MALGORZATA MARKOFF
Jan Marcin Szancer
- malarz dzieciecych marzen
Dwa dziurawe buty szly po podlodze.
W kazdym bucie bylo po jednej nodze.
A na dwoch nogach ubranych w spodnie
Jan Marcin Szancer przechadzal sie godnie.
To ten artysta, slynny ilustrator,
Znany od Amsterdamu az po Ulan Bator.
Jan Marcin Szancer psa rudego mial,
Pies ten byl rasy, co sie zwie czau-czau
I nie uzywa jezyka hau-hau.
Gdyz na przekor psim obyczajom
Psy czau-czau mrucza, ale nie szczekaja.
Otoz pies ten codziennie od rana
Mruczal u nog swego pana
I lasil sie do niego dopoty
Az z milosci zaczal obgryzac mu buty.
Taka sobie wymyslil zabawe.
Dlatego wlasnie buty te byly dziurawe.
Jan Brzechwa
W listopadzie 2002 roku minela setna rocznica urodzin Jana
Marcina Szancera, tworcy ilustracji do ponad dwustu ksiazek
dla dzieci i doroslych. Na jego ilustracjach do basni Andersena, Pinokia, bajek Brzechwy i wierszy Tuwima wychowalo
sie kilka pokolen Polakow.
Patronat nad obchodami tej rocznicy objal prezydent Aleksander
Kwasniewski. W Galerii Grafiki i Plakatu w Warszawie zorganizowano
wystawe prac artysty, na ktorej, miedzy innymi, ogladac mozna
bylo ilustracje ksiazkowe z Przygod pana Kleksa, Pinokia, Jasia i Malgosi. Czesc z nich przeznaczono do sprzedazy.
O artyscie pamietal tez Poznan. W listopadzie 2002 r. w Muzeum
Literackim im. Henryka Sienkiewicza otwarto wystawe pod tytulem Jan Marcin Szancer - w setna rocznice urodzin.
Szancer byl prawdziwym czlowiekiem renesansu. Jest pamietany
przede wszystkim jako ilustrator, a przeciez byl takze scenografem
teatralnym, kostiumologiem, malarzem, dziennikarzem, podroznikiem,
krytykiem, nauczycielem akademickim, aktorem, pisarzem, wspoltworca
Telewizji Polskiej, wspolzalozycielem czasopism dla dzieci
- Plomyczka i Swierszczyka, czlonkiem Panstwowej
Rady Kultury.
Urodzil sie w 1902 r. w Krakowie. Jego babcia byla aktorka
w teatrze wiedenskim i to dzieki niej, jak twierdzil, zainteresowal
sie teatrem. Do malowania przekonala go natomiast ciocia Helena,
kupujac mu na urodziny pedzelek i farbki. Ojciec, wybitny
matematyk, pracowal w firmie ubezpieczeniowej "Florianka".
Rodzina Szancerow wiodla typowo mieszczanskie zycie, nie zaniedbujac
jednak czestych wizyt w teatrze i muzeach. Juz od najmlodszych
lat Jan Marcin slyszal od ojca, ze zostanie aptekarzem. Kiedy
mial lat kilkanascie, rodzice wyslali go do dalekich krewnych
na aptekarska praktyke. Zawod "pigularza" wydal
mu sie wtedy najnudniejszy na swiecie. Z ulga powrocil do
Krakowa i swych artystycznych pasji. W autobiografii wspominal
po latach: "Na moje zamilowania artystyczne, na to wieczne
bazgranie po zeszytach, na byle skrawku papieru i nawet na
gazecie, patrzono z poczatku poblazliwie, nawet pochwalono
mnie, ze udalo mi sie narysowac cos <podobnego do ludzi>".
W gimnazjum ilustrowal szkolne pisemko Swiatlocienie.
W tym czasie przezywal okres fascynacji sztuka Dalekiego Wschodu,
zwlaszcza Japonii. Podczas wojny polsko-sowieckiej w 1920
r. zaciagnal sie do armii i wyjechal do Warszawy. Jednak ze
wzgledu na slaby wzrok zwolniono go ze sluzby, wrocil wiec
do rodzinnego miasta. Po wojnie przyjeto go do Akademii Sztuk
Pieknych w Krakowie. Studiowal z Janem Cybisem i Jozefem Czapskim.
Czesto uczestniczyl w spotkaniach literackich, na ktorych
czytano wiersze futurystow, miedzy innymi Brunona Jasienskiego
i Stanislawa Mlodozenca. Mimo tych mlodzienczych fascynacji
nigdy nie przylaczyl sie do futurystow, kubistow, surrealistow
czy formistow. Podczas studiow statystowal w teatrze, by zarobic
kilka zlotych. Poznal Irene Solska i Stanislawe Wysocka. Za
zaoszczedzone pieniadze wybral sie na wycieczke do Florencji,
Rzymu i Wenecji. Do konca zycia pozostal pod urokiem sztuki
wloskiej. "Jest cos niepojetego w spotkaniu z oryginalem,
z tym plotnem, ktorego dotykal swa reka artysta, nasycal je
barwa swojej wyobrazni" - zanotowal.
Po powrocie do Krakowa kontynuowal studia pod okiem Jozefa
Mehoffera, ale konflikt z wielkim artysta zmusil go, choc
na krotko, do zmiany uczelni. Wybral historie, ale szybko
przeniosl sie do Miejskiej Szkoly Dramatycznej przy Teatrze
Slowackiego. Marzyl o wielkich rolach, ale przeszkoda okazala
sie jego wrodzona niesmialosc.
Niemal przypadkiem wystawil w pracowni profesora Teodora
Axentowicza kilka swoich wczesniejszych prac i nieoczekiwanie
otrzymal za nie nagrode. Axentowicz roztoczyl nad nim artystyczna
opieke. Szancer poznal takze Xawerego Dunikowskiego i pozowal
mu do postaci sw. Jana.
Po ukonczeniu studiow w 1926 r. ozenil sie i podczas gdy
czesc jego kolegow wyjechala do Paryza do pracowni Jozefa
Pankiewicza, on sam zaczal zawodowe zycie od malowania scenografii
teatralnych. W Warszawie projektowal scenografie w Operetce,
a w Krakowie uczyl rysunkow w dwoch gimnazjach. Na krotko
wyjechal z zona do Paryza, gdzie wynajal skromna pracownie
malarska. Gdy skonczyly im sie pieniadze, powrocili do rodzinnego
miasta. Szancer zaprezentowal swe prace: rysunki, portrety
olejne, pejzaze i ilustracje do bajek w Palacu Sztuki, ale
wystawa przeszla niemal bez echa. Wtedy, w 1929 r. uslyszal
od Dunikowskiego: "Bo ty bedziesz ilustratorem".
"To bylo proroctwo, ale, jak wiadomo, nie bardzo lubimy
proroctwa sprzeczne z naszymi marzeniami, wiec i ja obrazilem
sie smiertelnie" - wspominal Szancer. Zaraz po wystawie
otrzymal oferte pracy. Byla to posada rysownika i felietonisty
w Ilustrowanym Kurierze Codziennym. "Pisalem o
sztukach magicznych i lunaparku, o tym, jak wygladaja mosty
w roznych czesciach swiata; felietony o architekturze, teatrze
i przedmiotach niezwyklych i powszednich".
Ciagnelo go jednak do teatru, wiec ponownie zaczal projektowac
scenografie. Nieoczekiwany spadek po dalekim krewnym przeznaczyl
na wyprawe do Maroka i Wloch. Krotko redagowal Gazete Artystow,
ale klopoty finansowe zmusily go do szukania szczescia w stolicy.
Korzystajac z pomocy przyjaciol udal sie do Cyrulika Warszawskiego i przedstawil swe rysunki Fryderykowi Jarossyemu. Na
poczatek dostal zamowienie na makiete konia i dorozki, ale
kolejnych zamowien nie bylo. Na szczescie jego ilustracjami
zainteresowaly sie warszawskie wydawnictwa. Szancer zaczal
projektowac okladki ksiazek. Pisal tez felietony z pieszych
wedrowek po stolicy. Z lat 30. - co ciekawe - wyjatkowo cieplo
wspominal swa wspolprace z Wanda Wasilewska i Janina Broniewska.
Ilustrowal wtedy Plomyk, pismo dla mlodziezy.
Dlugie rozstanie z zona, ktora caly czas przebywala w Krakowie,
doprowadzilo do rozpadu malzenstwa i rozwodu. Jan Marcin Szancer
nie porzucil Warszawy, choc kilkakrotnie tracil prace. Znalazl
tymczasowe zajecie przy kreceniu filmow, do ktorych projektowal
kostiumy i rekwizyty. Dekorowal takze wielkie sale dancingowe
stolicy. Powaznym przedsiewzieciem okazal sie film Wandy Jakubowskiej Nad Niemnem. Cala ekipa spedzila kilka dni w Bohatyrowiczach,
tak szczegolowo opisanych przez Elize Orzeszkowa. Niestety,
film splonal we wrzesniu 1939 r. Wybuch wojny przerwal tez
realizacje filmu Zolnierz krolowej Madagaskaru. We
wrzesniu 1939 r. Jan Marcin Szancer opuscil Warszawe i wraz
z grupa warszawiakow ruszyl w kierunku Lwowa. Tam odnalazl
matke i krewnych, szybko jednak powrocil do stolicy, gdzie
przezyl niemal cala okupacje. Ozenil sie z mloda aktorka Zofia
Sykulska, a jego mieszkanie bylo miejscem spotkan czlonkow
ruchu oporu. Nie przestal malowac nawet podczas wojny. To
wlasnie wtedy zilustrowal basnie Andersena, opowiadania Hanny
Januszewskiej, Ewy Szelburg-Zarembiny i bajki Jana Brzechwy.
Typowa dla niego nierowna kreska szkicowal postacie i wnetrza,
dbajac o najdrobniejsze szczegoly charakterystyczne dla danej
epoki historycznej i stylu. Juz w roku 1940 polaczyla go prawdziwa
przyjazn z Brzechwa. "Beda mi wiec wiersze Janka towarzyszyly
przez lata okupacji jak usmiech. Nawet w najtragiczniejszych
momentach przychodzily mi na mysl znakomite, surrealistyczne
puenty wbijajace sie w pamiec jak przyslowia".
W roku 1944 Jan Marcin Szancer projektowal ulotki powstancze.
Po wojnie wrocil do Krakowa i zglosil sie do redakcji Czytelnika
ze slowami: "Chcialbym tu pracowac i przyjme kazda prace
pod warunkiem, ze dostane chleb". Kiedy wydawnictwo przeniesiono
do Lodzi, Szancer zamieszkal w Grand Hotelu. Stracil jednak
prace i tylko dzieki zonie otrzymal mieszkanie w budynku zamieszkanym
przez wybitnych artystow - Erwina Axera, Nine Andrycz, Jerzego
Kreczmara i Jana Rybkowskiego. Niebawem losy zaprowadzily
go znow do Warszawy, gdzie w dodatku do Glosu Robotniczego wykonywal ilustracje dla dzieci.
"Oczywiscie uradowany chwalilem sie na prawo i lewo,
ze znowu mam prace. Po kilku dniach wezwal mnie do siebie
redaktor Uzdanski i oswiadczyl mi, ze otrzymal od moich przyjaciol
informacje, ze jestem rozrabiaczem, czlowiekiem bardzo trudnym
i ze ostrzegaja przed wspolpraca ze mna".
Po kolejnej wyprawie do Paryza Szancer rozpoczal prace przy
scenariuszu do filmu o powrotach z obozow. Film okazal sie
totalna klapa, do czego sie otwarcie przyznawal. Kiedy redakcja
Czytelnika przeniosla sie do Warszawy, Jan Marcin Szancer
dostal kolejna szanse. Poczatki byly jednak bardzo trudne,
a pozbawiony dachu nad glowa artysta na krotko zamieszkal
w biurze. Ogromne wrazenie robilo na nim tempo odbudowy stolicy.
"Ktos sobie pokpiwal, ze Polacy nie pracuja, tylko walcza,
zdobywaja, osiagaja, bo u nas lubi sie uzywac wielkich slow
nawet w stosunku do normalnych spraw. Nie bardzo sobie jednak
moge wyobrazic, aby w ogole mozna bylo odbudowac Warszawe,
szczegolnie w pierwszym okresie, bez tego polskiego romantycznego
zrywu".
Na poczatku lat 50. nawiazal wspolprace z Julianem Tuwimem,
ilustrujac jego slynna Lokomotywe wydana przez Ksiazke
i Wiedze w 1951 roku. Zostal rowniez wykladowca w warszawskiej
Akademii Sztuk Pieknych, a latach 1953-54 tworzyl zreby polskiej
telewizji, w ktorej byl kierownikiem artystycznym. "Nie
zalowalem nigdy lat spedzonych w telewizji, nie zaluje rowniez
rozstania z ta instytucja, bo jesli kiedys film nazywano slusznie
fabryka snow, to telewizja jest na pewno fabryka bezsennosci".
Do konca zycia najwieksza radosc czerpal z ilustrowania ksiazek
(czesto do tych ilustracji pozowaly mu zona i corka oraz Misia
- suczka rasy chow-chow, uwieczniona w Krasnoludkach i
sierotce Marysi) i egzotycznych podrozy. W latach 60.
powrocil do projektowania kostiumow i scenografii dla warszawskich
teatrow. Jego dzielem byly kostiumy do filmow Awantura
o Basie i Panienka z okienka, w ktorym zadebiutowala
jego corka Malgosia.
Jan
Marcin Szancer zmarl 21 marca 1973 roku. We wstepie do autobiografii Curriculum vitae wydanej w 1969 r. napisal: "Sa
ludzie, ktorzy szczyca sie, ze na jednym miejscu przepracowali
cale zycie. Podziwiam ich, ale moja niespokojna natura i czasy,
w ktorych danym mi bylo zyc, nie pozwolily niezaleznie od
mojej woli na tak uregulowane bytowanie".
Zrodla:
Jan Marcin Szancer, Curriculum vitae,
Czytelnik, Warszawa 1969;
Jan Marcin Szancer, Teatr cudow, Czytelnik, Warszawa
1972.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |