EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Jednego nie rozumiem: dlaczego Adam Michnik, zeznajac pod przysiega w tak zwanej Rywingate przed wysoka sejmowa komisja sledcza, na pytanie, czy rozmawial o sprawie z prezydentem Kwasniewskim, odpowiedzial stanowczo: "Nie pamietam". Przypomniano mu to "nie pamietam" po miesiacu w telewizji. Pokazano, jak wstaje (bo wstawal przy odpowiedziach) i z jasna twarza mowi: "Nie pamietam". Po co tak zrobil? Wszyscy wiedzieli, ze od dawna jest w zazylosci z Kwasniewskim. Ze bywa u niego. Przestano sie ta przyjaznia gorszyc i dziwic. Michnik nadal pozostawal autorytetem dla wielu. Gdyby jeszcze chcial prezydenta chronic! Oslaniac. Ale przed czym? Przeciez Kwasniewski nie byl tu winny. Nie wyslal Rywina po lapowke. Prezydent dowiedzial sie o aferze z wszedobylskiej plotki. Michnik rozpowiadal o lapowkarskiej propozycji wszem i wobec; wreszcie sam Rywin przeslal prezydentowi kartke na ten temat. Prezydent od poczatku namawial Millera i Michnika, zeby oddali sprawe prokuraturze.
Michnik zwlekal. Wyluszczal powody zwloki. Wreszcie nagrana na dwu kasetach lapowkarska propozycje Rywina ujawnil w Gazecie Wyborczej i przekazal dowody gdzie trzeba.
Byl pierwszym przesluchiwanym i przez prokuratora, i przez sejmowa komisje sledcza. Mowil, ze zaraz po nagraniu opowiadal o zdarzeniu kazdemu, kto sie nawinal. W komisji podkreslal: "Jezeli ktos mowi, ze o sprawie wie ode mnie, to mowi prawde". Taktyka tylko pozornie sprytna. Zapytany wprost przez czlonka komisji, czy osobiscie i w jaki sposob zawiadomil prezydenta o aferze, bez chwili wahania odpowiedzial, ze nie pamieta. Nie musze stawiac kropki nad "i": mozna nie pamietac iksinskich, glowy panstwa sie nie zapomina.
Glupie klamstwo. Deprymujace. Z zazenowaniem konfrontowalam dwa obrazy telewizyjne. Najpierw widzimy Michnika, gdy podnosi sie, ubrany nienagannie, co u niego rzadkie, w biala koszule, czarna marynarke z baretka wegierskiego odznaczenia w klapie, i mocnym glosem mowi: "nie pamietam", a zaraz potem na jakichs archiwalnych zdjeciach widzimy, jak Kwasniewski z Michnikiem obsciskuja sie serdecznie w prezydenckiej posiadlosci w Juracie. Naczelny Wyborczej udal sie do prezydenta niemal natychmiast po nagraniu rozmowy z Rywinem.
Michnik nie jest postacia tuzinkowa. Jest kims wybitnym. Odwaznym. Z klasa. Kims, kto niezawodnie chlubnie przejdzie do naszej historii. Nawet zagorzali wrogowie nie moga odmowic mu formatu. Dlatego zawstydzilo mnie owo niepotrzebne sluzalcze klamstewko. Rozbilo mi obraz osoby.
Moze jednak nie mam racji? Moze maloduszne potkniecie stawia go w rzedzie razem z nami, przybliza do zwyklych ludzi? Nie szkodzi, ze nie pasuje do obrazu.
Natomiast znakomicie pasuje do obrazu modelowego "kolesia" osoba Ryszarda Jarzebowskiego, wicemarszalka Senatu, stwierdzajacego bezwstydnie, ze Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji nie wolno skasowac (tak naprawde, dobro publiczne wymaga natychmiastowej likwidacji), poniewaz, jak mowi Jarzebowski, "nie mozemy zostawiac swoich ludzi na lodzie". Sluszniej byloby powiedziec "towarzyszy", gdyz KRRiTV jest bez reszty upartyjniona. Uczciwosc jedynego "czystego", Juliusza Brauna z Unii Wolnosci, polegala na tym, ze umywal rece. Nie zaglebial sie w negatywne raporty Najwyzszej Izby Kontroli i nie realizowal wnioskow pokontrolnych, chociaz byly to jego podstawowe obowiazki; pozostawal gluchy i slepy, niczego nie widzial, nie slyszal, ale podpisywal, co mu sekretarz Czarzasty podsuwal, i trwal. Ostatnio zrzekl sie przewodnictwa w radzie i gra bohatera. Ale pieniadze bierze. Nie trzasnie drzwiami i nie odejdzie. Drzy o posade. Dlaczego?! Przeciez wie, ze kto raz wdepnal w polityke, temu kolesie - ci czy inni, zmiana barw partyjnych nie ma znaczenia - zginac nie dadza. Takie sa w Polsce obyczaje.
Krajowa Rada, ktora pieknie startowala jako straznik wolnego slowa, w zalozeniu miala byc instytucja oddalona od polityki, obiektywna i ekspercka, jak Rada Polityki Pienieznej i Narodowy Bank Polski. Niestety, stala sie modelowym przeciwienstwem tych pojec. Z przebiegu przesluchan swiadkow wzywanych przed komisje sledcza wylania sie coraz bardziej ponury obraz matactw, lenistwa, niekompetencji i prywaty KRRiTV. Dlatego krzycze: precz z taka rada! Prezydent obiecuje, ze ja rozwiaze, ale sam jest zwiazany ukladami personalnymi, a ponadto potrzeba jeszcze zgody Senatu i Sejmu. Nie ludzmy sie: dlugo pozyjemy pod dyktat mocno podejrzanych figur, roznej masci Czarzastych, nie liczacych sie z przyzwoitoscia wysokiego urzednika, Montkiewiczow (prezes PZU "Zycie"), dla ktorego jedynym nakazem jest samowola, i Naumanow. Ten ostatni, jako nadzorca Narodowego Funduszu Zdrowia, dzierzy jednoosobowa wladze nad trzydziestoma miliardami zlotych, czyli nad cala pula przeznaczona dla lecznictwa.
Czekalam na zeznania Boleslawa Sulika w komisji sejmowej. Znalam go i jego rodowod od dawna i darzylam szacunkiem. Zostal jednomyslnie wybrany na pierwszego przewodniczacego rady. Mlodosc spedzil w Londynie u boku ojca, czlowieka nieposzlakowanego, ktorego wraz z gen. Andersem wyrwal z celi smierci na Lubiance uklad Sikorski-Majski.
Po latach syn przypial ostrogi nie wojskowego, ale dokumentalisty, ktore szlifowal w BBC. Chwaly przydal mu film In Solidarity o naszej pierwszej "wojnie na gorze", robiony na goraco na miejscu. Mlodziutki Michnik bywal u niego w Londynie; zaprzyjaznili sie na smierc i zycie. Gdy Sulik wrocil do kraju, Michnik przecieral mu drogi. Z przewodniczacego Krajowej Rady przeszedl gladko do Rady Nadzorczej Telewizji Publicznej. Pensja wielka. Nie przeszkadzalo mu to jednak wziac dodatkowa posade w tejze Telewizji Polskiej, ktora nadzorowal, kierownika redakcji scenariuszy.
Teraz siedzi przed komisja, troche jak Wernyhora, z siwym wlosem opadajacym z lekka na ramiona. Gdy posel Zbigniew Ziobro pyta Sulika, czy nie widzi konfliktu interesow w sprawowaniu funkcji czlonka rady nadzorczej i przyjeciu posady w instytucji, jaka ma nadzorowac, ten odpowiada, ze nie. Natomiast w sprawie Rywina broni, jak niepodleglosci, Roberta Kwiatkowskiego, prezesa TVP - czyli swego pracodawcy, ktory "rzucil mu line ratunkowa" po skonczonej kadencji w KRRiTV. Mowi, ze go polubil i nie wierzy, izby Kwiatkowski byl zlodziejem.
Gdy Kwiatkowski jako prezes mediow publicznych dazyl do zmiany ustawy ukrocajacej wolnosc mediom komercyjnym, czyli niezaleznym, Sulik opowiedzial sie za nim. Nie ukrywa tego. Jak i nie ukrywa reakcji Adama Michnika na jego postawe: "Cale zycie byles porzadnym czlowiekiem, a na starosc dales dupy". Wysoka komisja dla dobra sprawy dopuscila zdanie w pelnym brzmieniu.
Sulik zeznawal dlugo. Gdy w pewnym momencie wymknelo mu sie: "Zmilowania!", przesluchujacy go posel Jan Maria Rokita odezwal sie z powaga: "Nie ma zmilowania. Jest pan w Radzie Nadzorczej TVP, nie moze pan oslaniac sie niewiedza za ewidentne machlojki zarzadu".
Obecny uklad polityczny kraju gnije. Afera Rywina zgon przypieczetowuje. Beda przetasowania i wybory. Wejdziemy lub nie wejdziemy do Unii Europejskiej. Jedno jest pewne: kolejne rozdanie moze byc lepsze dopiero wtedy, gdy umrze ostatni homo sovieticus na naszej ziemi, obojetnie do jakiej partii nalezalby. Otwarte pytanie: jak dlugo bedzie sie w Polsce klarowalo spoleczenstwo obywatelskie? Pamietam Hiszpanie i Irlandie pograzone w marazmie. I nagle - skok. Skok byl wpierw, potem dopiero pieczec Unii Europejskiej.
*
Rownolegle ze scenami wojny w Iraku ogladam w telewizji manifestacje przeciw tej wojnie. Oba teatry gorace. Zasadnicza roznica pozostaje: do manifestantow nikt nie strzela. Moga do woli dac upust agresji. Wrzaski, krzyki, rozbieranki, wygibasy, palenie symboli: bardzo mi to chwilami przypomina karnawal w Rio de Janeiro robiony przez amatorow. Rozrzut socjalny protestujacych jest ogromny. Do pacyfistow roznej masci, do tych, ktorzy za wszelka cene chca sie wyzyc i pokazac przed kamera, dolaczaja ludzie naprawde przekonani, ze wojna - jakakolwiek! - godzi w piate przykazanie dekalogu (niekoniecznie mysla tak tylko chrzescijanie), a ponadto pogarsza stosunki miedzyludzkie na naszym globie. Niedawno moj wielki przyjaciel, ksiadz Staszek Musial, jezuita, zagrzmial w wielka trabe, ze oto my, chrzescijanie, wyprawilismy sie na nowa wyprawe krzyzowa. Na nowa zbrodnie. Taka sama, jak te w sredniowieczu. "Kazda wojna prewencyjna jest zbrodnia, kazda!" - huczal.
A ja powiem - nie. Gdyby w pore, to znaczy po pierwszej wojnie swiatowej, kiedy Niemcy zlamaly traktat wersalski, zajely Nadrenie i zaczely sie na potege zbroic, otoz gdyby wtedy owczesna koalicja wypowiedziala im wojne prewencyjna (Hitler byl jeszcze militarnie slabiutki) - nie byloby holocaustu i wszystkich okropienstw drugiej wojny swiatowej. Pilsudski wysuwal taka propozycje. Ale kto by sluchal glosu z Polski? Chocby genialnego.
Pozwolic wladac Saddamowi to wystawic ludzkosc na wszelkie mozliwe "iperyty" najnowszej generacji. Dlatego mam co do tej kwestii uczucia mieszane. A z manifestantow po prostu smieje sie w kulak.
Natomiast nie do smiechu mi, gdy patrze na glod. Na wielki glod i na wielkie pragnienie. Na setki tysiecy ludzi dotknietych cierpieniem, ktorzy gina bez skutecznej pomocy. Matki-szkielety tulace w ramionach dzieci-szkielety. W milczeniu, w bezruchu. Powolna smierc w meczarniach i w zupelnej bezradnosci. Owszem, spadaja od czasu do czasu z nieba paczki z zywnoscia, a w slad za nimi komunikaty, ze zostaly przejete przez dyktatorskie wladze tamtych stron. I kropka. Bo tam nie ma ropy, wiec nie ma goraczki zlota.
Czy widzial kto na ulicach cywilizowanych miast rownie gwaltowna manifestacje na rzecz glodujacych, jak te przeciw wojnie w Iraku? Nie widzial, bo zadnej nie bylo. Nie bylo tlumow, wymachow rak i nog, zadnych wygibasow, folderow, deklaracji, a przede wszystkim ochotnikow, ze zaraz tam jada z zywnoscia. Tlumnie, jak stoja, przebojem. Nakarmic glodnych! Jezeli juz odwolujemy sie do religii, jest taki nakaz w Ewangelii.
Zastanawiajace, ze wobec przebijajacych sie czasami na ekrany obrazow zywych jeszcze matek i dzieci, umierajacych powoli w daleko wiekszym cierpieniu niz od kuli; dzieci, ktore udaloby sie moze natychmiastowa akcja uratowac, przechodzimy spokojnie. Co wrazliwsi odwracaja oczy. A na krwawe jatki wojny patrzymy ochotnie i w protescie rozgrywamy szaty.
Prosze o wytlumaczenie.
*
Jak bedziemy sie do siebie zwracac, gdy zabraknie tytulow? Tytulomania obowiazuje w Polsce do smierci. W tak zbiurokratyzowanym kraju jak nasz roi sie od obecnych i bylych premierow, marszalkow, ministrow (lacznie z nieprzeliczalna iloscia wice-), prezesow, przewodniczacych, doktorow, profesorow, dyrektorow, redaktorow. Nie sposob zwrocic sie do kogokolwiek bez tytulu, chocby funkcje pelnil przed dwunastu laty i przez piec minut. Dzis w rozmowie telefonicznej "Brukselczyk", czyli Leopold Unger, poprosil dziennikarke, zeby nie mowila do niego "panie redaktorze". - A jak? - przeogromne zdziwienie. - Panie Lopku, na przyklad - odpowiedzial.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |