MIROSLAW A. SUPRUNIUK
50 lat temu
ukazal sie Trans-Atlantyk
Ta opowiesc ma pieciu bohaterow: pisarza, czterech wydawcow
i ksiazke. I czas - rok 1953. Opiszmy ich po kolei (no, prawie
po kolei).
Witold Gombrowicz
"Wielki Pols ki Pisarz" - Witold Gombrowicz od 14 lat mieszkal
w Argentynie, w Buenos Aires. Zblizal sie do piecdziesiatki.
Otoczony nielicznymi Polakami (kilku malarzy, kilku dziennikarzy
i bankowcow) i gromadka mlodych argentynskich literatow i
artystow - poetow, pisarzy i malarzy - byl juz po oficjalnym
debiucie w nowym kraju. Hiszpanskie zbiorowe tlumaczenie Ferdydurke (pod okiem autora) ukazalo sie w roku 1947 w Buenos Aires
i wywolalo - jak pisal do Jozefa Wittlina - "wielkie zachwyty
w pewnych kolach i kolkach". Znaczaca i wazna dla pisarza
musiala byc radiowa rozmowa o ksiazce, ale o poprawie sytuacji
finansowej nie bylo mowy. W liscie do Jaroslawa Iwaszkiewicza
znajdujemy znamienny dla tego okresu zwrot: "ja po staremu
zdycham z glodu, a raczej z braku pieniedzy". Rok pozniej
wyszlo pierwsze wydanie Slubu (El casamiente)
w przekladzie najzdolniejszego z "mlodych" - Alejandro Russovicha,
ale i ta ksiazka nie zmienila znaczaco pozycji Gombrowicza
w Argentynie, moze jedynie utwierdzila pisarza w przekonaniu,
ze klucz do slawy znajduje sie w Europie. Od pewnego czasu
Gombrowicz wspolpracowal z polskimi wydawcami. Fatalnie zakonczyl
sie romans z prasa warszawska: po efektownym Liscie do
Ferdydurkistow zamieszczonym w Nowinach Literackich Iwaszkiewicza jeszcze w 1947 r. nic wiecej sie nie ukazalo,
a wyslane do Polski egzemplarze Slubu gdzies poginely
w tajemniczych okolicznosciach. I choc pisarz zabiegal o wydanie
w kraju Slubu ("jezeli nie opublikuja dramatu w Polsce,
to wydrukuje go prawdopodobnie w Kulturze"), coraz
bardziej bylo oczywiste, ze warunkiem publikacji musi byc
albo powrot, albo daleko idaca wspolpraca z rezymem. Ani na
jedno, ani na drugie Gombrowicz nie wyrazal wtedy ochoty.
Znacznie wiecej szczescia mial pisarz z prasa emigracyjna.
Trans-Atlantyk
Gombrowicz zakonczyl pisanie powiesci w roku 1950, najpewniej w czerwcu. Pracowal wtedy w Banco Polaco. Nie wiemy, kto czytal Trans-Atlantyk przed drukiem, komu pisarz poslal tekst do oceny i lektury. W powstalym trzy lata pozniej Dzienniku nie ma zadnych odniesien do tego okresu. Nie ulega jednak watpliwosci, ze maszynopis Trans-Atlantyku znal Iwaszkiewicz. Pomimo pierwszych zaklec ("watpie, czy posle ja do kraju, gdyz nie bardzo wiem po co"), Gombrowicz szybko zmienil zdanie i jeszcze w 1950 r. maszynopis trafil do Stawiska, a byc moze rowniez do Czytelnika, do Adama Mauersbergera. Tekst znala Maria Kuncewiczowa, ktora pisarz prosil o przekazanie egzemplarza Mieczyslawowi Grydzewskiemu. Z pisarzy emigracyjnych czytal powiesc Jozef Wittlin, ktory napisze pozniej apologetyczny wstep do wydania polskiego. Dostal maszynopis od pisarki Alicji de Barcza. Najpewniej od Wittlina tekst trafil do Czeslawa Milosza - wowczas na placowce dyplomatycznej w USA, a byc moze rowniez Aleksandra Janty, i ta droga dalej do Waclawa Iwaniuka. I, naturalnie, bardzo szybko tekst znany byl Jozefowi Czapskiemu i Jerzemu Giedroyciowi, z ktorym od maja 1950 r. pisarz utrzymywal korespondencje. I - zaznaczmy - pierwszy list Gombrowicza z 26 maja dotyczyl wlasnie T-A, a wlasciwie mozliwosci wydania powiesci w Instytucie Literackim. Pisarz informowal, ze pragnalby wydac T-A i Slub w jednym tomie, bo "wiekszosc publicznosci polskiej nie ma wiekszego wyobrazenia o mojej tworczosci". Zaznaczajac, ze zupelnie nie wie, jakie oficyny dzialaja na emigracji, pytal jednoczesnie, do kogo ma sie zwrocic z ewentualna propozycja wydania ksiazki. W odpowiedzi Giedroyc pisal: "Jezeli idzie o moje mozliwosci wydawnicze, to niestety z powodu kryzysu na rynku polskim od dawna nie mam mozliwosci wydawania ksiazek. [...] Natomiast bardzo by mnie interesowal fragment Pana ksiazki wraz z przedmowa, ktora Pan opracowal dla wydania ksiazkowego". W kolejnych listach redaktor paryskiej Kultury donosil, ze wydawnictwa emigracyjne niemal nie wydaja ksiazek, skupiajac sie na dzialalnosci ksiegarskiej. Jako przyklad podawal Orbis i Vistule. Radzil tez napisac do Veritasu, do Jozefa Kisielewskiego, jedynej oficyny, ktora utrzymuje dzialalnosc wydawnicza. Czy Gombrowicz napisal do Veritasu - warto sprawdzic w archiwum oficyny. Bylby to szosty bohater tego artykulu... Zanim jeszcze Gombrowicz nawiazal korespondencje z wydawcami emigracyjnymi, we wrzesniu 1950 r. pisal do Iwaszkiewicza, ze nie ma szans, aby T-A ukazal sie na emigracji, "gdyz wszystkie wydawnictwa sa w stanie bankructwa". Tak mu przeciez napisal Jerzy Giedroyc, ktory byc moze zabezpieczal sie tym samym przed wykorzystaniem tekstu przez innego wydawce. Sam bowiem nie zamierzal zrezygnowac z wydania calosci podkreslajac, ze "w pewnym sensie bylaby to bomba w obecnym swiecie literackim w kraju".
Nie mamy powodu, by nie wierzyc, ze decyzje o druku Trans-Atlantyku w Kulturze podjal redaktor Jerzy Giedroyc tuz po przeczytaniu powiesci. Kogo sie radzil i dlaczego czekal pol roku - nie wiemy. Pierwszy fragment powiesci ukazal sie w miesieczniku w maju 1951 r. Zaledwie 20 stron, ale poniewaz zeszyt majowy wydrukowano w wiekszym nakladzie (z powodu zamieszczenia Nie Milosza), mozna bylo oczekiwac duzego rozglosu. Zachwycony pisarz informowal wydawce, ze odbior tekstu w Argentynie jest "paniczny" i tamtejsi Polacy zaczynaja sie obawiac, czy nie beda bohaterami kolejnych odcinkow. Prosil tez o wprowadzenie zmian i usuniecie ustepow "drazniacych". Wydaje sie jednak, ze Jerzy Giedroyc zmian nie wprowadzil. Kolejny - i ostatni - fragment T-A wyszedl w czerwcowym zeszycie miesiecznika i byl jeszcze krotszy, zawieral jednak bledy, ktore Gombrowicz wyjasnil w liscie do redakcji. Oba wywolaly umiarkowana (raczej mniejsza od spodziewanej) reakcje czytelnikow pisma, choc w liscie Aleksandra Janty do Waclawa Iwaniuka z czerwca 1951 r. znajdujemy interesujacy passus: "Dowiaduje sie wlasnie, ze Giedroyc ma duze nieprzyjemnosci z powodu nie tyle Milosza, ale Gombrowicza". Wsrod glosow krytycznych prasowych znalazl sie szkic Waclawa A. Zbyszewskiego zatytulowany "Dlaczego emigracja nie wydaje wielkiej literatury?" w londynskich Wiadomosciach oraz polemiki w Dzienniku Polskim. Redaktor skwapliwie gromadzil wycinki prasowe i listy, pochlebne i pelne oburzenia, wysylajac je do Argentyny. Gombrowicz dziekujac za wiadomosci pisal: "Musze przyznac, ze pilotuje Pan moj Trans-Atlantyk z genialnym i glebokim znawstwem tych zmurszalych wod". Napisal jednak odpowiedz do Kultury ("Risum teneatis...") i do Wiadomosci ("Bronie Polakow przed Polska"). Przez kolejne miesiace nie dzialo sie nic, co przyblizaloby ksiazkowe wydanie Trans-Atlantyku. Gombrowicz nie zamierzal jednak czekac na lepszy okres Instytutu Literackiego i na wlasna reke - a takze przy pomocy londynskich przyjaciol - szukal wydawcy. Znamy skadinad dwie takie proby.
Wiadomosci
Witold Gombrowicz nawiazal kontakt z londynskimi Wiadomosciami wkrotce po tym, jak zaczely ukazywac sie w 1946 r. Tygodnik Mieczyslawa Grydzewskiego byl w owym czasie jedynym, a i pozniej przez wiele lat najznaczniejszym pismem literackim polskiego wychodzstwa. Kultura dopiero szukala drog popularnosci i bez wiekszego zainteresowania przyjmowana byla w "polskim Londynie". Trudno sie zatem dziwic, ze - nawet pamietajac nie calkiem zyczliwy odbior Ferdydurke w Wiadomosciach Literackich - powojenny debiut literacki zaplanowal Gombrowicz u Grydzewskiego. Aby byc w zgodzie w faktami, zaznaczyc jednak trzeba, ze inicjatywa wyszla byc moze od redaktora londynskiego tygodnika tuz po tym, jak otrzymal od Marii Kuncewiczowej egzemplarz Trans-Atlantyku z sugestia opublikowania fragmentu. Gombrowicz pisal w listopadzie 1950 r. do Grydzewskiego glownie z prosba o wstrzymanie ewentualnego druku Trans-Atlantyku, "poniewaz utwor ten wywoluje pewne nieporozumienia i chcialbym go jeszcze przepracowac". Nie omieszkal przy okazji pochwalic Wiadomosci i wytlumaczyc swojej sytuacji w Argentynie. Formalna propozycja wspolpracy przyszla zapewne w liscie zwrotnym w koncu 1950 r., a juz na poczatku nastepnego autor Ferdydurke przyslal tekst do druku w tygodniku. Tlumaczyl przy tym, ze szkic powtarza wszystkie tezy zawarte w przedmowie do Trans-Atlantyku, "ale wydaje sie, ze w tej redakcji sprawy te beda bardziej strawne dla czytelnikow Wiadomosci". Dalej Gombrowicz pisal: "Domyslam sie, ze ten artykul moze nawet do pewnego stopnia zaskoczyc wielu Panskich czytelnikow, ktorzy nigdy nic o mnie nie slyszeli. Ale coz to szkodzi? Jezeli zas wywola jakies sprzeciwy, polemike, to tez nic nie szkodzi". Na wypadek jednak, gdyby Grydzewski nie chcial drukowac przeslanego tekstu, Gombrowicz sugerowal publikacje Slubu lub Trans-Atlantyku, choc wiedzial juz od Kuncewiczowej, ze ani jedno, ani drugie nie zainteresowalo redaktora Wiadomosci. Podobny los podzielil przyslany artykul. Wydaje sie, ze dla Grydzewskiego decydujaca byla nie tyle niechetna opinia na temat Gombrowicza najblizszych wspolpracownikow tygodnika (np. Lechonia), ale przede wszystkim zle widziana w Londynie wspolpraca pisarza z krajowym czasopismem. A moze przeswiadczenie, ze dla czytelnikow Wiadomosci powiesc jest zbyt "ekscentryczna". W 1951 r. tygodnik Grydzewskiego nie opublikowal zadnego tekstu Gombrowicza, a w roku nastepnym jedynie list polemizujacy z artykulem Zbyszewskiego, potwierdzajacy uwagi pisarza w liscie z lutego 1951 r: "Widze z przykroscia, ze moja ´wspolpracaª jakos sie nie klei. Jestem trzezwym i rozsadnym chlopcem i oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze tego typu powiesci i artykuly nie sa najdogodniejszym dla Pana materialem". Po odmowie Grydzewskiego opublikowania fragmentu Trans-Atlantyku jedynym partnerem do rozmow zostala Kultura. Korespondujac z Jerzym Giedroyciem, pisarz nie zaprzestal jednak mysli o osobnej ksiazce.
Oficyna Poetow i Malarzy
Gombrowicz dotarl do Czeslawa Bednarczyka najprawdopodobniej przez Bronislawa Przyluskiego juz w 1951 r. W kazdym razie w listach redaktora paryskiej Kultury nazwisko Bednarczykow nie pojawilo sie ani razu, a wiemy, ze autor Ferdydurke korespondowal z Przyluskim, ktory mial namawiac wlascicieli oficyny, by wydali Slub w formie ksiazki. Czy byla mowa o Trans-Atlantyku - nie wiadomo. W poczatkach roku 1952 Gombrowicz pisal do Bednarczyka: "Zalezy mi na opublikowaniu po polsku ostatnich moich utworow tj. Slubu i Trans-Atlantyku. Oczywiscie wzgledy ekonomiczne wybijaja sie tu na plan pierwszy i zgadzam sie, ze utwor tak trudny, jak Slub, a w dodatku sztuka sceniczna, jest dosyc niewdzieczna lektura. Z drugiej strony jednak chce Panu powiedziec, ze dokola obu tych utworow wytworzyla sie atmosfera sporego zainteresowania i ze moglbym liczyc, jak sadze, na bardzo intensywne poparcie ze strony pewnych organow naszej prasy literackiej oraz wielu literatow cieszacych sie duzym prestizem wsrod warstw czytelniczych. Nie idzie tu o zwykle recenzje, ktore niewielkie maja znaczenie, ale o lansowanie utworu pod wielu wzgledami nowatorskiego, ktory stalby sie prawdopodobnie przedmiotem ostrej dyskusji i ktory na pewno moglby liczyc na powazna grupe entuzjastycznych zwolennikow". (Pozniejsze losy wydanej ksiazki pokaza, jak bardzo Gombrowicz mylil sie w ocenach zainteresowania czytelnikow na emigracji.) Dalej czytamy: "Najwlasciwsza rzecza byloby wydac Slub i Trans-Atlantyk razem (Trans-Atl. ma okolo 130 stron maszynopisu). Co do Trans-Atlantyku to jestem zupelnie pewny, ze znalazlby on dostateczna ilosc czytelnikow, gdyz jak sie okazuje, nie jest on wcale za trudny i ludzie reaguja na jego humor". Wyprzedzajac ewentualne pytania, pisarz dodawal: "Mysle tez, ze mozna by uzyskac jakas niewielka pomoc finansowa ze strony moich przyjaciol literackich w Stanach, ale to tylko w tym wypadku, gdyby Pan postanowil wydac oba te utwory razem i gdyby sprawa ta w zasadzie byla juz zdecydowana". Trudno powiedziec, jaka pomoc mial Gombrowicz na mysli. Byc moze byla to projekcja jakichs pomyslow Janty-Polczynskiego wydajacego swoje ksiazki na zasadzie subskrypcji. "Reasumujac: - pisal dalej Gombrowicz - wydaje mi sie, ze wydanie moich rzeczy po polsku powinno sie oplacic w sensie materialnym i kulturalnym, pod warunkiem ze zostanie odpowiednio przygotowane. Emigracja nasza i Polacy w ogole koniecznie potrzebuja dzis czegos nowego - jakiejs ideologii, postawy, sztuki, ktora by ruszyla ich z miejsca...". Dla Bednarczykow byla to niezwykle necaca propozycja, ale Oficyna Poetow i Malarzy nie byla w owym czasie w stanie wydrukowac ksiazki o takich rozmiarach. Trzy niewielkie tomiki poezji wydane wspolnie ze Stanislawem Gliwa w warsztacie szpitala w Mabledon Park (Olechowski, Czuchnowski i Przyluski) to wszystko, na co stac bylo powstala rok wczesniej bibliofilska oficyne. "Grube" i duze ksiazki Oficyna wydawac bedzie dopiero w 1954 r. "Zalowalismy bardzo - wspominal Czeslaw Bednarczyk - ze ksiazki Gombrowicza nie moglismy przyjac do wydania. Mala maszynka drukarska poruszana noga odbijala dwie strony malego formatu i zapas czcionek wystarczal zaledwie na tyle stron.[...] Oddanie zas ksiazki do normalnej drukarni i byc tylko wydawca nie pozwalaly wiecej niz ubogie warunki materialne".
Niestety, Oficyna Poetow i Malarzy nie wydala Trans-Atlantyku. Po wielu latach Bednarczyk zauwazyl: "Niewiele wiedzialem wowczas o dorobku Gombrowicza i skali jego talentu. Uwazalem go za autora jednej ksiazki Ferdydurke. Oczywiscie, po uplywie lat zrozumialem, ze sie mylilem".
Instytut Literacki
We wspomnianym wyzej liscie do Witolda Gombrowicza z 2 czerwca 1950 r. Jerzy Giedroyc napisal, ze od dawna nie ma mozliwosci wydawania ksiazek. Owo "od dawna" nie bylo do konca prawda. Powstaly w 1946 roku w Rzymie Instytut Literacki (od 1948 w podparyskim Maisons-Laffitte) w latach 1946-1950 opublikowal prawie 40 tytulow, co daje srednia 8 ksiazek w roku. Co prawda najwiecej pozycji ukazalo sie do roku 1948, ale rowniez we Francji dzialalnosc wydawnicza byla kontynuowana. W tym okresie wyszly drukiem: Jozefa Czapskiego Na nieludzkiej ziemi (1949, 320 s.), Stanislawa Gryziewicza Srodki polityki gospodarczej (1949, 209 s.), Aleksandra Janty Wracam z Polski (1949, 151 s.), Melchiora Wankowicza Klub trzeciego miejsca (1949, 88 s.), Mariana Kukiela Ksiaze Adam (1950, 193 s.), Jamesa Burnhama Walka o swiat (1950, 183 s.) i tom wierszy Henryka Mierzwinskiego Etiudy (1951, 40 s.). Gdy do tego dodamy broszury i nadbitki z Kultury (czesto obszerne, jak chocby Stanislawa Vincenza Rocznica Gandhiego, 1951, 66 s.), ktorych bylo odpowiednio: 1950 - 9 (w tym wiersze Iwaniuka i Pietrkiewicza); 1951 - 6; 1952 - 3, wyraznie widac, ze brak mozliwosci wydawniczych nie byl jedynym powodem zwlekania z wydaniem ksiazki Gombrowicza. Dlaczego zatem maszynopis Trans-Atlantyku czekal trzy lata na druk?
Powodow moglo byc kilka. W Autobiografii na cztery rece Jerzy Giedroyc pisze o klopotach, jakie pociagnelo za soba opublikowanie w Kulturze dwa lata wczesniej dziennika Wracam z Polski Aleksandra Janty. Wynikajaca z publikacji grozba calkowitego zakazu sprzedawania miesiecznika w Londynie w emigracyjnych ksiegarniach i utrata licznych prenumeratorow musialy byc bolesne i dotkliwe finansowo. Stad powod, dla ktorego ksiazka Janty ukazala sie anonimowo. Wszczynanie nowej wojny z emigracja nie bylo na reke ani Giedroyciowi, ani Gombrowiczowi, zwlaszcza ze 1951 - rok debiutu Gombrowicza w Kulturze - byl niezwykle bogaty w wydarzenia. W styczniu zjawil sie w Maisons-Laffitte Czeslaw Milosz, proszac o azyl polityczny, a w maju ukazal sie jego glosny tekst Nie, ktory na trwale podzielic mial emigracje na "Paryz" i "Londyn".
Trudno sie zatem dziwic, ze latwe do przewidzenia reakcje "polskiego Londynu" na Trans-Atlantyk - z czasem, po opublikowaniu fragmentow w miesieczniku juz realne - mogly chwilowo wstrzymac decyzje o wydaniu ksiazki. Wstrzymac, ale nie przekreslic. Redaktor paryskiej Kultury doskonale zdawal sobie sprawe z wagi wydarzenia, jakim byla ksiazka autora Ferdydurke, i zrezygnowac z niej nie zamierzal. Ewentualne straty musialy byc zrekompensowane w inny sposob. W 1951, a zwlaszcza w 1952 r. coraz czesciej pojawia sie z listach Jerzego Giedroycia pomysl wznowienia stalego wydawania ksiazek. Mowa jest nie tylko o Trans-Atlantyku, ale tez o ksiazce George'a Orwella 1984, o krajowych zeszytach Kultury, a nawet o amerykanskiej mutacji miesiecznika w formie wychodzacej cztery razy w roku Culture. Pomyslow na sfinansowanie takiej dzialalnosci bylo kilka, wsrod nich jako ewentualnego sponsora wymieniano Free Europe Committee, Fundacje Forda i powstaly w 1950 r. Kongres Wolnosci Kultury. Nie ma na to dowodow, ale wydaje sie, ze wlasnie pomoc tej ostatniej instytucji umozliwila start w 1953 roku Biblioteki Kultury.
Trans-Atlantyk, cd.
Gombrowicz zakladal wydanie w jednym tomie Slubu i Trans-Atlantyku. Temu zamyslowi podporzadkowane byly starania o przedmowe Jozefa Wittlina i wszelkie kalkulacje cenowe. W marcu 1952 roku, zaznaczajac, ze wydanie ksiazki "w tej chwili przekracza calkowicie moje mozliwosci", Giedroyc wyslal Gombrowiczowi wstepna kalkulacje, liczac byc moze na pomoc argentynskich przyjaciol pisarza. 1000 egz. nakladu, przy 240 stronach, mialo kosztowac 285 tys. frankow francuskich (710 dol.). Dwa miesiace pozniej prosil juz jednak o ostateczna wersje obu tekstow. W liscie zwrotnym Gombrowicz przedstawial propozycje ukladu: przedmowa Wittlina do obu tekstow, krotka dyskusja o Trans-Atlantyku miedzy Gombrowiczem, Zbyszewskim i Czeslawem Straszewiczem, nastepnie oba teksty, przy czym Slub wraz z komentarzem autora. 4 czerwca 1952 r. Jerzy Giedroyc napisal: "Sprawa druku Slub-Transatlantyk zrobila sie realna". Dodawal przy tym, ze koszty sa nadal wysokie, a pisarz bedzie musial zadowolic sie honorarium ograniczonym do 350 egz. wyslanych darmowo do Polski. Potrzebna byla jeszcze nowa przedmowa Jozefa Wittlina, ktora Instytut Literacki otrzymal w sierpniu, oraz korekty - te naplynely w polowie wrzesnia.
Ksiazke przywieziono z drukarni wczesnym popoludniem 30 stycznia 1953 roku. Dwa dni pozniej Jerzy Giedoryc donosil w liscie do Gombrowicza: "Ksiazka wreszcie ukazala sie. Mysle, ze wypadla zupelnie dobrze. Wyslalem Panu wczoraj jeden egz. poczta lotnicza, 10 wysylam normalna".
Nie wiemy, ile egzemplarzy Trans-Atlantyku sprzedal Instytut Literacki w roku 1953, ile w nastepnych, ile rozdal i wyslal do Polski. W Maisons-Laffitte rozpoczeto rejestrowanie wysylek dopiero w 1957 r., notujac nazwiska osob, ktore ksiazki otrzymaly w darze. W 1957 r. na skladzie bylo jeszcze 480 egz. powiesci, z czego do Polski poslano 97 sztuk. Dostac je mieli m.in.: Blonski, Kozniewski, Scibor-Rylski, Korzeniewski, Kisiel, Lazari-Pawlowska, Zawieyski, Jastrun, Tyrmand, Lebenstein, Osiecka, Drawicz (2 egz.), Szajna, Czachowska, Maciag, Stiller, Newerly, Rudzka-Cybisowa, Guza oraz czasopisma, instytucje i biblioteki uniwersyteckie. Ile z tego dotarlo?
Ostatnie egzemplarze pierwszego wydania Trans-Atlantyku sprzedano w 1969 roku, najpewniej tuz po smierci Witolda Gombrowicza.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |