[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przegląd Polski (4 kwietnia 2003)

 


GRAZYNA DRABIK

Nowojorska
kronika kulturalna (film)


Przede wszystkim slowo o ciekawym przedstawieniu Matki w teatrze La MaMa, bo obecnosc wsrod nas Witkacego po angielsku jest juz sama w sobie pozytywna sprawa. Jak pewnie panstwo wiecie z wczesniejszych doswiadczen, Witkacy jest okrutnie sliski. Wymyka sie z rak, trudno go uchwycic i przyszpilic. Raz mieni sie jako filozof-katastrofista probujacy ostrzegac przed narkotyzujacymi niebezpieczenstwami masowej kultury. Wyraza bunt wobec skrajnego "upragmatyzowania" stosunkow ludzkich, jakie ksztaltuje wspolczesne spoleczenstwo. Chce pozywic szlachetnie zyciodajne metafizyczne niepokoje. Surowy moralista, obnaza brzydote dekadenctwa i cynizmu, by za chwile antymoralistycznie pienic sie obrazoburczo czy mamic slownymi igraszkami. Protestuje przeciw spolecznym determinizmom. Broni jedynosci i poszczegolnosci bytu jednostki. Wznosi sztuke i filozofie na wyzyny ontologicznych poszukiwan, by zaraz obnazac ograniczone mozliwosci osiagniecia samoswiadomosci.

Sztuki jego inscenizowane z fantazja, z blogoslawienstwem natchnienia, moga byc wysmienite. Bawia jednoczesnie i przerazaja. Swa niesubordynowana, niepokojaca energia, tak jak sobie zyczyl, budza nas z uspienia. Latwo jednak, niezgrabnie czy niesmialo zagrane, same wygladaja jak senne potworki. Polamane przebierance wyciagniete z jakiegos kufra na zakurzonym strychu pelnego tanich, drugorzednych strojow. Albo ich sprzeczne wielowatki rozbiegaja sie w rozne strony, by skladac sie w bezladna kupe. Na szczescie Brooke O’Harra trzyma mocna rezyserska reka cugle, chaos ujmuje w rygor, potrafi nadac spojny, groteskowo podbarwiony ton zespolowi dobrze dobranych aktorow. A to ostatnie jest szczegolnie trudne do osiagniecia w amerykanskich warunkach, gdzie wszechwladnie panuje sztuka gry w konwencji naturalistycznej.

Mloda rezyserka po raz drugi zmierzyla sie z Witkacym. W ubieglym roku przygotowala inscenizacje Tumora Mozgowicza razem z kompozytorem Brendanem Connellym, wspolzalozycielem Theatre of a Two-Headed Calf. Juz Tumor Brainowicz byl przedstawieniem udanym. Dobrze wiec wrozy fakt, ze inscenizacja Matki jest odwazniejsza, podejmujaca wieksze ryzyko i budujaca mocniejszy ogolny efekt. Aktorzy swobodnie radza sobie z trudnym tekstem, w duzej mierze dzieki tlumaczeniu Daniela Geroulda i C.S. Durera. Jezykowe zakretasy, skomplikowane dywagacje i poetycko-lingwistyczne wzloty brzmia po angielsku prosto i naturalnie, co przeciez w przypadku Witkacego stanowi niemale osiagniecie.

Matka jest sztuka typowo po witkacowsku przesadna i ironiczna, lecz jednoczesnie nietypowo ociezala. Leon prawie topi sie w dlugich dywagacjach "prosto z ksiazki", Matka - w ubolewaniu nad soba. Tekst zeslizguje sie w melodramat. Kusi watkami autobiograficznymi. Bardzo na serio pieni sie przeciw upiornym zwiazkom krwi. Matki i ojcow oskarza glosem pelnym bezsilnosci o niszczenie - w imie obowiazkow wobec spoleczenstwa? egoistycznej satysfakcji? troski o przyszlosc potomka? - jednostki o duszy artystycznej i nieprzystajacej do spolecznych wymagan. Przetwarza ich w demony: matke w demona widzialnego, zbyt obecnego, zbyt kontrolujacego, ktory cierpliwie, pracowicie, sam szykuje sobie - jak robotke na drutach - kleske. Ojca w demona niewidzialnego i choc nieobecnego, rownie uparcie jak matka wymagajacego, napominajacego, sklaniajacego. By w koncu przewrotnie pochwalic: ach, wreszcie jestes taki jak ja, wreszcie "uznaje w tobie mojego syna".

Bez odpowiedniej formy - bez wyczucia dla Czystej Formy, o ktora upomina sie Witkacy - tekst bylby nieznosny. Jednak Brooke O’Harra i Teatr Dwuglowego Cielecia wyraznie przyciagaja do polskiego pisarza wlasnie jego estetyczne poszukiwania. Potrafia sobie poradzic z Witkacowskimi wymogami "uteatralnienia". Nie pesza ich spotkania duchow z ludzmi, nieprawdopodobne zakrety w narracji, parodia i karykatura postaw. O’Harra z konsekwencja wykorzystuje lalki i maski (dzielo Daniela Levine'a i Misako Takashimy), by podkreslic rozbicie czasu i rozdwojenie postaci. Jak juz wspomnialam, rezyserka udanie prowadzi aktorow, by nadac przedstawieniu jednolity ton groteski. (Wyroznia sie tutaj Tina Shepard jako Matka, i nic dziwnego, bowiem jest to aktorka z bogatymi a roznorodnymi doswiadczeniami w teatrze eksperymentalnym. Pracowala z Josephem Chaikinem w Open Theater, z Anne Bogart i The Talking Band, z Otrabanda Company. Dobrze takze wypada w wymagajacej roli Leona Jim Fletcher, obiecujaco rozpoczynajacy swoja artystyczna kariere). Oryginalna muzyka Connelly’ego stanowi niezalezna a integralna czesc calosci.

Wszystko wiec byloby swietnie, gdyby nie dwa pytania, ktore pozostaly tu bez odpowiedzi. Po pierwsze, dlaczego przy troskliwej uwadze, jaka O’Harra zwraca na wizualna strone przedstawienia, zostaly zignorowane bardzo konkretne wskazowki Witkacego co do kolorow scenerii, jego nakaz jednolicie czarno-bialej oprawy i makijazu, z precyzyjnie okreslonymi akcentami koloru? (Wideo migocace na telewizyjnych ekranach porozstawianych na scenie stanowi raczej ciekawostke niz odpowiedz na kolorystyczna gre, o ktora dopominal sie autor).

Po drugie, gdzie wymknal sie koniec sztuki? Witkacy buduje absurdalna i brutalna koncowa scene: gromadnego samosadu nad Leonem przez szesciu Robotnikow i Cieleciewicza. Dwuglowe Cielatko jakby sie niespodziewanie speszylo i ucieklo za kulisy przed ludem i "tlustym dyrektorem teatru". Koniec sztuki w La MaMa jest tak dyskretny, ze publicznosc, przynajmniej premierowa, przez dobra chwile siedziala w ciszy niepewna, czy to juz, i jak rzecz sie konczy...

*

Krytyk jest takze od tego, aby nieco wiecej wiedziec i innym o tym, o czym nieco wiecej wie, ciekawie opowiadac. Zeby to dobrze robic, powinien miec uporzadkowane, jasno okreslone kryteria ocen. A tu zdarza sie od czasu do czasu, ze nie jestem pewna wlasnych wrazen, bowiem waham sie, czy poddac sie doznanym przyjemnosciom, czy blizej rozwazyc przyczyny niepelnego zadowolenia.

Tak wlasnie klucze wsrod watpliwosci wobec kilku ostatnio ogladanych przedstawien. Wezmy na przyklad sztuke angielskiego pisarza Nicholasa Wrighta Vincent in Brixton, ktora odniosla wielki sukces w Londynie, a obecnie dotarla na Broadway. W czasie przedstawienia z ciekawoscia i uwaga obserwowalam gre bardzo sympatycznych aktorow: Clare Higgins w roli Ursuli, starszej juz, lecz pelnej cichego wdzieku kobiety, na ktorej barki spadlo za duzo obowiazkow; Jochuma ten Haafa, przystojnego ta antyprzystojnoscia, ktora w pelni przejawia sie dopiero w akcji, w roli mlodziutkiego Vincenta van Gogha; Pete’a Starretta jako dzielnego i pogodnego duchem Sama Plowmana, solidnego rzemieslnika marzacego o byciu artysta. Usmiech Clare Higgins - na ktory musielismy dlugo czekac, bo gra ona wdowe wierna pamieci ukochanego meza - potrafil rozswietlic cala wyciemniona kuchnie domu, ktory przytlacza zaloba i przygnebienie. Kiedy zas van Gogh Haafa odwazyl sie wreszcie na ryzykownie otwarte wyznanie uczucia - bylam juz calym sercem po jego stronie.

A wiec patrzylam i patrzylam, i dopiero pod koniec sztuki zdalam sobie sprawe, ze poza gra aktorow rzecz niewiele ma do zaoferowania. Wright mial raczej zamysl na liryczna opowiastke o niesmialym, zahukanym mlodziencu, nieswiadomym jeszcze wlasnego powolania, dla ktorego kluczowe bedzie spotkanie z dojrzala, otoczona smutkiem, lecz duchowo wolna kobieta. Starczylo mu slow na ladnie naszkicowany pierwszy akt. By sztuke rozbudowac do dwoch aktow, pustke musial juz tuszowac formulkami pelnymi banalu, wypelnic melodramatycznymi wstawkami. Mlodzieniec podbija serce Kobiety, porzuca ja, rodzi sie Artysta, Kobieta zostaje w domu, Artysta idzie w swiat ku swemu przeznaczeniu...

Na siatkowce oczu pozostaje mi jednak elegancki duet Clare Higgins i Jochuma ten Haafa: taniec niesmialo rodzacej sie przyjazni i nieprawdopodobnej milosci, taniec gestow, pauz i polslow w delikatnej etiudzie o nadziei i mozliwosci przemiany. A takze usmiech rozswietlonej radoscia Ursuli.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Stanislaw Ignacy Witkiewicz, The Mother. Przeklad Daniela Geroulda i C.S. Durera. Rezyseria: Brooke O'Harra, muzyka: Brendan Connelly, kostiumy: Audrey Robinson, oswietlenie Michael Phillips, wideo: Bilal Khan, lalki: Daniel Levine, maski: Misako Takashima. Wystepuja: Zakia Babb (Worker Child), Jim Fletcher (Leon Eely), Wilson Hall (Albert Eely), Suli Holum (Sophia/Young Mother), Barbara Lanciers (Dorothy), Nicky Paraiso (Mr. Calfskin, theatre director), Tina Shepard (Mother) oraz zespol muzyczny Scenery Ensemble pod kierunkiem Brendan Connelly. Premiera 27 marca, przedstawienia do 13 kwietnia, w The Club w La MaMa, 74A East 4 St., dolny Manhattan, tel. (212) 475-7710.

Nicholas Wright, Vincent in Brixton. Rezyseria: Richard Eyre, scenografia i kostiumy: Tim Hatley, oswietlenie: Peter Mumford, Muzyka: Dominic Muldowney. Wystepuja: Sarah Drew (Eugenie Loyer), Jochum ten Haaf (Vincent van Gogh), Clare Higgins (Ursula Loyer), Liesel Matthews (Anna van Gogh), Peter Starrett Sam Plowman). Premiera 6 marca, The Golden Theatre, 252 W. 45 St. przy Broadwayu.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail