JERZY GIZELLA
Czlowiek
czlowiekowi wilkiem
Janusz Bardach mieszkal w Iowa City przez ostatnie 30 lat swego zycia (1972-2002), tzn. od przyjazdu z Polski na zaproszenie tamtejszego uniwersytetu, gdzie kierowal az do emerytury (1991) Klinika Chirurgii Plastycznej i Rekonstrukcyjnej Glowy i Szyi. Napisal w swojej specjalnosci kilkanascie ksiazek i podrecznikow, wychowal setki absolwentow na roznych uniwersytetach amerykanskich. W samym Iowa City byl znanym i lubianym profesorem-lekarzem. Dal sie tez poznac niemal wszystkim polskim (i nie tylko) uczestnikom programow dla pisarzy, prowadzonych przez miejscowy uniwersytet, popularnych International Writers' Workshops.
W swoich Listach z Ameryki i osobnych zapiskach w Dziennikach, Andrzej Kijowski, jeden z pierwszych uczestnikow tego programu, poswiecil Bardachowi sporo zdan, od cieplych na powitanie - do bardzo kasliwych i nie w pelni zrozumialych na koncu pobytu. Chimeryczny Kijowski, biegle wladajacy francuskim, ale slabo angielskim - nie mogl sie jakby przystosowac do licznych wymogow zycia towarzyskiego amerykanskich lekarzy (czemu trudno sie dziwic), jak i w ogole do mentalnosci amerykanskiej, tak odmiennej od duchowej finezji europejsko-frankofonskiej. Prof. Bardach, sam swiezo zainstalowany w USA, staral sie ten szok kulturowy zlagodzic. Mozna sie tez domyslac, ze towarzysko zglodnialy i chetny do pogawedki przy kieliszku rzucal sie troche na polskich pisarzy. Zamiast wdziecznosci i przyjazni dochodzilo do coraz czestszych zgrzytow i nieporozumien, w koncu do wzajemnej nieufnosci. Na pewno styl zycia na kampusie nie byl tym, za czym autor Dziecka przez ptaka przyniesionego tesknil najbardziej. W ogole pobyt Sarmaty w Ameryce i zetkniecie sie z innymi Sarmatami na towarzyskim gruncie goscinnego domu Bardachow wprawialo go w rozdraznienie. Czy Kijowski wiedzial cos o przeszlosci lodzko-iowanskiego lekarza? A moze wlasnie ta przeszlosc lub jej fragment tak go irytowala? Studia na uniwersytecie w Moskwie i uwagi o antysemityzmie Polakow? Moze sentyment do Rosji i Rosjan?
Tego mozemy sie tylko domyslac. W zapiskach Kijowskiego nie znajdziemy zadnych konkretow. Rozstali sie w chlodzie: "Bardach podobno twierdzi, ze jestem osoba dwuznaczna, powiedzmy z MSW" [Ministerstwo Spraw Wewnetrznych, tu w domysle - bezpieka, przyp. red.]. Tak brzmi ostatni z zapisow poswieconych Januszowi Bardachowi w Dzienniku 1970-1977.
Wiele lat pozniej goszczacy w Iowa poeta, prozaik i tlumacz poezji angielskiej i amerykanskiej, dzialacz opozycji i wiezien sumienia Grzegorz Musial, po wygloszeniu kilku obiegowych uwag na temat mniejszosci rasowych w Ameryce spostrzegl u swojego sluchacza naplyw wyraznej rezerwy i czujnosci. Zanotowal w swoim Dzienniku z Iowa:
"Doktor wlepil we mnie ironiczne oko i nic nie powiedzial. Nad salatka z krabow milczelismy chwile i z plonacymi uszami skubalem martwe skorupiaki, az on podjal temat swoich popijaw z polskimi Wielkimi Literatury, gdy tu przebywali ´na Programieª. I zaczelo sie: gejzery ironii, fontanny dowcipu, prysznice szyderstwa - ale intelektualnego, cienkiego, ktore kluje, a nie boli. Brak zludzen. Zimny skalpel. Az widac, jak oczyszcza sie powietrze po rzuconym od niechcenia slowie ´gnida!ª o kims, komu inni bija czolem. Jemu - lub jego nienagannym garniturom i mickiewiczowskiej polszczyznie.
Ksztalcil sie w Moskwie, gdzie po paszportyzacji siedzial do konca lat piecdziesiatych i skad wyjezdzal do Polski jako zmartwychwstaly, ocalony. I wpadl w nastepne bagno: w polska duszna malosc, skad wreszcie az mu teskno bylo do tamtej zydowsko-kaukaskiej, bojarsko-rabskiej, wielkopanskiej, nawet w stalinowskim uscisku Moskwy. Jak ´cudzoziemkaª Kuncewiczowej, predko zaczal sie dusic w polskiej marynacie i juz czasem wolalby tamto - kroki na schodach (o ktorych pisal Bulhakow, ze wzdycha sie z ulga, kiedy skrecaja do sasiada) i przesluchania na Lubiance - niz to zatopienie w negatywnej polskiej energii. Z Moskwy wyjezdzal oczyszczony z utopii stalinowskich. Przyjechal do Polski, ktora dala mu w leb z drugiej strony - utrata holubionej w Rosji wiary, ze polski antysemityzm oczyscil dusze Polakow. Ze uczynil ich lepszymi" (s.162).
Nawet te gorzkie uwagi nie wyjasniaja "choroby" Bardacha ("lekarzu, lecz sie sam"). Jedni nie chcieli, a moze nie umieli go wysluchac. Inni - wysluchujac nie mogli sie domyslic wszystkich karkolomnych etapow, jakie chirurgiczna slawa musiala pokonac pomiedzy przedwojennym Wlodzimierzem Wolynskim a uniwersytecka klinika w Iowa City. A byly to przejscia, o jakich przecietnemu intelektualiscie z Polski nie moglo sie przysnic w najgorszych koszmarach sennych. Material pisarski, jakim mogloby sie podzielic spore grono krajowych, i nie tylko, pisarzy.
Na szczescie Bardach zdazyl spisac swoje wspomnienia i wydac ich obszerny tom, ktory ukazal sie w 1998 roku w wydaniu angielskojezycznym. Juz wtedy lektura, ozdobiona autografami Bardacha i Kathleen Gleeson, wspolautorki, zrobila na mnie ogromne wrazenie. Nie tylko dlatego, ze temat - Kolyma - jest sam w sobie wystarczajaco "atrakcyjny", ale takze dlatego, ze po swoich przejsciach musial sie Bardach czuc dziwnie, a moze i hamowac uprzejmie, wysluchujac swoich uwielbianych pisarzy narzekajacych na komunistyczna opresje, kolejki, braki, balagan i zmagania z tepymi warszawskimi cenzorami.
Nie ma potrzeby streszczac "przygod" przyszlego chirurga w detalach. Ksiazka powstawala we wspolpracy z zawodowym creative writer, tez absolwentka kursow w Iowa. Podejrzenia czytelnika nieufnego nic tu nie zmienia - na pewno biografia zostala tak skonstruowana, aby nadac narracji bardziej sensacyjny, czy bardziej "rynkowy", popularny charakter. Takim zabiegiem sa typowe chwyty retardacyjne, uprzedzanie, zaciekawianie akcja, niektore watki (konieczna np. love story) i obowiazkowy cudowny happy end, ktory jest tylko chwytem fabularnym. Dalsze dzieje autora, zwlaszcza w kontekscie wydarzen marcowych 1968 roku, przywioda epilogi zawstydzajace i przygnebiajace. Poznajemy bohatera w chwili, kiedy w ciemnosciach i asyscie grzmiacej na froncie artylerii kopie sobie grob pod okiem enkawudzisty, rozstajemy sie z nim w luksusowym apartamencie polskiego attaché ambasady PRL-u w Moskwie. Taka rozpietosc juz jest wystarczajaco intrygujaca. W miedzyczasie dzieja sie rzeczy, o ktorych wiekszosc delikatnej czesci ludzkosci woli nie slyszec, nie wiedziec, nie pamietac.
Jesli wezmiemy pod uwage calosc niezwyklej biografii - mozna by powiedziec, ze autor mial duzo szczescia. Pierwszym szczesliwym zbiegiem okolicznosci bylo dziecinstwo w rodzinie zamoznego dentysty zydowskiego we Wlodzimierzu. Zycie we Wlodzimierzu nie bylo sielanka. Rodzine rozdzielono po rewolucji i wojnie polsko-bolszewickiej. Czesc zostala w Odessie, gdzie wujowie Bardacha byli znanymi i cenionymi lekarzami w sowieckim systemie opieki zdrowotnej, realizowali swoje prace naukowe i dostepowali odpowiednich zaszczytow, co w mlodym czlowieku sprawialo doznanie "utraconej szansy" i nostalgii za rodzinnym miastem, niejasno odczuwanej i potwierdzonej w czasie jedynej wizyty u krewnych w ZSRR (opis tej wyprawy i jej detale zasluguja na osobna uwage). Ta "lepszosc" odeskiego odgalezienia rodziny Bardacha byla na pewno jednym ze zrodel fascynacji komunizmem i Rosja mlodego Janusza, ale innym, znacznie bardziej dotkliwym, byl antysemityzm zapyzialego i prowincjonalnego garnizonowego przedwojennego Wlodzimierza Wolynskiego.
Inteligenci zydowscy zyli w potrojnym wyobcowaniu, bo z dala od Polakow, z dala od ortodoksyjnych Zydow (rodzina pierwszej zony Bardacha), z dala od biedoty zydowskiej, czesto radykalnej politycznie i sprzyjajacej komunizmowi w wydaniu sowieckim. Oboje rodzice autora byli liberalni, ale bolalo ich to, ze obaj synowie naleza do zakazanych organizacji, konspiruja i uczestnicza aktywnie w komunistycznym podziemiu, ulegaja obcej ich umiarkowanym idealom propagandzie. Sytuacja typowa w tym czasie i w tych okolicach. Mlodzienczy idealizm i antysemityzm dopelnialy sie w tym nieuleczalnym zauroczeniu. Tragedia wrzesnia byla oslabiona sowieckim "wyzwoleniem" i chamstwo oraz arogancja sowiecka byly mniejszym zlem niz jakakolwiek okupacja niemiecka. Starsi Bardachowie wiedzieli od razu, co sie swieci, ale synowie uczestniczyli z zapalem w politycznej agitacji i coraz bardziej oddalali sie od rodziny. Dopiero kiedy zaczely sie wywozki, przesladowania Bundu i PPS, a takze zaczeli znikac sztandarowi miejscowi "polscy" komunisci, cos tam zaczynalo w fanatycznych glowach switac, ale nie wszystko. Kiedy wywoza Polakow czy Ukraincow, to zrozumiale, nawet bogatych Zydow-krwiopijcow, ale polowanie na drobnych sklepikarzy, ubogich rzemieslnikow i zwyklych uciekinierow przed Niemcami? Mlody Bardach na wlasnej skorze przekonuje sie, co to znaczy terror NKWD - musi pod pistoletem dzien w dzien uczestniczyc w wywozkach jako tlumacz i sam jest ciagle podejrzany, bo z burzuazyjnej rodziny. Tylko dzieki jego pomocy i szczesliwym zbiegom okolicznosci udaje sie rodzicom autora, krewnym i niektorym sasiadom przetrwac spazmy wywozek. Ale on sam jest swiadkiem mordow, rabunkow i gwaltow, ktore powinny otworzyc mu oczy. Nic z tego, na wszystko ciagle ma wytlumaczenie i wszystko stara sie zrozumiec z punktu widzenia prawdziwego komunisty. Tak bedzie na zebraniach Komsomolu, w szkole czolgistow (i donosicielstwa) w Orle, w chaosie odwrotu armii sowieckiej po czerwcowym ataku Hitlera. Dopiero po absurdalnych oskarzeniach o sabotaz na froncie i probe dezercji z wojska - stalinowska wiernopoddanczosc zostaje poddana radykalnej rewizji. Cudowne ocalenie od egzekucji, niemal w ostatniej chwili. Potem wiezienie i wyrok - 10 lat lagrow. Etapy, proba ucieczki z pociagu w tajdze, zakonczona wielogodzinnym katowaniem przez enkawudzistow z konwoju w wagonie eskorty. Nie zabili go wtedy, gdyz nie chcieli pisac raportu o calym zdarzeniu, nie chcieli miec klopotow.
Trudno powiedziec, co w dalszych kolejach losu jest bardziej zdumiewajace. To, ze Bardach znalazl zyczliwych opiekunow, ze przezyl transport do lagru i podroz statkiem pelnym kryminalistow (urkow) na Kolyme, ktorzy w zamian za opowiadanie lektur nie obdarli go z ubrania i ocalili od karcianego dlugu? Mocnych scen nie brakuje, jedna z najbardziej dantejskich, jaka zna literatura lagrowa, jest wdarcie sie urkow na statku do ladowni, w ktorej transportowano kobiety-wiezniarki. Opisu tej sceny nie powstydzilby sie sam Warlam Szalamow, ktory w Opowiadaniach kolymskich o jedzeniu trupow pisal jak o najzwyklejszej rzeczy pod sloncem: "Na punkcie lagrowym nie wybiera sie sasiadow i pewnie sa jeszcze gorsze sprawy niz jedzenie ludzkich zwlok". Tak komentowal Szalamow wspomnienia opowiesci sasiada (oficera wojsk pancernych) z nary, na ktorej lezeli noca przytuleni ciasno do siebie.
Bardach tez slyszal o ludozerstwie, ale nie zaznal zaszczytu wydobywania zlota, skonczylo sie na lesopowale, a potem udawaniu felczera. Oklamal wszystkich i przezyl. Oklamal tych, ktorzy mu pomogli i ktorym za to grozila smierc. Nigdy go nie wydali. Pracowal jako sanitariusz z wielkim oddaniem, niektorzy pacjenci domyslali sie, ze nie jest prawdziwym felczerem. Zarazil sie gruzlica i przezyl, co w warunkach obozowych prawie sie nie zdarzalo. Przezyl bez szwanku katastrofe ciezarowki wiozacej wiezniow, purge i milosc do skazanej jak on dziewczyny - ja i siebie narazajac na smierc, a potem przezyl rozstanie z nia. Pracowal tez na oddziale psychiatrycznym, gdzie eksperymentowano juz w stylu pozniejszych "psychuszek" moskiewskich z pacjentami chorymi na schizofrenie, aby im i wladzom udowodnic, ze sa zwyklymi symulantami.
Kiedy okazalo sie, ze brat (ukrywajacy sie i poszukiwany dawniej przed NKWD) jest wysokim dygnitarzem w polskiej ambasadzie, dla Bardacha zaczelo sie nowe zycie. Najpierw zostal krezusem na Kolymie, bo udoskonalil na skale przemyslowa produkcje preparatu z krwi reniferow z dodatkiem cukru dla wiezniow cierpiacych z powodu glodu i braku podstawowych witamin. Potem uzyskal pozwolenie na wyjazd do Moskwy, odbyl studia medyczne, praktykowal, ozenil sie po raz wtory i zostal repatriowany do Polski w 1954 roku. Problemy moralnych rozstrzygniec nie wstrzasaja autorem tych wspomnien po latach - jesli, to w niewielkim stopniu. Moze poradzono mu, ze to nie ma istotnego znaczenia z punktu widzenia czytelnika amerykanskiego? Jesli tak sie stalo, to szkoda. I czy uwagi o antysemityzmie Polakow na Kolymie, ktorzy nie mieli nic lepszego do roboty niz roztrzasanie calymi dniami winy Zydow za kleske wrzesniowa - wedlug Bardacha - nie swiadcza o glebokim urazie, glebszym, niz mozna byloby sadzic po jego serdecznych kontaktach z polskimi pisarzami i stypendystami w Iowa, urazami glebszymi niz fascynacja komunizmem i Stalinem? Moze wlasnie ta przeszlosc tak irytowala niektorych z nich, ze zrazali sie do niego po pewnym czasie i obrazali sie? Jak te urazy mozna pogodzic ze staropolska goscinnoscia?
Przy tego typu literaturze lepiej wstrzymac sie od wydawania sadow wszelkiego typu. Niech wystarczy twarda prawda i wymowa faktow - Bardach mial szanse (znikoma i teoretyczna) ocalenia na Kolymie. Jego rodzice, Ottylia i Marek, ktorych pamieci poswiecil wspomnienia, zona i siostra - takiej szansy na przezycie pod okupacja niemiecka nie mieli. Nie przezyli, jak miliony innych Zydow. Pamietac tez trzeba stale, ze o tym piekle na ziemi pisze czlowiek, ktoremu praw obywatelskich odmawiano w sytuacji krancowego nieszczescia, ktore powinno sklaniac do zwyklej, pokornej solidarnosci w obliczu wspolnego losu. I nie mogl sie w pelni poczuc tym obywatelem takze w tzw. Polsce Ludowej. O dalszych kolejach losu Bardach (i Gleeson) napisali druga ksiazke Surviving Freedom. After The Gulag, ktora, wydana nakladem Uniwersytetu w Berkeley, ukazala sie w maju br. na polkach amerykanskich ksiegarni.
Dla historykow i zawodowcow w dziedzinie dokumentu uwaga dodatkowa. Autor stal sie - jak na razie jedynym i chyba przypadkowym - swiadkiem penetracji terytorium polskiego przez czolowki zwiadowcze i dywersyjne Armii Czerwonej na wiele dni przed oficjalnym przekroczeniem granicy 17 wrzesnia. Skoro nadzial sie na nich mlody motocyklista z Wlodzimierza Wolynskiego daleko od polskiej granicy, co robil polski wywiad i zwiad lotniczy, gdzie byly w tym czasie i co robily wyspecjalizowane sluzby graniczne? Namioty i kolumny samochodow ciezarowych nie sa igla w stogu siana. Dlaczego polskie wladze nie zdawaly sobie sprawy z nadciagajacej inwazji? Czy nie chciano draznic Sowietow, wzniecac jeszcze wiekszej paniki wsrod ludnosci cywilnej? Po prostu, nawet po latach, trudno w to uwierzyc.
__________________________
Janusz Bardach and Kathleen Gleeson, Man
Is Wolf to Man. Surviving the Gulag, University of California
Press, Berkeley - Los Angeles 1998, s. 391.
Janusz Bardach, Kathleen Glesson, Czlowiek
czlowiekowi wilkiem. Przezylem Gulag, przeklad Ewa Elzbieta
Nowakowska, Wydawnictwo Literackie, Krakow, 2002, s. 419,
cena 22 dol. plus 8,25% NY tax i 6,50 dol. porto w przypadku
zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |