PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (25 kwietnia 2003)


ANDRZEJ ZWANIECKI

Nowojorska
kronika kulturalna (film)

SMIECH NA POL GWIZDKA,
SMIERC PRZEZ TELEFON
ORAZ FOLKOWE
KOMBATANCTWO

Bringing Down the House wiecej obiecuje, niz daje, jak juz daje, to robi to z rezerwa, a jak pozbywa sie rezerwy, to za bardzo sie wysila. Ale bywa tez naprawde zabawny. Ta komedia to czarno-bialy przekladaniec, ktory laczy bialego, rozwiedzionego adwokata Petera (Steve Martin) z czarna uciekinierka z wiezienia Charlene (Queen Latifah). On spotyka ja w rezultacie randki w ciemno i jest rozczarowany, ze ona nie jest smukla blondynka z niebieskimi oczami; ona liczy na to, ze on pomoze jej w apelacji od wyroku i odzyskaniu dobrego imienia.

Glownym zrodlem humoru sa tu wyolbrzymione roznice kulturowe miedzy bialym sztywniakiem a czarna wolna dusza. Przeciaganie liny miedzy bohaterem, ktory usiluje wyrzucic natreta z domu, i bohaterka, ktora sabotuje jego zycie prywatne i zawodowe, rodzi serie mniej lub bardziej zabawnych gagow. Choc czesto sa one wymierzone w rasizm i rasowe stereotypy, rownie czesto odwoluja sie do innych stereotypow zakorzenionych w politycznej poprawnosci. Biali sa tu wylacznie zamozni, sztywni, przepracowani i zahamowani; czarni wrecz odwrotnie - biedni, beztroscy, uczuciowi i wyluzowani. Kulturowa wymiana miedzy nimi jest jednak bardzo jednostronna. Charlene uczy Petera, jak sie bawic, obchodzic sie z dziecmi, a nawet jak ozywic w sobie energie seksualna. Peter ma jej do dania niewiele wiecej poza platynowym telefonem komorkowym. W rezultacie film ma mdla aure telewizyjnych komedii sytuacyjnych, w ktorych wszystkie kanty sa wygladzone i wszystkie rozwichrzenie przyklepane, a publicznosc smieje sie na sygnal.

Bringing Down the House jest dosc typowa dla Hollywood mieszanka elementow farsy i burleski zabarwiona pedagogika spoleczna i romantyczna hucpa. W tym pomieszaniu materii nie byloby nic zlego, gdyby nie to, ze zabraklo logicznych i potencjalnie obiecujacych konsekwencji sytuacji wyjsciowej. Choc po przelamaniu lodow miedzy bohaterami wszystko wskazuje na rosnace zauroczenie Charlene i Petera, scenarzysta Adam Shankman pcha tego ostatniego w objecia bylej, banalnie milej zony (Jean Smart), ktora istnieje wylacznie po, aby on mogl do niej wrocic. Zabawne uwodzenie Charlene przez kolege Petera (Eugene Levy), ktory adoruje ja poslugujac sie murzynskim slangiem, jest tylko surogatem takiego rozwoju akcji.

Zboczywszy z kursu miedzyrasowego romansu z komediowym zacieciem, film pograza sie w coraz bardziej wydumanych sytuacjach (z ktorych wszakze jedna owocuje najsmieszniejsza scena w filmie, gdy Steve Martin udaje hiphopowego swojaka w murzynskim klubie). Sa one chwilami tak sztuczne (np. stara rasistka z miliardami, ktora swietnie sie bawi w hiphopowym klubie), ze smiech wiednie na ustach. Rezyser Adam Shankman brnie jednak do karkolomnego finalu zupelnie tym niezrazony. Do tego stopnia, ze czlowiek zaczyna marzyc, aby bohater natknal sie na skorke od banana i wywinal kozla. Przynajmniej byloby wiecej smiechu.

*

Sytuacja przedstawiona w Phone Booth moglaby byc tematem zadanym na etiude w szkole filmowej. Arogancki yuppie odbiera telefon dzwoniacy w budce telefonicznej. W sluchawce slyszy glos osobnika, ktory twierdzi, ze mierzy don z karabinu z laserowym celownikiem i nacisnie spust, jesli on odlozy sluchawke. Dla scenarzysty Larry’ego Cohena i rezysera Joela Schumachera ten zarys stal sie jednak punktem wyjscia do skromnego dreszczowca. W ekspozycji czlowiekiem zmierzajacym do budki, zalatwiajac po drodze rozne interesy, jest Stu (Colin Farrell), nowojorski publicysta, ktory utrzymuje sie na powierzchni biznesu nadrabiajac mina i zwodzac klientow. Stu ma atrakcyjna zone Kelly (Radha Mitchell), romansuje na boku z Pamela (Katie Holmes), ludzac ja obietnicami wsparcia kariery. To wlasnie do prywatnego, a nastepnie publicznego wyznania tych drobnych grzeszkow i zdroznych mysli zmusza go pod grozba smierci od kuli drugi bohater filmu - anonimowy snajper (glos Kiefera Sutherlanda). Aby przekonac Stu, ze nie sa to czcze pogrozki, snajper kladzie trupem streczyciela, usilujacego przegonic Stu z budki. To sprowadza na miejsce akcji policje dowodzona przez kapitana Rameya (Forest Whitaker) wraz z wszystkimi ogranymi elementami tego typu konfrontacji.

Scenariusz Phone Booth powstal 20 lat temu, i po filmie to widac. Na przyklad budki telefoniczne zniknely z ulic miast amerykanskich (film wykretnie dowodzi, ze ta tytulowa to ostatnia, ktora ocalala na Manhattanie), a niechec do aroganckich japiszonow - z atmosfery spolecznej. W tej sytuacji umieszczenie w filmie osobnika, uwazajacego sie za kogos w rodzaju aniola msciciela, uzasadnialoby skonfrontowanie go z kims godnym jego morderczej pasji - dyrektorem do spraw finansowych firmy Enron albo dyrektorem naczelnym WorldCom. Tymczasem w filmie snajper neka malego cwaniaczka, ktorego jedynymi przewinieniami sa zadzieranie nosa i marzenie o przespaniu sie z milutka panienka. Niewspolmiernosc potencjalnej "kary" i przewinienia jest tak uderzajaca, ze przez wieksza czesc filmu czeka sie na jakas rewelacje, jakas utajona zbrodnie Stu. Ale ta nigdy sie nie pojawia.

Rowniez reakcje Stu sa nie zawsze psychologicznie przekonujace. Mimo to Schumacher wywiazal sie z zadania nie najgorzej - powiedzmy na czworke z minusem - i Phone Booth przez wieksza czesc projekcji trzyma w napieciu. Najwyrazniej w obawie, ze historia bardziej nadajaca sie na sluchowisko radiowe nie zadziala na ekranie, rezyser ucieka sie do najrozniejszych sztuczek technicznych, umozliwiajacych wprowadzenie do filmu dygresji i drugoplanowych postaci. Ale choc pod wzgledem wizualnym wzbogacaja one film i nadaja mu swego rodzaju mozaikowa fakture, to dla dramaturgii sa one bez znaczenia. Film najskuteczniej trzyma za gardlo wtedy, gdy kamera skupia sie na bohaterze walczacym o przetrwanie z obezwladniajacym glosem psychopaty w sluchawce.

*

Mighty Wind jest produktem intelektualnej dywersji, ktora dziala w dwoch kierunkach - z jednej strony kpi sobie lagodnie z przemyslu muzycznego i ambicji (lub ich braku) estradowych artystow, a z drugiej przystawia krzywe zwierciadlo nostalgicznej tandecie oczekiwan publicznosci. Jonathan Steinbloom (Bob Balaban), syn legendarnego impresaria muzycznego, organizuje po smierci ojca okolicznosciowy koncert folkowy, na ktory zaprasza trzy ulubione kapele zmarlego z lat 60. Tak naprawde tylko jedna z nich - New Main Street Singers - przetrwala burzliwe dekady, ale i ona nie jest autentyczna, bo wystepuja w niej juz dzieci zmarlych zalozycieli. Natomiast dla czlonkow tria Folksmen, ktorzy zaprzestali dzialalnosci estradowej dawno, podobnie jak dla duetu Mitch & Mickey (Eugene Levy i Catherine O’Hara), ktory rozpadl sie wraz z kleska malzenstwa, koncert staje sie okazja do podjecie proby chocby chwilowego odtworzenia dawnych muzycznych, przyjacielskich i romantycznych wiezow i ponownego znalezienia sie w swietle reflektorow.

Film (autorski projekt Eugene’a Levy’ego i Christophera Guesta) ma forme pseudodokumentu przedstawiajacego przygotowania do koncertu. Mamy tu wiec pseudowywiady z pomyslodawca koncertu, jego promotorem Larsem Olfenem (Ed Begley jr) i samymi artystami oraz pseudoarchiwalne zdjecia, okladki plyt i nagrania ilustrujace mniej lub bardziej burzliwe kariery tych ostatnich. Co wiecej, aby jeszcze bardziej uwiarygodnic fikcje, Levy i Guest napisali zyciorysy dla 30 postaci zaludniajacych film i poprosili aktorow je odtwarzajacych o zaimprowizowanie dialogow i monologow. Rezultatem jest luzna, rozwichrzona i sila rzeczy nierowna wiazanka skeczow, komediowych dygresji i parodii, chwilami przypominajaca legendarny Rejs Marka Piwowskiego.

O ile jednak Piwowski byl bezlitosny dla swoich bohaterow i rzeczywistosci, ktora ich stworzyla, Guest i Levy z tymi pierwszymi obchodza sie lagodnie, a te druga w zasadzie ignoruja. Burzliwa milosc i traumatyczne przejscia Mitcha i Mickeya ukazuja oni na przyklad z komediowa werwa, ale i duza doza ciepla i zrozumienia. Szalenstwa, ambicje i proznosc ich i ich kolegow trudno jednak zobaczyc w pelnym wymiarze bez kontekstu politycznego, a film jak ognia unika wszelkich nawiazan do roli, jaka w ich zyciu odegrala wojna wietnamska i inne wydarzenia lat 60. To prawda, ze autorzy przedrzezniaja glownie estradowe sztampy i tandetna nostalgie, ktorymi sie ow fenomen syci. Ale bez osnowy politycznej obraz tamtego pokolenia folkowych szeregowcow jest niepelny, a ich wizerunki sprawiaja wrazenie wyretuszowanych.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail