ze teraz narod wybuchnie - opowiada Bertil Lintner, autor wielu ksiazek o Birmie. - Ale nie wybuchl. Nikt nie wie, dlaczego ludzie rozeszli sie do domow.

Dowodcy upili zolnierzy, potem kazali im zabijac mnichow - tlumacza sobie do dzis masakre Birmanczycy.

- Nie wiem, czy to prawda - mowi U Minn Thu. Pisze swoje artykuly i czeka na rewolucje. Tajniacy zbytnio go nie nekaja.

- Kiedys warowali na korytarzu. W koncu wynajeli pokoj obok. Mile chlopaki. Czasem zapraszalem ich na whisky. W zamian robili mi masaz. Mowilem im, nie jestescie wzorowymi Stasi, oni na to: a co to jest Stasi?

- Pracowali byle jak, jak wszyscy w Birmie - opowiada dysydent. - Nie bedziemy nad toba sterczec, obiecali, ale informuj nas, kiedy wychodzisz. W zamian zawieziemy cie samochodem tam, gdzie chcesz.

Jalowe pomarancze

Niewiele jest rzeczy, ktorych nie mozna kupic na chodnikach Yangonu - tanie ubrania z Singapuru, swieze truskawki z Mandalay, Kapital Marksa po angielsku.

Dwadziescia lat temu te ksiazke pochlaniali z wypiekami birmanscy studenci. U Hla Myat Aung - dzis ksiegowy w firmie obslugujacej zagranicznych inwestorow - przeczytal Kapital w roku 1980 i zaraz, obladowany lekami i propagandowymi broszurami, pojechal na ochotnika do Zlotego Trojkata glosic nauki Marksa.

- Socjalizm oznaczal dla plemion gorskich cywilizacje. Tylko ten system mogl uratowac ich od nedzy. Wierze w to do dzisiaj: w glebi serca wciaz jestem socjalista - mowi.

Ale gorale ze stanu Szan nie podzielili entuzjazmu Aunga. - Nie interesowal ich marksizm tylko to, czy dzieci beda mialy co jesc - mowi ksiegowy.

W gorach stanu Szan gleba jest slaba. Tylko jedna uprawa udaje sie wysmienicie - papaver somniferum, czyli opium. Sadzonki pomarancz, kawy i fig, ktore marksisci przywiezli z Yangonu, nigdy nie wyparly tego narkotyku.

Garnki dzieci ludu Szan przez lata zapelnial Khun Sa, mieszaniec chinsko-szanski. W latach 50. i 60. zbil fortune na dostawach opium dla zolnierzy Kuomintangu, ktorzy uciekli do Birmy przed Mao. Ci zamieniali narkotyk na bron.

W latach 60. Khun Sa zerwal z Koumintangiem, usamodzielnil sie. Opium wysylal do laboratoriow w polnocnej Tajlandii. Stamtad w postaci heroiny narkotyk wedrowal w swiat.

W roku 1966 junta proponuje Khun Sanowi uklad - zostanie oficjalnym zarzadca czesci stanu Szan, w zamian jego zolnierze zrobia to, co nie udaje sie wojskom rzadowym - beda trzymac w ryzach partyzantke Komunistycznej Partii Birmy i zabezpieczac granice z Chinami. Tego bylo mu trzeba. Natychmiast zbudowal 40-tysieczna, prywatna armie i stworzyl prywatne panstwo. Za dezercje ucinal glowe. Jesli jego ludzie nie znalezli dezertera w ciagu trzech miesiecy, glowy tracila jego cala rodzina. Zolnierz przylapany na paleniu opium trafial na dziesiec dni do dolu w ziemi na reedukacje. Zlapanego drugi raz czekala egzekucja.

Ale 1 stycznia 1996 r. Khun San niespodziewanie oddal sie w rece wladz. W zamian za spokojna emeryture obiecal zerwac z narkotykowym przemytem. Dzis zyje na jednej z wysp Oceanu Indyjskiego, a pieniadze z narkobiznesu ulokowal w legalnej firmie transportowej (podobno przez granice przewozi cos wiecej niz towary i ludzi).

A biznes narkotykowy trwa - Myanmar to wciaz najwiekszy na swiecie producent opium i heroiny. Po Yangonie wciaz jezdza najnowsze mercedesy.

- Marksizm nie zastapil opium - przyznaje ksiegowy U Hla Myat Aung. Po dziesieciu latach w Zlotym Trojkacie wrocil do Yangonu. Zachorowal ciezko na malarie. Dwoch kolegow ze studiow, napalonych marksistow jak on, zostawil w stanie Szan. Zabili ich partyzanci.

- Dzisiaj realizuje sie w biznesie. Ale nie jest latwo - powtarza. Na dowod zabiera mnie swoim autem na wycieczke w okolice portu: - Rzad postanowil zrobic tu strefe wolnoclowa. Zbudowal drogi, doprowadzil prad i uznal, ze obcy kapital rzuci sie na to miejsce. Ale prad i drogi to za malo. Tu nie ma nawet wodociagow i telefonu - zzyma sie ksiegowy.

Naciska hamulec. Po gladkiej, dwupasmowej asfaltowce, tuz przed maska auta, przechodzi spokojnie stado wychudzonych koz.

Ciag dalszy za tydzien

------------------

* Fragmenty kursywa pochodza z ksiazki Herlinga-Grudzinskiego Podroz do Burmy (Wydawnictwo Literackie). Ponadto cytowalem z przewodnika Myanmar.Burma, (Lonely Planet Publications).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail