PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przegląd Polski (4 kwietnia 2003)

 


Wspomnienia o Boleslawie Wierzbianskim (1913-20030

 

Wierzbianski,
ktorego znalem


Bolka, jakiego ja znalem, chyba Czytelnicy Nowego Dziennika nie znaja (moglby o nim opowiedziec Boleslaw Laszewski, ale nie wiem, czy napisal i o sobie). Obaj byli po prostu mlodszymi kolegami mojego... ojca z formacji, ktora skrotowo nazywalo sie "Zetem" i o ktorej sie nigdy glosno nie mowilo. Znalazlszy sie po raz pierwszy w Ameryce w roku 1975 na zaproszenie i koszt mego przyjaciela Stana Opalki, zetknalem sie z Bolkiem; Bolek musial tylko zidentyfikowac mnie jako syna Stefana Bratkowskiego i to wystarczylo. Rozumielismy sie w pol slowa. Dzis w jednym ze wspomnien o Nim spotkalem informacje niezbyt scisla, ze byl czlonkiem Zetu w latach 1939-1946; pora wobec tego rzecz wyjasnic - zwlaszcza ze mam zaszczyt spotykac sie w Warszawie z Jego kolegami, prof. Zbigniewem Czeczotem-Gawrakiem i prof. Tadeuszem W. Nowackim, glownym redaktorem pierwszej po latach i jedynej ksiazki o Zecie.

Nigdy nie chwalili sie oni Zetem, nie tylko dlatego, ze w czasach zaborow byla to organizacja tajna, zalozona w 1887 roku, nigdy zreszta przez policje panstw zaborczych nie rozszyfrowana. Nie reklamowali sie i w wolnej Polsce; Bolek o tym, ze Jego najstarszy brat, nauczyciel gimnazjalny, w latach 30. naczelnik Choragwi Krakowskiej Harcerstwa, jest w Zecie, dowiedzial sie dopiero jako jego czlonek. Do Zetu, Zwiazku Mlodziezy Polskiej, nie wstepowalo sie, nie "zapisywalo". To Zet, jak niegdys filomaci wilenscy, dobieral czlonkow, sprawdzal ich morale, sposob myslenia i kwalifikacje, poczem zapraszal, wprowadzajac do grona "braci". Mimo to Zet nigdy nie stal sie towarzystwem wzajemnej adoracji czy wzajemnej pomocy w karierach.

Bolek (urodzony w roku 1913) nalezal, jak i wymienieni wyzej, do kregu tzw. mlodszego Zetu, kompletowanego juz po pierwszej wojnie swiatowej.

"Bratem" zetowym byl wielki pisarz, Stefan Zeromski, ktory idealy organizacji przekazywal swym czytelnikom. Byl nim - do czasu - Roman Dmowski, dopoki nie zostal wojujacym nacjonalista i rusofilem; Zet rozstal sie z endekami, podobnie jak z tymi nielicznymi swoimi czlonkami, ktorych uwiodla komunizujaca SDKPiL. Nie akceptowal ani endeckiego nacjonalizmu, ani komunistycznego "internacjonalizmu", ani anarchistycznego terroryzmu. Nie podobali mu sie tez "pulkownicy", eksploatujacy przed wojna legende Marszalka Pilsudskiego. Jedyna i naczelna idea Zetu byla sluzba niepodleglosci Polski oraz nigdy nie konczaca sie praca nad rozwojem Polski. W roku 1914 z Pierwsza Brygada Pilsudskiego poszly dwa bataliony samych zetowcow; pamietam, jak znany dobrze Bolkowi, "senior" juz, Boleslaw Srocki, rowiesnik i przyjaciel mojego ojca, wspanialy pedagog i publicysta, nie mogl przebolec (jeszcze po drugiej wojnie swiatowej!), ze niedomogi fizyczne pozbawily go wtedy szansy walki z bronia w reku.

19-letni Boleslaw Wierzbianski, byly organizator V Druzyny Harcerskiej Krakowa, przeniosl sie w roku 1934, po pierwszym roku prawa na Uniwersytecie Jagiellonskim, do Warszawy. Nalezal juz, mlodzian wowczas chorowity, ale energiczny (jakze ten obraz nie pasuje do niezmozonego, zawsze mlodego, starszego pana w dobrym, starym stylu, ktory po osiemdziesiatce szusowal w Alpach!), do ZPMD, Zwiazku Polskiej Mlodziezy Demokratycznej, zorganizowanego przez Zet. Wciagnela go dzialalnosc spoleczna - w imie idealow Zetu. Jego wspomnienia z tego czasu opublikowano w przywolanej ksiazce, ale nie podal w nich Bolek, kiedy wszedl do Zetu.

W 1935 r. warszawski ZPMD wybral Bolka na swojego wiceprezesa; tegoz roku pobila go przy wejsciu na uniwersytet bojowka ONR-u, przyslana z politechniki. Jesienia roku 1935 zorganizowana grupa probowala przeciagnac jak najwiecej ludzi ZPMD do komunistow; wymyslano zetowcom od "faszystow"; wiekszosc jednak przeciwstawila sie secesjonistom. 20-letniego Bolka wybrano na prezesa. W styczniu 1936 r. zostal - ni mniej, ni wiecej - sekretarzem Centralizacji Zetu i prezesem Zarzadu Glownego ZPMD. Po roku zdrowie zmusilo Go do rezygnacji. Ale w grudniu 1936 r. pismo ZPMD Przemiany, przeniesione z Poznania, wydrukowalo po drugim kongresie ZPMD i po zjezdzie Zetu znamienne "Refleksje pozjazdowe i pokongresowe" autorstwa 21-letniego Bolka Wierzbianskiego. Dam tu z nich jeden cytat (za ksiazka Zet w walce o niepodleglosc i budowe panstwa):

"Obydwa zjazdy stwierdzily, ze organizacja nasza, ktora byla kuznia ruchu niepodleglosciowego, stac sie musi zarzewiem ruchu spoleczno-politycznego i wychowawczego szerokich mas spoleczenstwa i mlodziezy. I tej pracy poswiecimy nasz najwiekszy skarb, element i warunek powodzenia wszystkich wielkich czynow - mlodzienczy entuzjazm i wiare w zwyciestwo. A haslem naszym jedno - "Dla Polski’".

Nie musze komentowac. Boleslaw Wierzbianski zyciem potwierdzil wiernosc tym slowom.

Zaangazowal sie Bolek potem w Swiatowy Zwiazek Polakow z Zagranicy, zwany krotko Swiatpolem. Jezdzil organizowac grupy mlodziezy polskiej w Prusach Wschodnich i innych rejonach poza granicami Polski, az po Lotwe, Bukowine i Besarabie (na mapie sprawdzic mozna zasieg tej wyobrazni). Zastepowal komisarza spraw zagranicznych Zwiazku Harcerstwa Polskiego, mowiac nawiasem, tez zetowca. Robil to wszystko z przerwami na leczenie, ale - robil. Akuratnie i ze skutkiem.

Po klesce 1939 r. i po klesce Francji w 1940 r. dotarl do Anglii; pracowal jako dziennikarz, poza tym zas wydal do konca wojny ok. stu tytulow roznych publikacji Swiatpolu. Dalsze przygody zyciowe Boleslawa Wierzbianskiego redakcja Nowego Dziennika zna z pewnoscia lepiej niz ja. To on zalozyl, przypomne tylko, Miedzynarodowa Federacje Wolnych Dziennikarzy i dlugie lata prezesowal Zwiazkowi Dziennikarzy RP na obczyznie. Zapis jego dzialan wypelnilby osobna ksiazke biograficzna, i to bardzo pouczajaca; Bolek byl z latami coraz zdrowszy, a wszystko, czego sie podjal, potrafil realizowac po amerykansku, zaraz i skutecznie. I nie trwonil czasu na rzeczy niepotrzebne. Do 1971 r., nim z Boleslawem Laszewskim stworzyli Nowy Dziennik, objechal z piec razy swiat - tlumaczyl kolegom po fachu i srodowiskom uniwersyteckim, co to jest komunizm, i uczyl dziennikarstwa, od Zurychu i Sztokholmu az po Filadelfie, Bogote, Rio de Janeiro i Tokio. Namawialem Go, by spisal lub nagral swoje wspomnienia, ale na to, zdaje sie, nie mial juz czasu...

Nigdy nie stracil zainteresowania krajem. W roku 1980 i 1981 wprowadzalem go w tajniki ukladow systemowych i personalnych, ktore blokowaly nasz postep w drodze ku demokracji. Wiedzial, ze to bardzo dluga droga; nie mial zludzen, bo nawet w roku 1988 nikt przeciez nie wyobrazal sobie roku 1989. Pomagal nam Bolek, jak mogl. Jego warszawski bratanek Krzysztof, moj przyjaciel, przekazywal mnie i innym pomoc finansowa dla kolegow i honoraria za teksty drukowane w Nowym Dzienniku; liczyl sie kazdy dolar - wobec relacji miedzy sila nabywcza dolara a PRL-owskiego pieniadza. Iluz kolegow wyszczutych z Polski pracowalo w Nowym Dzienniku; znajdowali w nim cos wiecej niz prace - oparcie psychiczne w obcym swiecie i poczucie sensu swoich wysilkow.

Boleslaw Wierzbianski stal sie u nas swoista legenda - nie tylko jako prezes polskich dziennikarzy na obczyznie. Jego cieplo wewnetrzne, rownowaga i niepodwazalna wiara w to, ze slusznosc w koncu zwyciezy, potrafily natchnac pogoda ducha kazdego, kto sie z Nim zetknal. Relegalizowane w roku 1989 Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wybralo Go, obok Jerzego Turowicza, na swojego prezesa honorowego. Takze, jak Jerzego, za charakter.

Jak reagowal potem na trudnosci demokracji w kraju? Dwie pierwsze wielkie reformy w Polsce udaly sie: skokowe Balcerowiczowskie przejscie do gospodarki rynkowej i reforma samorzadowa. Rozkwitla drobna przedsiebiorczosc i rozkwitly spolecznosci lokalne, Polska calkowicie zmienila swoj wyglad. Niestety, po tzw. socjalizmie nie mielismy specjalistow od czegokolwiek innego, a Zachod nawet nie wiedzial, w czym moze pomoc. Nasze z Bolkiem spotkania mimo to nie konczyly sie ironiczna kpina; to byl Jego kraj. Martwil sie i szukal sposobow wyjscia; niestety, potencjalni lekarze polskich klopotow niczego nie wiedzieli o pacjencie... Pocieszal mnie: "Zbig Brzezinski mowi, ze trzeba 40 lat, jak Mojzeszowi na pustyni, zanim wejdziecie do krainy Kanaan; nie przejmuj sie, ja mysle, ze starczy dziesiec".

To mowil ten Boleslaw Wierzbianski, ktorego znalem.

Stefan Bratkowski

 

 

Zostawil
dziedzictwo

Nie znosze chinszczyzny, ale krewetki w ostrym sosie chilli to bylo to! Danie serwowano w restauracji naprzeciwko ciasnych pokoikow Nowego Dziennika przy 38 Ulicy miedzy 5 i 6 Aleja. Redaktor mial zwyczaj zapraszania na szybki roboczy lunch kazdego, kto sie zjawial. A w latach 80. zjawial sie kazdy z opozycji. Byc w Nowym Jorku i nie poklonic sie Wierzbianskiemu, to tak, jak byc w Rzymie i nie poklonic sie Papiezowi. Podczas lunchu najpyszniejsza byla rozmowa. Umial sluchac. Nie mial krzty wynioslosci; mozna sie bylo z nim swobodnie spierac. Z lamiglowki roznorakich pogladow wyrabial sobie obraz zmieniajacego sie kraju. Bezbledny. Kazimierz Dziewanowski, pierwszy ambasador wolnej Polski w Waszyngtonie, wyznal, ze po trzech miesiacach traci kontakt z krajowymi wydarzeniami. Boleslaw Wierzbianski (podobnie jak Jerzy Giedroyc), choc od wojny poza Polska, nie stracil go nigdy.

Mial nosa do ludzi. Przez jego rece przeszlo wiele osob pozniej wielce znaczacych. Miernot sie pozbywal. Byl redaktorem zelaznym, wyciskal z pracownika ostatnie soki. Tak wlasnie wyobrazam sobie rasowego naczelnego.

Jednakze mogl byc w zyciu nie tylko redaktorem, ale i wybitnym politykiem z wyobraznia siegajaca dalej niz czubek swego nosa. Zupelna u nas rzadkosc. Chyba do takiej roli szykowal sie w mlodosci. Mial wizje zjednoczonej Europy, kiedy nikomu o niej sie nie snilo. Wspominal mi o tym. Dlatego dotknela go bolesnie zasada "domicilu", zabraniajaca emigrantom kandydowania do polskiego parlamentu.

Dzis, gdy zapytana, gdzie dorabiam do emerytury, mowie, ze u Wierzbianskiego, wszyscy w Polsce juz wiedza i przyjmuja fakt z uznaniem. Chociaz od lat chory, tak ustawil pismo, ze na jote nie stracilo klasy. Po smierci Jerzego Giedroycia przenioslam "Kartki ze skazonej strefy" do Przegladu Polskiego, tygodniowego dodatku Nowego Dziennika. Wiem, ze redaktor Kultury tego pragnal.

Bolku, wolalabym sie z Toba pospierac. A tymczasem napisalam laudacje. Wiem, ze tego nie lubisz. Wybacz. Pospieramy sie juz gdzie indziej, zgoda?

Ewa Berberyusz

 

 

Jeden
z Wielkich

Przypomnialem sobie pierwszy lunch, na ktory Boleslaw Wierzbianski zaprosil mnie w 1983 roku, w chwile po mojej naglej i niespodziewanej emigracji do Ameryki. Bylem mocno spanikowany, nie wiedzialem, co ze mna bedzie, a na dodatek restauracja byla chinska, a ja nie umialem jesc paleczkami. Pocieszyl mnie, ze jedzenie paleczkami to jest w ogole w Nowym Jorku rzecz najtrudniejsza, cala reszta to zupelny drobiazg. Juz wtedy wiedzialem, ze Jemu sie ten drobiazg udal. Z niczego stworzyl pismo madre, z klasa i potezne. Czytal je Giedroyc w Paryzu, zaharowane sprzataczki na Greenpoincie i profesorowie uniwersytetow na Manhattanie. Czlonkowie kolejnych rzadow w Polsce i bezdomni w nowojorskim parku. Chcialo sie je czytac i chcialo sie w nim pisac. Stworzyl zreszta o wiele wiecej niz gazete, bo instytucje, placowke, kawalek Polski nad Hudsonem. Wszyscy o nim dobrze mowili. Bo to wsrod Polonii skloconej i zazdrosnej jest rzecz zupelnie niezwykla. Wiedzielismy, ze jest jednym z Wielkich, wydawalo nam sie, ze jest nie do zdarcia...

Janusz Glowacki

 

Bolek

Bylo nas na poczatku bardzo niewielu - ot, garstka mlodych dzialaczy niepodleglosciowych, podczas wojny przewaznie oficerow Polskich Sil Zbrojnych, ktorzy w roku 1945 po cofnieciu uznania przez Zachod naszemu legalnemu rzadowi w Londynie zabrali sie do organizowania podstaw spolecznych dla bylych zolnierzy, emigrantow politycznych i do nadania im odpowiedniego kierunku. Pokonywac musielismy niemale trudnosci: tak ze strony brytyjskiej, jak i polskiej.

Bylismy, jak wspomnialem, mlodzi, ale nie tacy juz mlodzianie. Liczylismy przecietnie lat trzydziesci pare, moglismy sie legitymowac dyplomami szkol wyzszych i mielismy za soba pewien dorobek w kraju przed wojna, a niektorzy takze w Podziemiu, szczegolnie w Komendzie Glownej Armii Krajowej.

Powolalismy do zycia Polski Ruch Wolnosciowy "Niepodleglosc i Demokracja" (NiD). Znalezli sie wsrod nas ludzie tak wybitni, jak Tadeusz Zenczykowski, czolowy przedwojenny dzialacz umiarkowanie pilsudczykowskiego Zwiazku Polskiej Mlodziezy Demokratycznej (ZPMD) i Zwiazku Zrzeszen Mlodych Prawnikow, podczas wojny niezwykle sprawny szef wydzialow "N" i "R" w Oddziale VI (BIP) Komendy Glownej AK; Tymon Terlecki, glowny organizator wolnej kultury polskiej i pisarz na emigracji; Rowmund Pilsudski, przenikliwy umysl polityczny; Boleslaw Laszewski, organizator ruchu kombatanckiego; Aleksander Bregman, czolowy publicysta polski w Londynie w sprawach zagranicznych. Byl tez przez pewien czas w NiD Stanislaw Gierat, przed wojna glowny dzialacz ruchu inzynierow rolnych "Siew", w czasie wojny oficer i ideolog 2. Korpusu Polskiego we Wloszech, w Ameryce zalozyciel i pierwszy wieloletni prezes Stowarzyszenia Polskich Kombatantow. O nich wszystkich, z wyjatkiem dwoch, malo sie juz teraz wie w polskiej Ameryce.

Do tej czolowki NiD-u nalezal tez Boleslaw Wierzbianski, jeden z zalozycieli tej organizacji, nim sie ona jeszcze ujawnila, stala sie znana i przystapila do dzialania.

Nas, nidowcow, nazywano wtedy z przekasem mlodymi pilsudczykami, w odroznieniu od pilsudczykow starszych wiekiem, stanowiacych trzon przedwojennych rzadow pulkownikowskich. Wszyscy wyzej wymienieni, z wyjatkiem Terleckiego, byli rzeczywiscie pilsudczykami. Byli i dzialacze, ktorzy nigdy z pilsudczykami nie mieli nic wspolnego. Do nich i ja nalezalem. Mimo to zostalem wybrany na pierwszego prezesa Rady Naczelnej.

Wierzbianski, dla nas po prostu Bolek, wyroznial sie szerokimi zainteresowaniami, doskonalym wyczuciem rzeczywistosci i duzym zapalem praktycznym. Przed wojna byl jednym z glownych dzialaczy ZPMD. Jednoczesnie pracowal w Swiatpolu, organizacji zajmujacej sie Polakami za granica i Polonia, tj. przede wszystkim Amerykanami polskiego pochodzenia, przyznajacymi sie do polskosci. Ze wzgledu na zly stan zdrowia nie zostal przyjety do wojska. W emigracyjnym polskim Londynie przewodniczyl Swiatpolowi dawny prezes Najwyzszego Sadu Administracyjnego Bronislaw Helczynski, ale prawdziwa potega pod jego szyldem byl Bolek. To On zalatwial wszystkie sprawy majace praktyczne znaczenie. Jako dziennikarz rozumiejacy doniosle znaczenie wypowiedzi prasowych i ksiazkowych, zorganizowal w Swiatpolu dzial wydawniczy i powierzyl jego codzienna prace Czerskiemu, niegdys kierownikowi wydawnictwa Ignis. To dzieki Bolkowi londynski Swiatpol wydal drukiem na wiosne 1945 roku, z moja przedmowa, przywieziona przeze mnie z kraju w maszynopisie nowele Jerzego Andrzejewskiego Apel, ktora weszla nastepnie do jego zbioru Noc (Warszawa 1946 r.). Byl to pierwodruk najlepszego moim zdaniem utworu literackiego o obozie oswiecimskim, jak wtedy nazywano niemiecki oboz koncentracyjny Auschwitz. Bolek zapoznal sie z tym maszynopisem, uznal jego wartosc i namowil mnie do jego wydania.

Dzieki Bolkowi ukazalo sie takze nakladem Swiatpolu w roku 1946 moje Powstanie Warszawskie (Zarys problematyki), pierwsze i zrodlowe opracowanie tego tematu. W Ameryce w roku 1990 Bolek wydal nakladem Bicentennial w Nowym Jorku tom moich szkicow publicystyczno-historycznych Od kleski do zwyciestwa 1864-1920. Juz chocby z tego widac, ze duzo mu zawdzieczalem.

W swojej dzialalnosci londynskiej Bolek nie ograniczyl sie do Swiatpolu. Zalozyl i prowadzil wolny Zwiazek Dziennikarzy RP. Tchorzliwie kokietujace Zwiazek Sowiecki organizacje miedzynarodowe w roku 1946 usunely ze swoich szeregow nasz Zwiazek Dziennikarzy. Bolek znalazl na to odpowiedz. Stworzyl Miedzynarodowa Federacje Wolnych Dziennikarzy Europy Srodkowej i Wschodniej i objal jej przewodnictwo. Bylo to posuniecie bez precedensu.

Przed przyjazdem Bolka do Ameryki (1956 r.) ukazywala sie tu prasa polska. W latach 50. i 60. stala sie juz ona w Nowym Jorku dosc rachityczna. Nie miala ani nalezytych nakladow, ani wplywu na polskie osrodki niepodleglosciowe.

Zasadnicza zmiana nastapila dopiero w roku 1971, gdy Bolek dobral odpowiedni zespol, do ktorego weszli m.in. Laszewski i ksiadz Zembrzuski. Przy ich udziale zalozyl w Nowym Jorku codzienna gazete, ktora miala stac na mozliwie najwyzszym poziomie. Tak powstal Nowy Dziennik. Bolek nie tylko objal jego redakcje, ale i sam wiele publikowal. W dosc krotkim czasie cel osiagnal. Nowy Dziennik stal sie pismem o sporym nakladzie, jak na warunki polskie; osiagnal wysoki poziom pod kazdym wzgledem; docieral do krajowych kol intelektualnych i wywieral na nie wplyw. Jednoczesnie cieszyl sie duza powaga w polskich osrodkach emigracyjnych i polonijnych. Stworzyl czolowe polskie pismo poza granicami Polski. Dla potrzeb kultury i publicystyki problemowej dodal do Dziennika tygodniowy Przeglad Polski, ktory stal sie jego oczkiem w glowie. Udostepnil mi jego lamy.

Nie trzeba zapominac, ze w Londynie wychodzi Dziennik Polski i Dziennik Zolnierza, ktorego dodatek tygodniowy Tygodnik Polski stoi takze na wysokim poziomie. Pismo londynskie ma jednak znacznie mniejszy zasieg. Londyn przestal byc naczelnym osrodkiem polskiej emigracji. Jest nim teraz juz Nowy Jork. Dlatego Nowy Dziennik, dzielo Bolka, jest glownym poza krajem czasopismem polskim.

Jako czlowiek wszechstronny, Bolek nie tylko napisal kilka ksiazek, ale zajmowal sie praca wydawnicza. Z Jego inicjatywy powstalo Who’s Who in Polish America (Nowy Jork, 1996). Jest to najlepszy przewodnik po polskiej Ameryce, pozycja o trwalej i bardzo wielkiej wartosci.

Choc bardzo kolezenski, Bolek nie byl czlowiekiem wylewnym. Swoje uczucia okazywal czynem, nie slowami. Mnie laczyla z nim gleboka przyjazn od czasow londynskich. Nalezal do tych stosunkowo nielicznych Polakow, ktorzy nie znaja zawisci. Cenil zdolnosci innych, pomagal i cieszyl sie ich osiagnieciami nawet w dziedzinach, ktore byly i jego dziedzinami. Nie bal sie konkurencji.

O Jego ciezkiej, nieublaganej chorobie wiedzialem od paru lat. W czerwcu 2000 roku, gdy odwiedzilem Nowy Jork w zwiazku z przyznaniem mi przez Instytut Pilsudskiego literackiej Nagrody im. Josepha Conrada, czekal na mnie na fotelu u wejscia do sali. Zwierzyl mi sie z trudnosci zdrowotnych, ktore zmusily Go do zaprzestania pracy. Po wygloszeniu przemowienia podszedlem do stolika, przy ktorym siedzial i gleboko wzruszony pocalowalem Go w czolo. Widzialem Go wtedy po raz ostatni.

Poki mu dopisywalo zdrowie, Bolek byl zawsze pelen energii i rozmachu. Mial zdumiewajaca witalnosc i pomyslowosc. Trudnosci tylko zachecaly Go do ich pokonywania. Dawaly Mu okazje do nowego wysilku. Wyzywal sie w trudzie osiagania wytyczonych celow. Umial tez po dionizyjsku radowac sie rozmaitoscia barw zycia.

Przypominaja mi sie slowa Horacego: Non omnis moriar - nie wszystek umre. Bolek od nas odszedl, ale nie umarl wszystek. Pozostalo po nim Jego dzielo.

Andrzej Pomian

 

 

Dobre energie
Boleslawa

Odszedl czlowiek, ktorego wszyscy darzylismy podziwem i sympatia, uznaniem i wdziecznoscia za Jego dobroczynnosc, bezposredniosc i przychylnosc dla Innych, za to, ze chcial i ze umial znalezc w kazdym jego najlepsza strone, i ze w najbardziej naturalny sposob potrafil stworzyc wokol siebie tak wazny i cenny klimat serdecznosci i przyjazni.

W tym naszym swiecie sklocenia i wrogosci byl czlowiekiem porozumienia i zgody, cieszylo Go kazde zblizenie i kompromis, kazda sytuacja, w ktorej mogla zawiazac sie miedzyludzka wspolnota, zapanowac duch zgody i braterstwa.

Dzialanie tych dobrych energii Boleslawa odczulem juz w czasie naszego pierwszego spotkania, 20 lat temu. Przyjechalem wowczas do Nowego Jorku tuz po zniesieniu u nas stanu wojennego. Mialem telefon do Wierzbianskiego, ale nie znalismy sie jeszcze osobiscie. W sluchawce odezwal sie cieply, meski glos. Wierzbianski od razu zaprosil mnie na obiad. Spotkalismy sie w Jego gabinecie, w redakcji Nowego Dziennika. Przyjal mnie pogodnym, cieplym usmiechem. Od poczatku rozmawialismy tak, jakbysmy znali sie od lat. Atmosfere tego spotkania pamietam do dzis. Odtad, ilekroc bylem w Nowym Jorku, telefon do Boleslawa byl jednym z pierwszych moich odruchow. Ilez korzystalem z tych spotkan, jakze mnie wzbogacaly i jak bedzie mi ich brakowac!

Ryszard Kapuscinski

 

Dotrzymal
slowa...

Boleslaw Wierzbianski mial wiele zalet, ale jedna z nich cenilismy - moj maz i ja - szczegolnie. Nalezal do ludzi, ktorzy dotrzymuja slowa. Ta piekna i rzadka cecha byla szczegolnie wazna w trudnych czasach zimnej wojny, kiedysmy sie poznali. Boleslaw Wierzbianski byl rzeczowy, chlodny, powsciagliwy i nie rzucal obietnic na wiatr. Jak juz cos przyrzekl, to dotrzymal. Mozna bylo na niego liczyc, mozna bylo na nim polegac.

W okresie, gdy mieszkalismy w Nowym Jorku, a pozniej czesto tam przyjezdzalismy z Waszyngtonu, spotykalismy sie wielokrotnie na gruncie towarzyskim, wspolpracy politycznej oraz literackiej, gdyz wydawal ksiazki mego meza. Spotkania z Nim byly zawsze ogromnie mile, rozmowy ciekawe. Lubil tez pozartowac, nawet na powazne tematy, z wlasciwym sobie ironicznym usmieszkiem.

Na ktoryms sylwestrowym balu prasy siedzielismy przy Jego stoliku, gdy wyczyny na parkiecie tanecznym sprowokowaly rozmowe o... zyciu i smierci. Pewien bowiem emigrant w starszym wieku przeliczyl sie z silami i zemdlal na sali z powodu nadmiernego wysilku w tancu. Przecietny wiek emigracji wynosil wowczas szescdziesiat lat. Siwowlosy tancerz przyszedl szybko do siebie i nic mu sie nie stalo, ale poczatkowo obawiano sie, ze po prostu zmarl. Krytykowano go zatem ostro i bezlitosnie: ze za duzo sobie pozwolil, ze zapomnial o swoim wieku, ze "w pewnym wieku" trzeba juz spowazniec, ze trzeba sie szanowac itp. itd. Krytykowano go rowniez w naszym gronie i przy tej okazji wyliczano, ile kto ma lat. "Nie mowmy o wieku - zaprotestowalam - bo to zbliza do smierci". "Nic sie nie boj - powiedzial na to Boleslaw - przyrzekam ci uroczyscie, ze cie wyprzedze i pierwszy zejde z tego swiata". Twarz mial przy tym powazna, bez zwyklego usmieszku, i oczy smutne. Tak mi sie przynajmniej zdawalo i tak Go zapamietalam. I ogarnia mnie teraz wielki zal, ze jak zawsze dotrzymal slowa. Wolalabym tym razem, zeby nie posiadal tej zalety. Smutno, szalenie smutno...

Zofia Korbonska

 

Do widzenia,
Bolku

Kiedy o kims z bliskich dowiadujemy sie nagle, ze jest ciezko chory, mysl o zblizajacej sie smierci zawisa jak ciemna chmura na horyzoncie. Tak bylo z Redaktorem Boleslawem Wierzbianskim, z ktorym bardzo zblizylismy sie w okresie trzydziestu lat znajomosci i dlugiej, owocnej wspolpracy. Kiedy przestal pokazywac sie w miejscu, ktore bylo centrum Jego zycia i jednoczesnie Jego najwazniejszym i trwalym dzielem - w redakcji Nowego Dziennika, wiadomo bylo, ze to cos powaznego, cos nieodwracalnego. To prawda, ze z odejsciem Boleslawa Wierzbianskiego konczy sie jakas epoka, co swiadczy, ze byl osoba znaczaca, ale fakt, ze z Jego odejsciem nie odchodzi Jego dzielo, swiadczy o Jego wielkosci.

A przeciez nie bylo to od poczatku takie oczywiste, a nawet dla wielu wrecz watpliwe.

Barbare i Boleslawa Wierzbianskich poznalam wiele lat temu w mieszkaniu profesora Mieczyslawa Manellego, na przyjeciu na czesc rosyjskiego poety Josifa Brodskiego, ktory wlasnie zostal wypuszczony z Rosji i zaczal wykladac goscinnie w Queens College. Na tym to przyjeciu uslyszalam rozmowe:

- Jest tu pewien bardzo odwazny facet, ktory zalozyl polska gazete.

- Czy pan to czytal? - zapytal rozmowca.

- Alez skad, nie mam zamiaru.

Chwile potem rozmawialam z Redaktorem-zalozycielem. Odurzona nimbem publikacji wierszy w londynskich Wiadomosciach z pewnym zdziwieniem potraktowalam slowa:

- Mam nadzieje, ze bedzie pani i u nas drukowac.

Moze odpowiedzialam "oczywiscie", ale w duchu dodalam sobie, ze nie.

Nie tylko w moim mniemaniu druk w "lokalnej" gazecie po debiucie w Wiadomosciach wydawal sie moralnym kompromisem. Jeszcze kilka lat pozniej, kiedy juz "zgrzeszylam" z Nowym Dziennikiem, Leopold Tyrmand ostrzegal mnie: "Tylko niech pani nie publikuje wierszy w gazecie codziennej". Abominacja.

Przytaczam te scenki, aby pokazac, jaka atmosfera towarzyszyla pierwszym krokom Nowego Dziennika. Byl to okres powolnego upadku amerykanskich gazet lokalnych i galopujacych suchot pismiennictwa polonijnego. Polskojezyczna spolecznosc w Ameryce byla dosc podzielona, tworzyla ja z jednej strony duza, ale malo zdefiniowana grupa, ktora nazywala siebie Polonia, i duzo mniejsza, ale bardziej zdefiniowana grupa wojennej i powojennej emigracji politycznej, ktora z taze Polonia niewiele chciala miec wspolnego. Dla tych pierwszych forum spolecznym byly roznego rodzaju polanki z polka, dla drugich organizacje kombatanckie, ale przede wszystkim tak elitarne instytucje, jak Polski Instytut Naukowy, Instytut Pilsudskiego, coroczne, juz bardzo elitarne imprezy Fundacji Jurzykowskiego polaczone z rozdawaniem "polskiego Nobla". Fundacja Kosciuszkowska pomiedzy nimi, wprawdzie polonijna, ale jednak elitarna. Po 1968 r. do tej drugiej grupy dolaczala inteligencja (w duzej mierze pochodzenia zydowskiego) wygnana z Polski po marcu. Nie wiem, co czytali ci pierwsi, ale ci drudzy prenumerowali londynskie Wiadomosci, legendarny tygodnik drukowany na kredowym papierze, i paryska Kulture.

Na takim to rynku czytelniczym Boleslaw Wierzbianski wystartowal z Nowym Dziennikiem. Poczatkowo malo kto bral to pismo powaznie, nawet ci, co czytali, niechetnie sie do tego przyznawali. A jednak nakladem ogromnej pracy, woli i pieniedzy odwaznej grupy wspolzalozycieli, gazeta powoli rozwijala sie i zataczala coraz to szersze kregi swego oddzialywania. Boleslaw Wierzbianski bywal na polankach z polka, o czym wiedzialam z gazety, i uczestniczyl w naukowych sesjach i imprezach instytutow, bo przeciez sam reprezentowal wlasnie te nieprzejednana emigracje polityczna. W ciagu kilku lat uczynil rzecz zdawaloby sie niemozliwa, Nowy Dziennik stal sie centrum konsolidacji polskiego srodowiska w Nowym Jorku i w Ameryce. Stal sie zatem polityczna reprezentacja polskiego swiata, umyslnie nie nazywam tego Polonia, chociaz po przybyciu emigracji solidarnosciowej i posolidarnosciowej, malo w tych meandrycznych roznicach zorientowanej, wszystko stalo sie "Polonia". Juz pod koniec lat 70. redakcja i jej przyjaciele zaczeli byc zapraszani do City Hall na uroczystosci i do Gracie Mansion na pikniki, co wskazywalo, ze sie z Nowym Dziennikiem liczono, nawet jezeli z przyczyn czysto strategicznych. Byla to ogromna rzecz i zasluga talentow reprezentacyjnych Wierzbianskiego.

Inna wielka sprawa byl dodatek kulturalno-literacki. Wiadomo, ze gazete utrzymuje czytelnictwo masowe, ale Boleslaw Wierzbianski - czlowiek wyksztalcony w najbardziej zywym intelektualnie okresie Drugiej Rzeczpospolitej - rozumial, ze nawet najwieksze i najlepiej redagowane pismo bez takiego dodatku nie ma klasy. Konkurowanie o materialy i autorow z Kultura czy Wiadomosciami nie bylo latwe, a jednak poprzez wielka kulture osobista, wytrwalosc i madra strategie doprowadzil do tego, ze obecny Przeglad Polski jest najwazniejszym pismem literackim poza granicami kraju. Stalo sie tak, bo Redaktor mial zawsze otwarta postawe w stosunku do naplywajacych fal emigracyjnych i powierzal swe "oczko w glowie" najlepszym. To, ze potrafil otaczac sie czynnymi i tworczymi ludzmi i delegowac funkcje, bylo chyba jednym z najwiekszych jego talentow. To wlasnie dlatego Nowy Dziennik - gazeta, instytucja i budynek staly sie Jego trwala i zywa spuscizna, a nie martwym pomnikiem. Nie nalezy zapominac o imponderabiliach - tradycji eleganckiego Balu Prasy, tradycji wigilijnego "sledzika" w redakcji, o tym wszystkim, co stwarza klimat.

Bardzo odwaznym i madrym posunieciem bylo przeniesienie redakcji z Jersey City na Manhattan. Kilkupietrowy dom przy 38 Ulicy w zachodniej czesci tego wspanialego miasta, z nowoczesnie wyposazona redakcja, ksiegarnia i galeria, stal sie miejscem spotkan z najwybitniejszymi pisarzami, politykami, dzialaczami polskimi i amerykanskimi. Byla to w czyn wcielona wizja czlowieka, ktory mial odwage ja miec i zrealizowac.

Mial niemalo przeciwnikow, ale wytrwaloscia i stanowczoscia potrafil ich na swoja strone przeciagnac. Nawet sam Jerzy Giedroyc, zalozyciel i redaktor Kultury, przez dlugie lata przeciwny roznym inicjatywom politycznym Boleslawa Wierzbianskiego, pod koniec zycia uznal i docenil jego ogromne zaslugi.

Moja przyjazn z Redaktorem dojrzewala powoli. W 1975 roku, jeszcze w Jersey City, zarobilam pierwsze 20 dolarow za recenzje ksiazki. Rok pozniej Redaktor zaprosil mnie, abym goscinnie zredagowala numer dodatku poswiecony rocznicy tragicznej smierci Jana Lechonia. Fakt, ze beda to czytac ludzie, ktorzy moze znali poete osobiscie, paralizowal mnie podczas calej tej pracy.

Coraz to spotykalismy sie w redakcji, czasem w ktoryms z instytutow, czasem w rozglosni Wolnej Europy, z ktora On wspolpracowal od dawna, a ja krotko. Ale czasem uciekalismy sie do korespondencji.

Patrze na list z 27 lutego 1986 roku:

"Droga Pani Aniu!

Dziekuje bardzo za list w sprawie rocznicy. Probowalem do Pani telefonowac, ale bez skutku. Poniewaz wyjezdzam na dwa tygodnie, wiec pisze. (…)

Co z Pani tomem nowych wierszy, bardzo chcialbym zeby Przeglad go omowil, a ksiegarnia sprzedawala (…)".

Tego samego roku w sierpniu taki list:

"Szanowna Pani:

Dziekuje za list z 29 lipca.

Ma Pani oczywiscie racje. Zastanowie sie, jak bledny artykul sprostowac. Dziekuje za pamiec. Przy okazji dziekuje rowniez za wiadomosc o zgonie sw.p. Gliwy. Okazuje sie, ze jak dotychczas, dzieki Pani, Nowy Dziennik poswiecil jego zgonowi wiecej uwagi anizeli Dziennik londynski".

Z czasem, moze u nas w domu, lub u nich, przy wspanialym wlasnorecznie robionym przez Redaktora pasztecie, przeszlismy na "ty".

W 1990 roku po jakiejs krotkiej chorobie napisal do nas:

"Moi Drodzy:

Niezmiernie ucieszyly mnie Wasze mile zyczenia powrotu do zdrowia. Jestem przekonany, ze przyczynily sie przez telepatie do przyspieszenia procesow ozdrowienczych. W przyszlym tygodniu znowu pojade na krotko do szpitala, a potem mysle, ze bede zdrow jak ´w Wiselce rybkaª.

Raz jeszcze serdeczne dzieki.

Usciski,

B.W.".

W ostatnich latach, przy kazdym spotkaniu pytalam Bolka, czy pisze wspomnienia; bo przeciez, kiedy mowi sie, ze z Jego odejsciem konczy sie epoka, to nie jest to tylko zalobny komplement. Reprezentowal jedno z najciekawszych pokolen w calej historii Polski. Jezeli nawet nie zostawil wspomnien, warto byloby wydac wybor jego publikacji. To przeciez swiadectwo epoki, ktora chociaz odchodzi, wciaz ma wiele do zaoferowania.

Ale przede wszystkim odchodzi czlowiek i pozostawia uczucie pustki i zalu.

Do widzenia, Bolku!

Anna Frajlich

 

Teraz juz takich
nie robia

Bylo to prawie czterdziesci lat temu. Przyjechalem z Polski wykladac na Columbii i Yale. Mielismy z Boleslawem Wierzbianskim wspolnych przyjaciol w Londynie, przede wszystkim Tadzia Horko, brata Krystyny Tarnowskiej. Zadzwonilem do redakcji Nowego Dziennika - i Naczelny zaprosil mnie na obiad do budynku ONZ, dokad mial specjalna karte wstepu. Chcial mi pokazac, jak wyglada od srodka ta dziwna instytucja, wowczas traktowana z niechecia przez wladze PRL, a dzis znajdujaca sie w oku cyklonu, stworzona ongis przez Stany Zjednoczone po to, by swiatu mniej zagrazaly cyklony, rozpetywane przez silnych nad glowami slabych. Wspominam to odlegle wydarzenie, bo - jak sie pozniej nieraz przekonalem - Bolek (po paru spotkaniach zaproponowal mi przejscie na "ty", co wowczas bylo jeszcze ceremonia, a co przyjalem jako zaszczyt) chetnie i goscinnie dzielil sie swoimi kontaktami, wiedza, zainteresowaniami.

Byl dzentelmenem do szpiku kosci. Kiedy widzialem go ostatni raz, przed niespelna dwoma laty, juz bardzo schorowanego, uderzyl mnie i gleboko wzruszyl widoczny, ale spontaniczny, naturalny wysilek, by w miare slabnacych sil zadbac o goscia i zapewnic opieke. Gdy w gronie bodaj dziesieciu osob zasiedlismy przy restauracyjnym stole, Bolek starannie sprawdzal, czy wszyscy wybrali to, czego chca, i czy nie maja pustych kieliszkow.

Ilekroc w ciagu czterdziestu lat znajomosci zjawialem sie w Nowym Jorku - a bylo to wiele razy - zawsze znajdowal czas, by wyskoczyc wspolnie na lunch do jednej z ulubionych hiszpanskich restauracji w poblizu. I zawsze rozmowa byla warta podrozy. A kiedy Bolek z Basia odwiedzili nas w naszej burgundzkiej chalupie w roku 1988, w okresie mojej banicji "wisielca" (jak mnie pieszczotliwie nazywali przyjaciele), wpisal sie do ksiazki gosci, ze "zrezygnowali ze sjesty, zeby miec przyjemnosc rozmowy". To bylo typowe: i dla checi wymiany mysli, i dla szerokosci zakresu tematow. Bo Bolek byl, jak wielcy dziennikarze, ciekaw wszystkiego. I to niepowierzchownie. W roku 1997 dowiedzial sie, ze organizuje w Gdansku konferencje naukowa o tym, jak rozmaicie Joseph Conrad jest odbierany przez czytelnikow w roznych krajach. Zapytal, czy moze przyjechac - i z cierpliwym zainteresowaniem przez trzy dni towarzyszyl naszym obradom.

Kiedy Go poznalem, nie wiedzialem o jego zetowskiej przeszlosci (przy okazji polecam wszystkim Jego znajomym lekture ksiazki ZET w walce o niepodleglosc i budowe panstwa. Szkice i wspomnienia, pod red. Tadeusza W. Nowackiego, Warszawa 1996). Teraz mysle, ze byl jednym z najznakomitszych przedstawicieli tego wspanialego srodowiska, oddanego sluzbie niepodleglej Polsce. Formacji ludzi, dla ktorych obywatelskie obowiazki byly czyms oczywistym. Byl znakomitym organizatorem, ale nie mial (nadto czestych w naszych kregach politycznych) ambicji wodza. Wybieral sobie odcinki - oczywiscie najwazniejszym okazal sie Nowy Dziennik - za ktore czul sie odpowiedzialny, i spelnial swoje zadania w sposob wzorowy. Dzialajac przez prawie cale swoje zycie na obczyznie, zachowal postawe Polaka-emigranta politycznego, ktory stale pamieta o potrzebach i interesach ojczyzny. Nigdy nie dawal sie uzywac; unikal rozgrywek personalnych, hasla Niepodleglosci i Demokracji, okreslajace grupe emigracyjna, ktorej byl wspoltworca, wyznaczaly dostatecznie jego zasady. Mialem tego wiele przykladow w naszej nieczestej, lecz tresciwej korespondencji, w ktorej dawal dowody rozsadku, rzetelnosci i przyjazni. Wciagniety w amerykanskie i nowojorskie zycie polityczne, zawsze patrzyl na podejmowane w Waszyngtonie decyzje okiem Polaka, przyjaciela zyczliwego, ale i krytycznego.

Myslalem o tym imponujacym potezna postura mezczyznie zawsze z jakas doza czulej serdecznosci. Byl bowiem takim wlasnie czlowiekiem, jakich zawsze mielismy za malo i jakich nam w tej chwili w Polsce najbardziej, wrecz rozpaczliwie, potrzeba. Ludzi obywatelskiej sluzby, nie gadajacych o idealach, ale umiejacych dzialac w twardych warunkach. Oby Jego przyklad sprawil, ze tytul mojego wspomnienia okaze sie nieprawdziwy.

Zdzislaw Najder

 

Redaktor

Jesli dotychczas w jakiejkolwiek publikacji pojawialo sie slowo "Redaktor" - tak wlasnie, pisane z duzej litery - wiadomo bylo, ze mowa o Jerzym Giedroyciu, zalozycielu Instytutu Literackiego i wieloletnim redaktorze paryskiej Kultury. Teraz, po odejsciu Boleslawa Wierzbianskiego, ten wyroznik przestaje byc tak oczywisty, bowiem i On zasluzyl na miano Redaktora. Zasluzyl calym swoim zyciem poswieconym dwom sprawom - Polsce i dziennikarstwu.

Mialam szczescie poznac obu tych wielkich ludzi; Jerzego Giedroycia tylko poznac, z Boleslawem Wierzbianskim dane mi bylo pracowac przez ponad 15 lat. Wiele ich laczylo, choc i wiele dzielilo, czasami szli roznymi drogami, ale mieli wspolny cel - niepodlegla, demokratyczna Polske. Ich wiara i nadzieja po dziesiatkach lat ziscila sie, mogli uznac, ze wysilki i zabiegi przyniosly upragniony rezultat. Radosc nie trwala jednak dlugo, rozwoj wydarzen w kraju wielokrotnie wywolywal u obu poczucie zawodu i zniechecenia.

Kiedy znalazlam sie na emigracji, wiedzialam, ze istnieje w Nowym Jorku Nowy Dziennik, ale nie znalam nawet nazwiska redaktora naczelnego. Poznalam je przypadkiem podczas spotkania w Niemczech z Piotrem Zaluskim, do wprowadzenia stanu wojennego kolega z jednej redakcji we wroclawskiej telewizji, ktory wlasnie zaczal pracowac w Radiu Wolna Europa. Przed moim wyjazdem do Nowego Jorku powiedzial mi, ze przed kilkoma dniami w Monachium byl redaktor Boleslaw Wierzbianski, ktory poszukuje dziennikarzy do pracy w gazecie. Troche sie zdziwilam, wydawalo mi sie, ze pewnie w Stanach Zjednoczonych moze przebierac wsrod kandydatow jak w ulegalkach. Bez specjalnej wiary w powodzenie jakichkolwiek staran wzielam jednak od Piotra wizytowke.

23 maja 1984 r. wyladowalam w Nowym Jorku. Zalatwiwszy sprawy podstawowe w urzedach, dwa dni pozniej zadzwonilam do redakcji. Sekretarka polaczyla mnie z redaktorem naczelnym. W sluchawce uslyszalam mocny, ale przy tym cieply glos. Krotko sie przedstawilam i powiedzialam, ze moze moglabym sie przydac. Boleslaw Wierzbianski zaprosil mnie na rozmowe do redakcji. Ta rozmowa byla niczym egzamin, ale prowadzony w bardzo przyjacielskiej, zyczliwej formie. Mowiac o roznych sprawach Redaktor tak nia pokierowal, ze musialam wykazac sie znajomoscia sytuacji politycznej, spolecznej i wiedza o tym, co sie dzieje w kulturze. Szczesliwie poruszalismy sie w kregu spraw polskich, o ktorych sporo wiedzialam dzieki 18-miesiecznej pracy przy redagowaniu Pogladu, ukazujacego sie w Berlinie Zachodnim dwutygodnika mlodej tamtejszej emigracji. "Egzamin" wypadl pomyslnie. Boleslaw Wierzbianski powiedzial, zebym 4 czerwca zglosila sie do pracy. "Na dwutygodniowa probe", zaznaczyl.

W pierwszym tygodniu dal mi czas na zapoznanie sie z gazeta i zespolem, zapraszal na codzienne poranne narady, podczas ktorych rozdzielal zadania, zlecil napisanie tekstu o sytuacji najnowszych emigrantow w Niemczech, podrzucal na biurko depesze Reutersa do przetlumaczenia i opracowania - z oczywistych wzgledow redakcja nie korzystala wowczas z serwisu Polskiej Agencji Prasowej. Obserwowalam Go z malenkiego boksu znajdujacego sie obok nieco wiekszego, gdzie pracowaly maszynistki, i lepiarni, gdzie konczyl sie cykl przygotowywania gazety do druku. Czesto tam zagladal i rzucal okiem na gotowe strony, bywalo, ze w ostatniej chwili wprowadzal jakies poprawki. Choc lepiarnia to miejsce, w ktorym pod koniec skladania kazdego numeru panowalo zawsze prawdziwe pandemonium (kto pamieta, ze na szpalty naklejalo sie wyciete zyletka dlugie zadrukowane paski papieru, a na zdjecia zostawialo pusta przestrzen - dzis to "technika" z czasow krola Cwieczka), uwagi i poprawki Redaktora nie powodowaly dodatkowej nerwowosci. Jego obecnosc dawala poczucie, ze wszystko jest sprawdzone i dopilnowane.

W nastepny poniedzialek na porannej odprawie Redaktor polecil mi zajecie sie Przegladem Polskim. Czesc materialow byla juz przygotowana, ale calosc nalezalo zamknac nastepnego dnia. Wpadlam w panike, ale Boleslaw Wierzbianski uspokoil mnie mowiac: "Nie przejmuj sie, dziecinko, pomoge ci". I rzeczywiscie w tym pierwszym, bardzo trudnym okresie bardzo mi pomagal. I jako redaktor, i jako autor. Pisywal do tygodnika chetnie i choc czasami przynosil teksty "na ostatnia chwile", wiedzialam, ze jak obieca artykul czy recenzje, na pewno napisze. I ze zawsze bedzie to tekst wart przeczytania. Byl niezawodny w sytuacjach kryzysowych, kiedy np. z jakichs wzgledow nie udalo mi sie zamowic u wspolpracownikow tzw. okolicznosciowek, ratowal mnie z opresji siadajac do maszyny.

Przez pierwsze miesiace dyskretnie, ale czujnie przygladal sie moim poczynaniom. Podrzucal tematy, sugerowal, do kogo sie zwrocic z prosba o napisanie artykulu, wprowadzal w polskie srodowisko w Nowym Jorku. Pozniej, kiedy uznal, ze juz jakos sobie radze, zostawil mi duza swobode, ale zawsze omawialismy kolejne numery i zawsze moglam liczyc na Jego wskazowki.

Jako szef byl lojalny i sprawiedliwy. Potrafil ofuknac, ale czynil to tak, ze sama potem pukalam sie w czolo: no tak, jak moglam to czy tamto przepuscic, jak moglam o tym czy tamtym zapomniec. Nie staral sie wzbudzac we mnie poczucia winy, sprawial jedynie, ze chcialam sprostac Jego wymaganiom. Chwalil rzadko, ale jak pochwalil, to naprawde bylo cos!

Pod koniec lat 80. popelnilam powazny redaktorski blad. Zamiescilam w tygodniku przy artykule na temat graffiti reprodukcje napisu - powiedzmy delikatnie, bardzo niestosownego - na murze w jednym z polskich miast. Wydawalo mi sie, ze oddaje on sposob myslenia pewnej grupy mlodych zapewne ludzi. I myslalam, ze nie zabija sie listonosza... Tymczasem rozpetala sie burza protestow, padaly zadania wyrzucenia "osoby za to odpowiedzialnej" z pracy. Redaktor wezwal mnie wtedy "na dywanik", solidnie obrugal, ale reprymende zakonczyl slowami: "Wykazalas brak wyobrazni, dziecinko, brak wyobrazni!". Po tej rozmowie wszystkie nastepne gromy wzial na siebie, do mnie docieraly juz tylko okruchy.

Nie lubil konfliktow, unikal ich. Kiedy juz musial wdac sie w jakas bezsensowna awanture, ucinal ja niczym brzytwa. Zdarzylo sie, ze jeden z kolegow napisal na mnie najzwyklejszy donos. Redaktor Wierzbianski poprosil nas do gabinetu. W wyciagnietej rece, jakby to byla jakas obrzydliwosc (skadinad byla...), trzymal za rog kartke papieru. Powiedzial: "Prosze sobie teraz przy mnie wszystko wyjasnic, a wiecej takich rzeczy - tu potrzasnal kartka - na swoim biurku nie chce widziec".

Pietnascie lat pracy z Boleslawem Wierzbianskim bardzo duzo dla mnie znaczy. Nadal mojej emigracji sens, uksztaltowal mnie, nauczyl redagowania tygodnika, a obdarzajac zaufaniem sprawil, ze uwierzylam w siebie.

Dziekuje, Redaktorze.

Julita Karkowska

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail