ELZBIETA BIELEWICZ
Z Wielkim Piatkiem
w oczach
Wielki
Piatek to wedle ludzkiej miary dzien straszliwej kleski Chrystusa.
To dzien zdrady i podstepu. Pojmania, wiezienia i sadu. Dzien
wybuchu niezrozumialej zupelnie agresji i nienawisci wobec
Niego. Dlaczego tlum, jak w amoku, krzyczal: "Na krzyz
z nim"?
Wielki Piatek to dzien wyszydzenia, policzkowania, pobicia,
okaleczenia. Dzien wyroku smierci wydanego z powodow politycznych,
ze strachu. Dzien, kiedy lek zawladnal rowniez Jego najblizszymi
uczniami. Tylko sw. Jan wytrwal przy Jezusie do konca. Inni
pierzchli przerazeni. A Szymon Piotr trzy razy sie Go zaparl.
Wielki Piatek to dzien przebitych gwozdziami rak i nog. To
dzien rozrywajacego bolu. I krzyku rozpaczy: Eli, Eli,
lema sabachthani?, co znaczy "Boze moj, Boze moj,
czemus mnie opuscil?". Dzien, w ktorym "mrok ogarnal
cala ziemie", tak jakby sily ciemnosci byly niezwyciezone.
Ale paradoksalnie to wlasnie w dniu pozornie najwiekszej
kleski, w dniu przytlaczajacego zwatpienia i obezwladniajacego
zawodu tkwi zrodlo zwyciestwa Syna Czlowieczego. W Krzyzu
kryje sie poczatek chwaly, ktora objawilo dopiero Zmartwychwstanie.
Wczesniej - jak naucza Jan Pawel II - owa chwala byla "calkowicie
przeslonieta bezmiarem cierpienia". Trudno bowiem w bolu
i agonii, w trwodze konania, w przeklenstwach i szyderstwach
oprawcow, w zaleknieniu i zagubieniu apostolow, w naglym,
odbierajacym sily poczuciu bezsensu i pustki dostrzec triumf
Chrystusa.
Tajemnicy Wielkanocy nie sposob rozwazac w kategoriach czysto
ludzkiej logiki, co nieustannie w swojej tworczosci podkresla
ks. Jan Twardowski:
Wydawalo sie, ze nie mialo sensu skazanie niewinnego Jezusa,
a Jego droga krzyzowa prowadzila donikad.
Mlodego, zdrowego czlowieka, w pelni sil, tak potrzebnego
jeszcze ludziom, skazano na smierc. Ilu jeszcze tredowatych
i opetanych liczylo na to, ze ich uzdrowi.
Tymczasem po ludzku bezsensowne cierpienie i smierc w dniu
zmartwychwstania nabieraja ogromnego znaczenia.
Wszystko to, co bylo cierpieniem, doprowadzilo do triumfu.
Bezbronny baranek idzie jak w defiladzie ze zwycieska choragwia.
(...)
Wielkanoc
Prawda objawiona w Ewangelii wymyka sie formulom wypracowanym
przez ludzki umysl, wykracza poza skrupulatnie wyrozumowane
teorie.
Gdybysmy sami sobie Ciebie wymyslili
bylbys bardziej zrozumialy i elastyczny
albo tak doskonaly ze obojetny
albo tak kochajacy ze niedoskonaly
(...) i dopiero bylbys naprawde niemozliwy.
Gdybysmy sami wymyslili
Ks. Jan Twardowski probuje przyblizyc istote chrzescijanskiego
Boga za pomoca antynomii i slownych paradoksow, w ktore obfituje
jego poezja.
Bog wszechmogacy a taki pokorny
wszedzie jest a nigdzie nie widac
trzyma sie krzyza rekami obiema
czysty bo wszystko majac nic dla siebie nie ma
slucha cierpliwie ze juz sie nie przyda
tylko Wszechmogacy moze byc tak maly
jeszcze mowia Mu na zlosc
ze ma Syna Zyda.
Pokorny
W wierszu tym, w ktorym niemal kazda linia zbudowana jest
na oksymoronie, poeta zglebia tajemnice Wielkanocy. Niepojeta,
przedziwna, nielogiczna... Ale wlasnie w tym braku logiki
kryje sie sedno, "bo gdy sensu juz nie ma to sens sie
zaczyna". I dlatego wlasnie jezykiem paradoksow, pozornych
sprzecznosci mozna te tajemnice przyblizac i zglebiac.
Posrod rozwazan ks. Jana Twardowskiego kilkakrotnie powraca
refleksja na temat dziwnego zbiegu okolicznosci. Zycie Jezusa
na ziemi - choc wielu rozpoznalo w Nim Mesjasza i wen uwierzylo
- bylo skromne i ubogie. Od lichej kolebki w betlejemskiej
stajence po bolesny kres na Golgocie. Tylko jeden jedyny raz
pozwolil sobie na dzien triumfu. Kiedy wjezdzal do Jerozolimy
na osiolku, rozentuzjazmowane tlumy witaly Go jak prawdziwego
krola, spiewajac "Hosanna" i rzucajac pod nogi zielone
palmy. Wszystko to dzialo sie zaledwie na piec dni przed meczenska
smiercia. Dlaczego wlasnie wtedy? Dlaczego dopiero wtedy?
Zdarzenie to niewatpliwie potwierdza gorzka prawde o kruchosci
i ulotnosci ludzkich sukcesow i zwyciestw. O tym, ze dzisiejsi
pochlebcy i admiratorzy juz nazajutrz moga sie odwrocic i
zdradzic. Ale ks. Twardowski zastanawiajac sie nad sensem
Palmowej Niedzieli siega glebiej. Na pytanie, dlaczego Chrystus
godzi sie na swoj ziemski triumf praktycznie tuz przed ofiara
Wielkiego Piatku, wyjasnia, ze Jezus "po prostu z cala
godnoscia, z poczuciem majestatu, z podniesiona glowa idzie
na krzyz".
Poprzez swoja ofiare wywyzszyl ponizenie. Nadal sens cierpieniu.
Obezwladnil smierc i uczynil ja brama wiodaca ku zyciu. I
dlatego Krzyza nie sposob przekreslic. W perspektywie ogarniajacej
dzielo zbawienia bedzie on stale obecny.
Ks. Twardowski ubolewa, ze my, wierzacy, zbyt czesto szukamy
w Kosciele momentow triumfalnych: dnia Zmartwychwstania, Wniebowstapienia,
swieta Chrystusa Krola. A tak czesto zapominamy o Wielkim
Piatku, ktory byl przeciez tylko pozornie nieudany. W istocie
byl dniem wypelnienia woli Ojca.
W wierszu O Wielkanocnym Poranku poeta niezwykle sugestywnie
opisal przepelniony szczesciem, odswietny entuzjazm, ktory
zapanowal wsrod wyznawcow Chrystusa na wiesc o Jego zmartwychwstaniu.
Kazda strofa wiersza oddycha nowym tchnieniem zycia, kazdy
wers drzy z radosci. W jednej chwili, jak za dotknieciem czarodziejskiej
rozdzki, rzeczywistosc stala sie zupelnie inna.
Poranek Wielkanocny wszystko poprzemienial -
nie ma wiecej cmentarza, grobu i kamienia.
swiat stal sie samym swiatlem i wprost w okna swieci -
skacze zlotym zajaczkiem w dobre rece dzieci. (...)
W kolejnych zwrotkach przechodza jak w korowodzie znani i
mniej znani bohaterowie Ewangelii. Kazdy z jakims atrybutem.
Kazdy odmieniony, odmlodzony, oczyszczony, niejako wskrzeszony
do nowego zycia. Jest i Weronika, i Cyrenejczyk, sw. Piotr
i dobry lotr, sw. Magdalena i sw. Jan, Zacheusz i sludzy z
Kany Galilejskiej. Cud Zmartwychwstania jest tak potezny i
wszechogarniajacy, ze "Uschnieta figa - zakwitla na nowo",
kur nie pieje juz jak wyrzut sumienia, ale "wyspiewuje
ranne alleluja, a spoznione glupie panny leca zadyszane"
i ... pewnie zdaza.
Na tle odmalowanego w wierszu obrazu niezwyklego poruszenia,
kipiacej radosci i obudzonej nadziei ostatnia strofa stanowi
wyrazny, acz subtelny kontrast.
W ogrodzie Matka czuwa, na oliwnych zboczach
milczaca - usmiechnieta - z Wielkim Piatkiem w oczach.
Matka Boza, choc uczestniczy w wielkiej radosci, stoi samotnie.
Czuwa na zboczu Gory Oliwnej, czyli tam, gdzie zaczela sie
droga krzyzowa Syna. Choc uszczesliwiona cudem, nie zapomniala
o mece. Jest Ona tutaj znakiem najdoskonalszej wiernosci i
najodwazniejszej wiary. Nigdy bowiem nie wahala sie powiedziec
Bogu "tak", chocby oznaczalo to bol i cierpienie.
Przyjecie krzyza to najtrudniejszy test wiary.
O tym, jak trudno jest nam pogodzic sie z Wielkim Piatkiem,
mowi takze krociutki czterowiersz Korona:
Tulic Jego glowe z pierwszymi wlosami
z Betlejem pod gwiazda uprzejmie schylona
w Nazarecie glaskana Maryi rekami
kto przytuli do siebie z korona cierniowa...
A przeciez Jezus Chrystus w godzinie konania, jak kazdy cierpiacy
czlowiek czeka na ludzka pomoc. Na obecnosc, ktora przelamie
Jego samotnosc. Na znaki milosierdzia. "Bog wszechmogacy
co prosi o milosc tak wszechmogacy ze nie wszystko moze".
Oto kolejny paradoks. Wszechmogacy, a bezbronny i slaby. Sam
bedacy miloscia doskonala, a jednoczesnie milosci spragniony.
A zatem Bog nie tylko kocha, ale chce byc kochany. Niestety,
najczesciej jest - parafrazujac ks. Twardowskiego - kochajacy,
niekochany. Dramat odrzuconego Boga w sposob szczegolnie przejmujacy
wyrazil poeta w wierszu Glodny:
Moj Bog jest glodny
ma chude cialo i zebra
nie ma pieniedzy
wysokich katedr ze srebra
Nie pomagaja mu
dlugie piesni i swiece
na piers zapadla
nie chce lekarstwa w aptece
Bezradni
rzad ministrowie zandarmi
tylko miloscia
moj Bog sie daje nakarmic.
Dopiero z ostatniej zwrotki dowiadujemy sie, czego Bog laknie
naprawde. Poczatkowo wydaje sie, ze mozna by Go nasycic dobrami
ziemskimi: pokarmem, pieniedzmi, wspanialymi swiatyniami albo
zadowolic obrzedem, modlami. Tymczasem nie. Bog pragnie milosci.
Niestety, o nia wlasnie najtrudniej. Pewnie dlatego, ze "w
milosci wciaz to samo radosc i cierpienie", a tego ostatniego
boimy sie jak ognia. Milosc wymaga przeciez ofiary.
Gotowosc jej poniesienia wyrazona zostala we wzruszajacym
wyznaniu milosci do Boga w utworze Z Toba:
Nie cierpienie dla cierpienia
nie krzyz dla krzyza
nie piatek dla piatku
nie po to aby pytac
skad i co dalej
Wszystko to bez sensu. Za malo
lecz po to by byc z Toba
Pobiec. Bac sie i zostac
skoro Ciebie bolalo.
Ciekawe, ze podobnie moglyby brzmiec slowa Boga skierowane
do czlowieka. Wszak Bog, ktory okazal swa milosc w ofierze
z samego siebie, jest Bogiem solidarnym. Jan Pawel II napisal,
ze nie jest On: "poza-swiatowym Absolutem, ktoremu cierpienie
ludzkie jest obojetne. Jest Emmanuelem, Bogiem-z-ziemi, jest
Bogiem, ktory dzieli los czlowieka, uczestniczy w jego losie".
By byc naprawde blisko, stal sie jednym z nas. Skoro nas czasem
boli, pozwolil, by i Jego bolalo, i to bardzo.
Ta poruszajaca do glebi prawda o chrzescijanskim Bogu powraca
w tworczosci ks. Jana Twardowskiego wielokrotnie. Bog solidarny,
gotowy wspolcierpiec z czlowiekiem, slaby, bezbronny, okaleczony
wzrusza poete najbardziej. Wlasnie takiego, nietriumfujacego
Boga najlatwiej mu przyjac, przed takim Bogiem pragnie klekac,
bo - jak Mu wyznaje - "nie potega/ Twa slabosc umocni
mnie w wierze".
Utwor Dlatego brzmi jak credo kaplana:
Nie dlatego ze wstales z grobu
nie dlatego ze wstapiles do nieba
ale dlatego ze Ci podstawiono noge
ze dostales w twarz
ze Cie rozebrano do naga
ze skurczyles na krzyzu jak czapla szyje
za to ze umarles jak Bog niepodobny do Boga
bez lekarstw i recznika mokrego na glowie
za to ze miales oczy wieksze od wojny
jak polegli w rowie z niezapominajka -
dlatego ze brudny od lez podnosze Ciebie
stale we mszy
jak baranka wytarganego za uszy.
Dziwny to Bog. Nielogiczny. Niedzisiejszy. Moglby przeciez
przejac wladze nad cala ludzkoscia. Moglby sypac cudami jak
z rekawa i zjednalby sobie nimi nie tylko chorych i nieszczesliwych,
ale takze moznych tego swiata. Odsloniwszy swoja potege i
wspanialosc tak by nas oczarowal, ze w jednej chwili zbladlyby
wszelkie pokusy, reklamy, wirtualne iluzje. Ale On nie chce.
Woli czekac na kazdego z nas z osobna, w ciszy tabernakulum,
w bialym samotnym platku Komunii sw., w modlitwie tak cichej,
ze tylko On uslyszy.
Dana nam przez Niego obietnica jest trudna do przyjecia,
bo zwyciestwo Jego nie jest z tego swiata. Ale wlasnie dlatego
jest zwyciestwem prawdziwym. Zmartwychwstanie Jezusa nie jest
"reanimacja", nie jest powrotem do zycia na ziemi.
Jest pojsciem dalej, "w glab innego zycia". Zatem
"Radosc wielkanocna" to oderwanie sie od zycia doczesnego,
aby zyc coraz pelniej z Bogiem.
Wiary nie da sie pogodzic z logika swiatowosci. Ks. Twardowski
prosi wiec:
Boze, chron nas od Kosciola ziemskiego, tryumfujacego, bogatego,
poteznego, panujacego...
Od Kosciola bez Wielkiego Piatku.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |