[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (9 maja 2003)


NINA TAYLOR-TERLECKA

Polonus
humoris causa

O Fryderyku Jarosym pare okruszyn archiwalnych

Nie ma nic tak ulotnego jak spektakl. Sa jednak artysci sceniczni, ktorzy wywieraja urok zza grobu, przesladuja pamiec zywych, podbijaja nowe pokolenia i zyskuja nowych wielbicieli. Wsrod nich prym wiedzie Fryderyk Jarosy, jedyny w swoim rodzaju wysokiej klasy czarus i konferansjer. Kochal Polske i nawet Polakow, jak rzadko kto. Zasluzylby na dobrych pare orderow. Za czasow pokoju wyszkolil i rozkochiwal w sobie najpiekniejsze artystki polskiej estrady, a podczas okupacji hitlerowskiej narazal sie niezmiernie, kolportujac po Warszawie swoje antyniemieckie wiersze.

Ale w powojennym Londynie byl traktowany po macoszemu. Co prawda warunki zyciowe wiekszosci emigrantow, tym bardziej aktorow, nie sprzyjaly wzajemnej pomocy. Wystepujaca w teatrze Mariana Hemara aktorka, ktorej zalezalo na gazach, mogla liczyc na 4 funty 10 szylingow tygodniowo. A zasilki dla bezrobotnych wynosily 8 funtow miesiecznie.

W archiwum Tymona Terleckiego zachowaly sie znikome slady po znajomosci ze slynnym Wegrem, w sumie dwa listy, jedno zawiadomienie o zmianie adresu, dwie kartki swiateczne (co na owe czasy moglo uchodzic za luksus) i cztery kartki wakacyjne. Te okruszyny jednak maja swoja wymowe, a braki uzupelniaja poniekad listy od innych osob.

Pierwszy dokument pochodzi z wiosny 1949 r., kiedy Jarosy i Terlecki wraz z Waclawem Grubinskim, Mila Kaminska i Zygmuntem Nowakowskim byli jurorami konkursu teatralnego rozpisanego przez Towarzystwo Przyjaciol Teatru Polskiego. Moze przy kawie Jarosy przedstawil sprawe swojej powiesci, moze poprosil o rade. Mimo ze nie mogl miec zludzen co do literackiej wartosci tej prozy, zyczliwy mu Terlecki wstawil sie za nim do dwu redaktorow. Na jego list Jerzy Giedroyc odpisal juz pod koniec maja 1949 r.

"Drogi Panie,

Przeczytalem z zainteresowaniem maszynopis Jarosy’ego i zupelnie sie zgadzam, ze napisana jest zrecznie i czyta sie ja gladko. Nie jest to na poziomie Simenona, ale nawet bardzo dobra jak na analogiczna produkcje polska. Niestety do Kultury nie nadaje sie. Wydaje mi sie, ze pasowalaby doskonale do Dziennika. Drukuja takie szmiry, ze az wstyd. No ale na to pismo zdaje sie nikt nie ma wplywu.

Bardzo sie ciesze na zapowiedz przyjazdu Pana do Paryza.

Lacze wiele serdecznosci,

Jerzy Giedroyc".

Druga proba rowniez zawiodla. W ostatni dzien sierpnia redaktor naczelny The Polish Daily, Tadeusz Horko, usprawiedliwial swoja odmowe:

"Drogi Kolego,

Zwracam w zalaczeniu przyslana mi przez Pana powiesc p. F. Jarosy’ego, z ktorej niestety nie bede mogl korzystac. Opinia moja o tej powiesci, ktora potwierdzily w pelni pewne osoby (wsrod nich p. W. Grubinski), proszone przeze mnie o jej przeczytanie, dyskwalifikuje ja jako powiesc odcinkowa. Jest to wprawdzie w zasadzie thriller, jednak ze zbytnio rozbudowana czescia psychologiczna, ktora moze wywolac - moim zdaniem sluszne - protesty wsrod fachowcow. Nie ma nic niebezpieczniejszego niz luzne domysly natury psychologicznej, podawane jako pewnik. Cierpi tez na tym konstrukcja samej powiesci. Uwazam, ze powiesc p. Jarosy’ego wymagalaby zbyt wielkich poprawek i w konstrukcji, i nawet w samym swym zalozeniu, abym mogl sie zdecydowac na jej druk.

Niemniej jednak jestem Panu niezmiernie zobowiazany za tak mila pamiec".

W czerwcu 1951 r. teatr Hemara urzadzil wieczor pozegnalny dla Konrada Toma, ktory mial wkrotce wyjechac do Ameryki. W postscriptum do sprawozdania Terlecki dopisal: "Juz dosc dawno Janusz Kowalewski poruszyl tutaj sprawe Fryderyka Jarosego (sic!). Wiadomosc, ze pracuje on fizycznie, i to nocami, wywarla duze wrazenie. Ale tez skonczylo sie na wrazeniu. Nikt nic nie zrobil, aby artyscie, ktory przekroczyl juz wiek kanoniczny stworzyc inna mozliwosc zycia. Moje kolatania do osob i organizacji takze nie daly wyniku. Nie pozostaje wiec nic innego jak sprawe skierowac z powrotem przed opinie publiczna, korzystajac z okazji stworzonej przez wyjazd jednego z kolegow Jarosego. Jarosy zyje wsrod nas, a jest tak jakby rowniez odjechal.

Jest on Polakiem adoptowanym, Polakiem z wolnej opcji, ale serdecznie wiernym. Przystal do nas, gdy bylo nam dobrze. Nie opuscil nas, gdy jest zle. Nie wolno go zapomniec. Trzeba cos w tej sprawie zrobic i to natychmiast. Aby po niewczasie nie bylo nam zal i wstyd" (Wiadomosci, nr 274 z 1 lipca 1951 r.).

Na te inicjatywe Jarosy zareagowal blyskawicznie.

"London, 30 czerwca 51 r.

Drogi Panie Doktorze,

Kolega - robotnik fabryczny, Andrzej Stronski, mowil mi o wzmiance, ktora Drogi Pan napisal dla Wiadomosci, i wczoraj Redaktor Grydzewski byl laskaw przyslac mi egzemplarz swego oazowego tygodnika.

Bylem wzruszony dowodem Panskiego wspolczucia i bardzo dziekuje za okazane mi serce.

Panu i kochanej Panskiej malzonce w szczerej przyjazni

oddany

Fryderyk Jarosy".

Na tym nie skonczyly sie starania. Niedlugo przedtem Tola Korian napisala do Bronislawa Horowicza, przyjaciela Leona Schillera i kolegi Terleckiego z przedwojennego Panstwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Zatrudniony w Radiodiffusion et Télévision Francaises w Paryzu, Horowicz rezyserowal wowczas w De Nederlandsche Opera w Amsterdamie. W krociutkim lisciku z 18 czerwca 1951 r. zapowiadal przyjazd do Londynu po 2 lipca.

Kolejny sympatyk Jarosy’ego to Janusz Kowalewski. Sam mial wyjatkowo ciezkie warunki zyciowe, wiedzial z doswiadczenia, co to znaczy robota fizyczna. Informowal Terleckiego:

"[Jarosy] byl u nas w zeszlym tygodniu i opowiadal, ze wraca ze spotkania z Panstwem i rezyserem jakims […]. Wyjezdza na dwa tygodnie (moze nawet juz wyjechal) do Austrii na zaproszenie jakiejs trupy teatralnej. Ten wyjazd zbiegl sie z jego urlopem w fabryce. Panu jest bardzo wdzieczny. Mowil, ze tego Horowicza sciagnela specjalnie w jego sprawie Pani Tola. Z duza melancholia opowiadal o echach tego Panskiego dramatycznego wezwania - zadne. W fabryce tylko jakis wysoki oficer zapytal go z mrugnieciem oka, ile go kosztowala ´taka reklamkaª. O Antokolu mowil tak, ze owszem by poszedl, ale go nikt nie zaprasza. Jest ogromnie rozzalony. Oferty Marianskiego z podziekowaniem nie przyjmuje - za malo platne". (List bez daty, z pierwszej polowy lipca 1951 r.).

W mniemaniu Kowalewskiego wyjazd artystyczny Jarosy’ego do Austrii stanowil swietny pretekst do przypomnienia go srodowisku londynskiemu. Znow nadzieja spelzla na niczym, jak swiadczy jego list do Terleckich z 7 wrzesnia 1951.:

"Wielce Szanowni i Kochani Panstwo,

[…] Jarosy jest w najczarniejszej rozpaczy. Chcialem napisac o nim - wlasciwie o jego wystepie rezyserskim w Austrii - wzmianke do ktoregos z naszych organow. Powiedzial: ´Nie chce, zeby w prasie polskiej bylo o mnie cokolwiekª. Dlaczego? Okazalo sie, ze tego wlasnie dnia mial dwa miazdzace spotkania z rodakami. Jedno w Labour Exchange (stara sie o prace umyslowa) z urzednikiem Polakiem, ´British subject’emª. Czynownik najpierw cierpko zwrocil uwage, ze tu jest urzad angielski i nalezy mowic po angielsku, a potem, kiedy zobaczyl nazwisko, powiada: ´To jest nazwisko wegierskie, to co Pan udaje Polaka?ª.

Drugie spotkanie u W. dentysty. Jarosy opowiedzial mu swoje bole, a W. (znacie go chyba?) krzyczy: ´Ja juz Pana wybawiam z klopotow. U mnie mieszka taki jeden wodzª (wiem, ze mieszka tam wasz J., ktory nie chcial mi dac u siebie swego czasu posady stroza bo ´komunistaª, i G.). Za pol godziny W. zszedl do niego blady jak papier i powiada: ´Jaki to zly narod ci Polacy - on powiedzial, ze aktorom w ogole zle sie powodzi i ze nie ma powodu roztkliwiac sie nad losem jednego, a poza tem, jesliby juz mial komus pomagac, to raczej rdzennemu Polakowiª. Jesli to jest prawda, to uwazam, ze sprawa kwalifikuje sie do jakiegos sadu obywatelskiego".

Londyn to Londyn, a za oceanem Konrad Tom nie zapomnial o przyjacielu. Na jego tez zaproszenie Jarosy wyruszyl w rok pozniej przez wielka wode. Z Nowego Jorku wyslal do Toli Korian widokowke z Empire State Building:

"Droga Pani Tolo,

Rozstalem sie przed chwila z Lechoniem i Jozefem Wittlinem, i prof. Weintraubem. Wobec tego, ze duzo i bardzo serdecznie (wcale nie po ´rodackuª) o Pani i Panu Tymonie rozmawialismy, chce na Pani rece wyslac a lot of dobrych mysli i zyczen dla Was Obojga.

Niezmiernie serdecznie oddany

Jarosy".

W pol roku pozniej przyszla kartka swiateczna - zyczenia "przesylaja szczerze oddani J. Woyciechowska-Jarosy, Fryderyk Jarosy". (Inna kartka swiateczna bez daty jest podpisana po prostu "w niezmiennej przyjazni - Fryderyk Jarosy".) Niedlugo potem z okazji przeprowadzki do nowego domu "Fryderyk JAROSY wishes to inform you that after June 21-st 1953 his new address will be:

Tfu, tfu, tfu

314 Munster Road

London, S.W.6

TEL: FULham 9056".

Takie to drobnostki, same blahostki. Szczupla ta korespondencja urwala sie potem na pare lat, chociaz kontakt sie nie zerwal. W maju 1954 r. Zwiazek Pisarzy Polskich na Obczyznie urzadzil w Ognisku Polskim wieczor poswiecony XXX-leciu Wiadomosci, w ktorym to wieczorze pod przewodnictwem Stanislawa Stronskiego uczestniczyli Stanislaw Balinski, Maria Danilewiczowa, Juliusz Sakowski, Stefania Zahorska i Terlecki. Wygloszone teksty ukazaly sie drukiem w specjalnym numerze Wiadomosci (nr 507/508 z 25 grudnia 1955 r.), potem w postaci ksiazkowej pt. XXX-lecie "Wiadomosci" w 1957 r. Do tego nawiazuje kolejny list Jarosy’ego z 15 czerwca 1955 r.

"Drogi Panie Tymonie.

Przesylam na Pana rece obiecane pare slow do jubileuszowego numeru Wiadomosci.

1) Jesli sie Panu nie podobaja, to prosze ich nie umiescic - i zadnych, jak Babcie kocham, pretensji nie bede mial.

2) Jesli sie Panu podobaja i znajdzie Pan bledy stylu, ortograficzne lub gramatyczne, to uprzejmnie (sic!) prosze o poprawienie.

3) Jesli sie Panu podobaja i nie znajdzie Pan zadnych bledow, to prosze mnie podziwiac.

Ale w kazdym z tych trzech wypadkow prosze b. serdecznie pozdrowic i ucalowac pania TOLE.

Sciskam dlon - szczerze Panu oddany

Fryderyk Jarosy".

Mocno juz schorowany (byl po kilku zawalach), Jarosy zaskakuje swoja nonszalancka pogoda ducha, niefrasobliwym tonem. Rzymska widokowka z fontanna di Trevi z 1955 r. informuje niemal telegraficznie: Still going strong! Love Jarosy. Na rok przed smiercia spedzil wakacje w Folkestone. Kartka stamtad pokazuje niezbyt wesoly widok angielskiego wybrzeza: "Bathing pool, pleasure grounds and beach.

Tu jest bardzo ladnie, bardzo zdrowo, bardzo tanio i niestety bardzo po angielsku. Ale wracam stopniowo do zdrowia i wroce 7./8 do Londynu.

Tym czasem drogiemu [sic!] Panstwu bardzo serdeczne pozdrowienia!

Fryderyk Jarosy

Marks & Spencer

Woolworth

Boots

Burton

Collier".

Ostatnia kartka zostala wyslana z Rapallo. Tresc ze wszech miar szablonowo wakacyjna: "Drogim i Kochanym Panstwu bardzo serdeczne pozdrowienia z urlopu, ktory z nieba spadl. Bardzo szczerze oddany, Fryderyk Jarosy". Widokowka przedstawia wprzegnietego do powozu uroczego osiolka w slomianym kapeluszu, z odrecznym dopiskiem Jarosy’ego "Autoportret". Tak zegnal przyjaciol londynskich "znany inostraniec", do ktorego Franc Fiszer przy spotkaniu ryczal tubalnym glosem: "Bigos wita gulasz!", ktory dla Boya-Zelenskiego byl tworca "Montmartre’u na Senatorskiej", dla Slonimskiego byl Reinhardtem dla ubogich, a wedle wlasnego okreslenia pozostal, mimo goryczy losu Polonusem humoris causa.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail