ANDRZEJ ZWANIECKI
Nowojorska
kronika kulturalna (film)
MATRYCA PRZELADOWANA,
KAZANIE DLA JAPISOW,
AFRYKA ZAGLASKANA
W Matrix Reloaded, drugiej czesci opowiesci o swiecie zdominowanym przez inteligentne maszyny wiezace ludzi w wirtualnej rzeczywistosci, inspirujaca fantazja oryginalu zostala ponownie zaladowana, ale niezupelnie tym, czym by sie chcialo. Film zaczyna sie jednak brawurowo. Kiedy Trinity (Carrie-Ann Moss), po rozgromieniu straznikow i emanacji Matrix, daje nura w dol z n-tego pietra wiezowca mieszczacego elektroniczny mozg sztucznej superinteligencji, film zdaje sie wzlatywac wysoko. Niestety, nie na dlugo.
Eskapada bohaterki okazuje sie tylko snem Neo (Keanu Reeves), ktory wraz ze swym mentorem Morpheusem (Laurence Fisburne), pilotem Linkiem (Harold Perrineau) i sama Trinity wraca na pokladzie pojazdu latajacego do bazy, czyli podziemnego miasta-panstwa Zion. Wiadomosc o tym, ze maszyny drazace ziemie z zamiarem zniszczenia kolonii zblizaja sie do ojczyzny wyzwolonych ludzi, sklania komendanta Locka (Harry Lennix) do postawienia zalogi w stan gotowosci bojowej. Morpheus uwaza jednak, ze misja Neo jest znacznie wazniejsza, poniewaz moze doprowadzic do destrukcji Matrix i pelnego wyzwolenia ludzkosci.
Ten zarys sytuacji wyjsciowej wpisany jest w przygnebiajaco przewlekla sekwencje, bedaca popisem fantastycznych mozliwosci technicznych duzego studia i jego rownie fantastycznego braku oryginalnosci. Sceny rozgrywajace sie w Zion sa bardziej (kiepskim) pretekstem do zwiedzania mocno opatrzonych, komputerowych dekoracji niz intrygujaca ekspozycja. Proba ozywienia tego dramaturgicznie slepego zaulka za pomoca plemiennych plasow jest nie tylko nieskuteczna, ale i groteskowa.
A jednak... Z chwila gdy Neo staje ponownie wobec zagadki Matrix i tajemnicy ciazacej nad jego misja, Matrix Reloaded nabiera nieco zycia. Poprzeczke wirtuozerii w dziedzinie akcji podnosi tym razem scena poscigu na autostradzie z uzyciem samochodow osobowych, ciezarowek, motocykla i (tak!) samurajskiego miecza. Sceny kung-fu sa rowniez bardziej widowiskowe, szczegolnie gdy Neo zmaga sie z Sentinelami, programami Matrix samopowielajacymi sie na ksztalt i podobienstwo agenta Smitha (Hugo Weaving). Ciagna sie one jednak zbyt dlugo i powtarzaja zbyt czesto i mechanicznie, aby mogly sie z powodzeniem wtopic w materie filmu.
The Matrix nie bylo kinem czystej akcji, lecz po czesci komiksem, a po czesci mesjanistycznym mitem nawijajacym inteligentnie na os akcji rozwazania dotyczace natury zywej i sztucznej inteligencji, roli wyboru i przypadku w naszym zyciu i innych kwestii postawionych w ambitnej literaturze s-f. W filmie autorstwa braci Andy'ego i Larry'ego Wachowskich pierwiastki zen, wczesnego chrzescijanstwa i popkulturowego kung-fu oraz paradoksy filozoficzne zmieszaly sie ze soba w ekscytujaca i pobudzajaca intelektualnie miksture. W Matrix Reloaded skladniki te rowniez wystepuja, ale jakby osobno, obok siebie. Dyskursywne sceny z udzialem Merovingiana (Lambert Wilson) i Architekta (Helmut Bakaitis) robia wrazenie sztucznie doczepionych do reszty filmu; sa bardziej osadem z poprzedniego niz komponentem obecnego. Film jakby czekal na to, ze ktos nim potrzasnie i zmiesza jego zawartosc w jednorodna, odswiezajaca calosc. Pozostaje miec nadzieje, ze Wachowscy zrobia to w ostatniej czesci sagi Matrix Revolution z podobnym skutkiem jak w oryginale.
*
Neil LaBute jest kawiarnianym kaznodzieja, ktory nie przepuszcza zadnej okazji, aby przylozyc amerykanskim japisom. Wyobrazam go sobie jako watrobiarza, ktory dziubiac salatke z kielkow przyprawiona olejem tamaryszkowym spisuje zarzuty przeciwko produktom materialistycznej pustki. Tej liscie duchowych skarg i zazalen nadaje on zgrzebny ksztalt werbalnej przepychanki, w ktorej ozieblosc, okrucienstwo, pogarda, malostkowosc, brak lojalnosci i uprzedmiotowienie ida ze soba o lepsze. W In the Company of Men, Your Friends and Neighbors oraz w najnowszym The Shape of Things mezczyzni znecaja sie psychicznie nad kobietami albo kobiety znecaja sie nad mezczyznami w nieustajacym kontredansie intryg i manipulacji, majacym na celu zdominowanie drugiej osoby, jej ponizenie lub psychiczne zlamanie.
W tym ostatnim przyszla magister sztuki Evelyn (Rachel Weisz) zaklada psychicznego nelsona zagubionemu, niedopieszczonemu i zaniedbanemu studentowi anglistyki Adamowi (Paul Rudd). Bohater nie zdaje sobie z tego sprawy, kiedy podrywa artystke i aktywistke w czasie zamachu na "zniewolone" dzielo sztuki i nie bardzo rozumie, dlaczego ta sie nim zainteresowala. Ale pod wrazeniem erotycznej "nobilitacji" stosuje sie do jej sugestii i zyczen. Zaczyna miedzy innymi lepiej sie ubierac i uczeszczac do silowni, a w akcie najwiekszego poswiecenia poddaje sie nawet operacji plastycznej nosa. Sytuacja zbacza nieco ze sciezki odwroconego Pigmaliona, gdy krotka fascynacja zbliza Adama do niegdys zadurzonej w nim Jenny (Gretchen Moll). Ten epizod nie tylko wywoluje wzburzenie zareczonego z nia Phillipa (Fred Weller), najlepszego, choc niezbyt bliskiego przyjaciela Adama, ale zaburza chwiejne relacje miedzy czworgiem protagonistow.
Zmagania psychologiczne tych postaci moglyby byc umiarkowanie interesujace, gdyby LaBute potrafil sie zdobyc na dystans wobec ich glupiej, malostkowej gry oraz na odrobine poczucia humoru. Scenarzysta i rezyser The Shape of Things traktuje jednak swoich potepiencow smiertelnie powaznie, kazac im angazowac sie w sytuacje i wypowiadac kwestie, ktore, choc usilnie probuja byc "jak z zycia", sa wysilone i sztuczne. Co gorsza, LaBute sie powtarza. Niczym nie zneutralizowana podlosc i okrucienstwo, ktore w jego pierwszym filmie mogly szokowac, tu staja sie sztampowe i nuzace.
Filmy LaBute'a maja najwyrazniej ambicje siegania do dna duszy ludzkiej. W rzeczywistosci przeslizgujac sie po nadetych facjatach bohaterow, ukazuja niewiele poza grymasami i pryszczami. Od strony psychologicznej epizody z walki plci sa czysto naskorkowe; emocjonalne ciosy, jakie sobie zadaja jej uczestnicy, nie wydaja sie specjalnie bolesne, jako ze nie majac glebszych uczuc, nie moga sobie sprawic bolu. Nikogo nie porusza, bo nie sa czujacymi istotami, lecz symbolami postaw. Animujac ich niczym kukly, LaBute nie odkrywa niczego nowego na temat naszej natury, tylko namolnie dowodzi slusznosci z gory zalozonej tezy. Byc moze hedonistycznej kulturze amerykanskiej potrzebny jest kaznodzieja wygrazajacy palcem i straszacy jakimis blizej nieokreslonym potepieniem. Problem w tym, ze kazaniom LaBute'a brak prawdziwej pasji i ze z filmu na film staja sie one coraz nudniejsze.
*
Nowhere in Africa ma wszelkie zalety telewizyjnego Masterpiece Theater - renomowane zrodlo literackie, staranna realizacja, rzetelne aktorstwo, piekne krajobrazy i sluszne przeslanie. Ale z niemieckiego filmu, ktory zdobyl w tym roku Oscara dla najlepszego filmu obcojezycznego, przebija rowniez wiele slabosci typowych dla prostolinijnej wersji klasyki na leniwy, niedzielny wieczor.
Oparty na powiesci Stefana Zweiga film jest historia zamoznej rodziny zydowskiej Redlichow z niemieckiego Breslau, ktora chroni sie przed przesladowaniami hitlerowskimi w Kenii. Walter (Merab Ninidze), ktory opuscil Niemcy, pierwszy wzywa w dramatycznym liscie zone Jettel (Juliane Kohler), aby wraz z ich 5-letnia corka Regina (Lea Kurka) dolaczyla don jak najpredzej. Gdy Jettel dociera na odlegla farme w srodku afrykanskiej rowniny, zastane warunki sa dla niej szokiem. Walter, ktory w Niemczech byl prawnikiem, pracuje dla angielskiego hodowcy bydla i mieszka w prymitywnej szopie, zbitej z dykty i falistej blachy. Jettel odmawia rozpakowania skrzyn z porcelana Rosenthala w przekonaniu, ze ich pobyt w tym godnym pozalowaniu miejscu bedzie krotki. To nastawienie prowadzi do konfliktow miedzy malzonkami, poglebianych przez coraz mroczniejsze wiadomosci nadchodzace z Niemiec. Bohaterka filmu jest jednak w istocie Regina, ktora szybko oswaja sie z otoczeniem i zaprzyjaznia z czarnoskorym kucharzem Owuorem (Sidede Onyulo). Dzieki niemu Regina przekracza niewidzialna granice miedzy bialymi i tubylcami, zaprzyjaznia z miejscowymi dziecmi oraz uczy sie jezyka i obyczajow Masajow.
Nowhere in Africa jest potoczysta, ladnie filmowo zilustrowana opowiescia. W ujeciu rezyserki Caroline Link historia Redlichow jest swego rodzaju zydowska robinsonada, tylez ucieczka od zagrazajacego im swiata, co przygoda. Ten ostatni walor podkreslaja zdjecia Gernota Rolla. Przez film przewija sie wiele roznych watkow - malzenski konflikt i tesknota za krajem, odkrywanie nowego swiata i tolerancja dla innej kultury, prawa natury i wspolzycie z dzika przyroda. Ale zaden z nich nie staje sie dominujacy. Link chwilami brak wyczucia dramatycznego efektu, kiedy indziej dramaturgicznych konsekwencji.
Redlichowie w Kenii sa potrojnie obcy - jako Zydzi wsrod gojow, Niemcy wsrod Brytyjczykow i biali wsrod czarnych Afrykanow - i to stwarza pole potencjalnych napiec i konfliktow. Ale Link najczesciej wygladza wszystkie kanty i chropowatosci i wypuszcza pare z nabrzmialych sytuacji bez wiekszego efektu. Jednym z nielicznych wyjatkow jest scena internowania rodzin niemieckich uciekinierow, ktore z braku innych pomieszczen zakwaterowane zostaja przez Anglikow w luksusowym hotelu w Nairobi. Nowhere in Africa ma w rezultacie aure opisu pouczajacych, lecz nie w pelni ukazanych doswiadczen, ktora cechowala obowiazkowe lektury szkolne.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |