EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
W pierwszy dzien referendum unijnego w Polsce glosowalo niespelna 18% uprawnionych. Poplakalam sie. "Warcholski moj narodzie, co robisz?! - krzyczalam. - Badz sobie zlodziejski, przekupny i nieudolny, ale nie odbieraj nam historycznej szansy! Nie wpychaj nas w sytuacje jak przed dwustu laty!...". Poczulam wstyd, ze jestem Polka. Wiele razy wypowiadalam ten frazes. Byla to jednak retoryka. Teraz zaznalam bolesnego uczucia naprawde. Chcialam sie skryc w mysia dziure.
Drugi dzien referendum odmienil moje uczucia w radosc. Odszczekuje! I wracam do sprawozdania sprzed referendum.
*
Adam Halber do Roberta Kwiatkowskiego: "Moze bys wrocil do Piotrka Urbankowskiego. To jest swietny koles... Precz z siepactwem! Chujom, precz!" Tekst zawarty na malenkim kwadraciku ekranu telefonu komorkowego od razu stal sie Hymnem kolesiow.
Jan Maria Rokita, czlonek Komisji Sejmowej do zbadania "Rywingate", zacytowal go in extenso z akt prokuratorskich. Uslyszala go cala Polska. Adam Halber jest czlonkiem Krajowej Rady Radia i Telewizji, Robert Kwiatkowski - prezesem telewizji publicznej, a Piotr Urbankowski - kolesiem. (Tez bywal ministrem, dyplomata, finansista. Nie istnieja kolesie zwykli, bez zaslug, ukladow i pieniedzy.)
Po krakowsku, nobliwie wychowany, tytulujacy swiadkow "wielce szanowny", Jan Rokita, celowo wypowiedzial wulgarne slowo w pelnym brzmieniu. Chcial przedstawic jezyk, jakim miedzy soba posluguje sie "grupa trzymajaca wladze". Kim sa w ogolnosci? Dzieci komunistow. Juz ustawione, szykujace sie do skoku na najwyzsze stolki ojcow. Czterdziestolatki, sto razy lepiej wyksztalceni od tatusiow, z angielskim od malenkosci, czlonkowie powstalej kolezenskiej korporacji "Ordynacka", byli studenci bylego SZSP. Juz stoja w blokach startowych, czekaja na sygnal do zajecia miejsc na podium. Gdy ktoremu noga sie powinie, nie tracac rezonu, ida w zaparte. Adam Michnik relacjonujac wszczete przez Gazete Wyborcza sledztwo dziennikarskie w sprawie lapowkarskiej propozycji Rywina, zeznal przed komisja: "Tam panuje kamienne milczenie"...
Nie sa ludzmi pokroju Bagsika, oczajduszy-indywidualisty i, bylo nie bylo, czlowieka z pewna fantazja. Nie sa tez gangsterami typu "Baraniny" czy jego podwladnego "zolnierza" (zabojcy ministra Jacka Debskiego), ktorzy przyparci do muru powiesili sie (ich powieszono?) w wieziennych celach.
Nasi kolesie nie zrobia sobie nic zlego. Szefowie zarzadow najwiekszych przedsiebiorstw panstwowych, rad nadzorczych, prezesi obracajacy miliardowymi kwotami naszych podatkow, spia spokojnie. Nawet zdjeci ze stanowisk za oczywiste naduzycia zachowuja niczym nie zmacona arogancje. Stosuja mechanizmy i slownictwo bojowkarskie.
Minister zdrowia Mariusz Lapinski, ktorego wreszcie premier usunal, miekko wyladowal jako partyjny "baron" regionu Mazowsze. Pil piwko w ogrodku matecznika SLD na Rozbrat w towarzystwie niedawnego szefa Narodowego Funduszu Zdrowia (30 miliardow zlotych do recznego rozprowadzenia) Aleksandra Naumana. Gdy reporter polskiego Newsweeka usilowal go sfotografowac, zawolal mlodziezowke eseldowska z budynku i powiedzial krotko: "Zdjac ich!". Reporter zostal pobity. Tu sie jednak ucho dzbana urwalo: Lapinskiego i Naumana wywalili z partii.
Niektorzy komentatorzy sa zdania, ze nastapil przelom w bulwie. Dotychczas partia nie pozbywala sie swoich z dnia na dzien. Tymczasem Krajowa Rada Radia i Telewizji, wybierajac rade nadzorcza telewizji publicznej, zmienia caly jej sklad w duchu pluralizmu politycznego. Wedlug Kazimierza Kutza oznacza to adieu dla jednego z "niezatapialnych", prezesa TVP, Roberta Kwiatkowskiego.
Nie bylabym taka optymistka. Przegnani baronowie eseldowcy maja pewne sciezki odwrotu dzieki wlasnie kolesiom, ktorzy sa wszedzie.
Nawet aresztowani, nie traca bezczelnosci na rozprawach. Zalosc ogarnia, gdy patrzy sie na sterty pokiereszowanych kartonowych teczek z aktami sprawy, spod ktorych ledwie wyziera glowa i lancuch sedziego czy sedziny. Lawa oskarzonych przedstawia sie daleko okazalej. Widac, kto tu "pany".
Grzegorz Wieczerzak, dawny prezes PZU "Zycie", defraudant na wielka skale, po dwu latach wiezienia, w sadzie zachowuje sie tak, jakby on tu rozdawal karty. Adwokaci, najlepsi z najlepszych, im mlodsi, tym bardziej cyniczni, wyciagna go z opresji. Maja to wypisane na twarzy. I on, i sedzia o tym wiedza.
Niedawno wymyslone slowo "przekret" na malwersacje finansowe wydaje sie dzis spieszczeniem. Narod mowi juz po prostu na wyzszych urzednikow: zlodzieje. Miano zastrzezone dawniej dla kieszonkowcow uroslo do rangi sprawujacych wladze z ramienia panstwa. Przyklad pierwszy z brzegu: Agencji Rynku Rolnego wyciekly z elewatorow dziesiatki tysiecy ton zboza. Zajrzano - pusto. Siedemset ciezarowek naladowanych zbozem ulotnilo sie jak poranna mgla. Agencja wynajmowala elewatory prywatnym latyfundystom, ktorzy czesto byli jednoczesnie poslami. Chlop zasiadajacy w Sejmie to zawsze bogacz. Biednych nie ma.
Wezmy Artura Balazsa. W roku 1989 nadzieja Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Jeden z przybocznych Bronislawa Geremka. W czasie "wojny na gorze", gdy solidarnosc Solidarnosci rozpadla sie jak domek z kart i potworzyly sie nowe partie, Balazs, bogacz wiejski, nie odszedl z polityki. Zmienial ugrupowania i jednoczesnie pomnazal areal, skupujac ziemie. Czyni to wciaz, ale teraz przez osoby podstawione...
Sumujac: wladza i pieniadz sa celem naszej klasy rzadzacej. Nigdy rozdzielnie. Razem.
Afera Rywina stala sie detonatorem tej degrengolady. Stala sie puszka Pandory, ktorej wieko uchylil Lew Rywin i wylalo sie bloto. Struzki tworza kaluze wokol "osob trzymajacych wladze", ale kim sa, Rywin nie chce powiedziec. Premier Miller, gdy dowiedzial sie o sprawie, probowal zepchnac ja w nicosc jako niedowarzony zart mitomana. Jednakze nagranie lapowkarskiej propozycji trudno wrzucic do kosza. Rywin naprawde przyszedl do Michnika po lapowke w wysokosci 17,5 mln dolarow.
Pamietam filmik dokumentalny o dziecinstwie obecnego premiera. Chowal sie w Zyrardowie. Znam to "carskie" miasteczko na Mazowszu. Zapomniane przez Boga i ludzi. Zwykle gdy wracalam od mamy ze Slaska do szkoly, wyskakiwalam w Zyrardowie z katowickiego pociagu, zeby przedralowac 18 km do Szymanowa, do klasztoru. Czysta nedza; rynsztoki, koslawe budy, smrod. Oddychalam dopiero wtedy, gdy wchodzilam w pola. W jednej z takich bieda-kamieniczek urodzil sie Leszek, natychmiast opuszczony przez ojca. Mieszal z matka "na wycugu" u wujka. "O, to bylo nasze okno", pokazywal reporterowi. Na oknie chybotala sie doniczka z watlutkim kwiatkiem pelargonii. Ojca nie znal, choc zyl w poblizu. Kiedys idac z matka, zetkneli sie nos w nos. Matka szarpnela synka, nie pozwolila sie przywitac. Miala w sercu wielki zal. Leszek skonczyl zawodowke, pracowal w narzedziowni, Warszawa to byl dla niego praski Bazar Rozyckiego, gdzie kupowal bikiniarskie gadzety. Ambitny i zdolny, wszedl w kariere partyjna, ktora zawiodla go na szczyty.
Mialam do niego pewna slabosc; do jego meskiej twarzy, do usmiechu, nawet do smialych dowcipow. Choc nie byl to czlowiek mojego romansu, widzialam w nim przeblyski socjaldemokraty, a co najmniej pragmatyka nie przezartego ideologia. I stanowczosc. "Jest stanowczy", myslalam. Gdy teraz patrze na niego, mysle: "Boze, co sie z tym czlowiekiem stalo". Twarz spieta, mala, pomarszczona mandarynka, oko martwe, z ust wydobywaja sie slogany, ktorym nie potrafi nadac iskry zycia. Decyzje podejmuje chaotycznie. Nerwy odmawiaja posluszenstwa (publicznie powiedzial do przepytujacego go posla z komisji sledczej: "Jest pan zerem"). Afere Rywina nazwal absurdem, chcac zamknac tym okresleniem sprawe. A to nie zaden absurd, tylko zycie, samo zycie naszej przekupnej elity. Tak dalej nie ujedziemy. Adieu, Mister Prime Minister, adieu...
Chwala ci, Sejmie, zes powolujac komisje specjalna dozwolil na publiczne pranie brudow w blasku fleszy. Kon, jaki jest, kazdy widzi.
*
Akacja "placze" na moja glowe i glowy innych mam i babc dogladajacych na lawce swoich pociech na placu zabaw. Odpoczynek, cisza, mimo halasow dzieci. Otrzepujemy biale pylki i szemrzemy. Dzis temat: przedszkola. Mamy dyskutuja, ktore lepsze: te bliskie panstwowe niby za darmo, ale i tak trzeba placic za kazda drobnostke. W Wilanowie przedszkole okazale, strasznie drogie i podobno "radiomaryjne" - odpada! Lepsze te kolo mostu u pijarow, katolickie, ale normalne. Troska o dzieci ogromna. Slucham zastanowien mam, przenoszac wzrok na ruszajacy sie punkt, czyli kapelusz mojej wnuczki Gabrieli, szalejacej na drabinkach.
Kto by taka troska, mysleniem, wyborem otaczal jej ojca, kiedy byl maly! Gdy slucham takich wywodow - zazdroszcze. I placze. Mam poczucie winy, choc de facto mozliwosci wyboru nie bylo. Kiedys, pamietam, przychodze po syna do przedszkola, a moj trzylatek siedzi na murku z ramieniem w ksztalcie fali. Siedzi tak kilka godzin. Przedszkolanka nawet sie nie tlumaczy: "Chyba zlamanie" - diagnozuje spokojnie. Nie odezwalam sie. Nie smialam. Dziecku skladano reke w szpitalu na Kopernika pod narkoza, radzac odmawiac zdrowaski, zeby sie dobrze zroslo.
Mielismy mentalnosc wasali. Bylismy przekonani, ze dobra, ktore wytwarzamy, do nas nie naleza. Ze dostajemy z laski pensje, mieszkania, chleb, zastrzyk. Niegdysiejszy premier Piotr Jaroszewicz, niech mu ziemia lekka bedzie! - z nieklamanym zdziwieniem krzyczal w czerwcu 1976 r.: "Tyle im dajemy, a jeszcze sie burza!".
Mysle o tym na lawce pod akacja. O ilez lepiej maja te dzieci i ich rodzice. Nawet biedni. Nawet, gdy ich nie stac. Nawet menel jest dzis podmiotem, nie przedmiotem, jakimi bylismy my za komuny. A jednak sa tacy, co tesknia do PRL-u. Dusze niewolnicze.
*
Bylam na promocji ksiazki pt. Spotkanie. Jest to rozmowa-rzeka z ks. Jozefem Tischnerem, zarejestrowana na kilkudziesieciu tasmach przez jego doktorantke, Anne Karon-Ostrowska przed dziesieciu laty. Tasmy zostaly spisane, wydawnictwo (PWN) dogadane. Wiosna 1993 r. autorzy szykowali sie do dogrywki. I nagle, w kiosku z gazetami autorka spostrzega na okladce kolorowego dodatku do Gazety Wyborczej wielkie zdjecie ks. Tischnera, a w srodku opowiesc o jego dziecinstwie spisana przez Jacka Zakowskiego. W rezultacie wyszedl z tego glosny tom Miedzy Panem a Plebanem, czyli rozmowy Michnika z Tischnerem, moderowane przez Zakowskiego. W ksiazce Zakowskiego "Pan" przygniotl "Plebana" swoja osobowoscia, w dialogach Anny Karon-Ostrowskiej "Pleban" wylania sie z cala moca tajemniczej, partyzanckiej, duszy. Z goralszczyzna, swoista ironia stanowiaca puklerz, przez ktory autorce przedziwnie czesto udaje sie przedrzec. Nie pozwala umknac rozmowcy dowcipem - atakuje.
Ale wtedy, przed laty, nielojalnosc Tischnera - bo jak inaczej rzecz nazwac? - zamrozila obopolne stosunki na dlugo. Ksiadz Profesor, ktory mawial, ze od swietych woli grzesznikow, do swietych nie nalezal: grzech proznosci nie byl mu obcy.
Po latach wpadli na siebie z pania Anna przypadkowo na dworcu. Zal ulecial. A Tischner zawyrokowal, ze najlepsze sa spotkania dworcowe.
Maszynopisu, ktory przelezal w kartonie, myszy ani na jote nie nadgryzly. Jakby dzis pisany.
Warszawa, czerwiec 2003 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |