PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (28 marca 2003)


IZABELA JOANNA BOZEK

Szmuglowane
zycie


Zaledwie 152 strony. Jesli odjac liczne fotografie, tekstu zostaje jeszcze mniej. Proste zdania, suche opisy. Zadnych sentymentalnych rozwazan. Czasami tylko dzieciece zdziwienie, ze jest jak jest.

Opowiesc Janka Kostanskiego (rocznik 1925) rozpoczyna sie sielskim wspomnieniem zapamietanego sprzed wojny swiata: warszawskich ulic, ludzi, ktorzy po nich chodzili, zaprzyjaznionych sklepikow z dobrze znanymi twarzami w srodku, znajomego nabrzeza Wisly i swojskich barek pelnych roznorakich towarow. I jeszcze ostatnie przedwojenne lato - lowienie kielbikow w Wisle, gdzies za Mlocinami. "Bylo wesolo" - pisze Kostanski.

Tak rozpoczyna sie ta szczegolna historia o chlopcu, ktorego zycie potoczylo sie zupelnie inaczej, niz wyobrazala to sobie jego matka, tak jak inne byly wyobrazenia dziesiatek tysiecy matek w 1939 roku na temat przyszlosci ich synow. Kostanski w wieku 15 lat stal sie bowiem nagle doroslym czlowiekiem, pracujacym na utrzymanie rodziny, chroniacym ja od glodu, chlodu i smierci.

Szmuglerzy nie sa pierwsza ksiazka o Kostanskim. W 1998 roku wydal on napisane przy pomoca zony i zatrudnionego redaktora i tlumacza wspomnienie Janek: A Gentile in the Warsaw Ghetto. Nie majace linearnej ciaglosci, porwane na kawalki wspomnienia wzbudzily zainteresowanie Henryka Grynberga, ktory napisal ksiazke Kostanskiego na nowo: tak jak ja uslyszal i zapamietal w czasie - jak sam pisze - okolo trzydziestu godzinnych rozmow telefonicznych, prowadzonych ponad kontynentami, ale takze uzupelnil archiwalnym materialem faktograficznym pochodzacym z okresu wojny.

Rodzina Kostanskiego skladala sie z matki, dwoch corek i syna, Janka. Nie wiemy, kiedy odszedl od nich ojciec i maz, wiemy jedynie, ze pani Kostanska zajela sie handlem owocami i z tego utrzymywala rodzine. Pracowala do spolki z panem Ajzykiem Wierzbickim, sasiadem, owdowialym ojcem dwojga dzieci, Nechy i Natana. Rodziny musialy byc ze soba prawdziwie zaprzyjaznione, skoro spedzano razem swieta, dzieci odwiedzaly sie bezustannie, a maly Kostanski godzinami sluchal opowiesci z hebrajskich ksiag, czytanych przez dziadka Wierzbickiego. Wybuch wojny jeszcze bardziej zblizyl obie rodziny: Kostanscy przeprowadzili sie do domu, w ktorym mieszkali Wierzbiccy, a kiedy wokol getta zaczeto budowac mur przebiegajacy w poprzek ich wspolnego podworka, paradoksalnie mur ten nie tylko ich nie rozdzielil, ale wrecz przeciwnie - zwiazal jeszcze mocniej. Dostarczanie szabasowych kur dla starszego pana Wierzbickiego, poczatkowo traktowane jako sasiedzka i przyjacielska przysluga, przerodzilo sie w koniecznosc, w zawod wykonywany z narazeniem zdrowia i zycia; w zorganizowany, przemyslany w najdrobniejszych szczegolach i angazujacy dziesiatki ludzi proceder - w przemycanie zywnosci do wyglodnialego getta i tym samym zarabianie pieniedzy na wlasne utrzymanie.

Mlody Kostanski i jego matka dokonywali w czasie okupacji cudow zrecznosci w "organizowaniu" pewnych mieszkan, wyprowadzaniu i wprowadzaniu Wierzbickich z powrotem do getta (bo nagle okazalo sie, ze w getcie jest najbezpieczniej), zapewnianiu calej rodzinie bytu. Pomaganie Wierzbickim stalo sie obowiazkiem, ktorego nawet nie dyskutowano. Kiedy nagle przychodzi wiesc o tym, ze trojka Wierzbickich znalazla sie w transporcie do Treblinki, pierwszym odruchem jest decyzja - jechac tam, szukac ich, przekupic kogo sie da, ratowac. Na szczescie wszyscy troje wydostaja sie z transportu i wracaja do Warszawy. "Bog prowadzil".

Jak wiele razy Janek Kostanski "dostal", jak wiele razy kurowal sie z ciezkiego pobicia, jak wiele razy otarl sie o smierc - trudno policzyc; ile razy Wierzbiccy sadzili, ze nadeszla ich ostatnia godzina, ile razy drzeli slyszac na schodach ciezkie kroki - takze nie wiemy. Nie dowiemy sie tego ze Szmuglerow. I nawet nie musimy, nie jest nam to do niczego potrzebne. Wiemy, ze rodzina Kostanskich zrobila absolutnie wszystko, co mozna i trzeba bylo zrobic, by uratowac rodzine Wierzbickich. I to wystarczy, by zadac sobie samemu, w ciszy, takie chociazby pytanie: jak to sie stalo, ze w tej samej przedwojennej Warszawie, w ktorej studenckie bojowki bija na dziedzincu uniwersytetu swoich zydowskich kolegow, wyrasta na zupelnie innego czlowieka maly Janek Kostanski? Naiwne pytanie, niewatpliwie. Ale zadac je trzeba, bo ono moze wywolac przemyslenia bardziej skomplikowane, w ktorych bedzie szansa zapytac o kondycje naszej wlasnej duszy.

Szmuglerzy to ksiazka, ktorej narracja jest niemal zupelnie beznamietna, pozbawiona patosu smierci. Jest taka scena: policjant pilnujacy getta, zwany z powodu swej gladkiej powierzchownosci Laleczka, zauwaza przechodzacego przez mur szmuglera Leona. Leon, mimo ze ostrzezony, nie dowierza sytuacji, chce negocjowac, spokojnie czeka na ludzki gest ze strony policjanta:

"- No co, Laleczka, zdecydowales sie? - spytal.

A Laleczka bez slowa podniosl pistolet i strzelil.

- Laleczka, cos ty zrobil? - zdziwil sie Leon.

To byla nasza pierwsza strata".

"Laleczka, cos ty zrobil? - zdziwil sie Leon". I nie ma nic wiecej do dodania na temat tej smierci. A przeciez w nastepnym zdaniu: "To byla nasza pierwsza strata" slychac odglos padajacego na ziemie z gluchym steknieciem ciala; widac w nim grymas bolu i ogrom zdziwienia.

Zdziwienie jest nieodlacznym elementem Szmuglerow. Zdziwienie prawdziwym obliczem swiata za szybko dorastajacego dziecka, zdziwienie bolesne, ale tez zdziwienie pospieszne, na ktore wlasciwie nie ma czasu, bo trzeba rano wstac i myslec przez caly dzien o tym, jak ratowac drugiego czlowieka. Nie bylo w zyciu Kostanskiego luksusu poznawania swiata na zasadzie prob i bledow, filozoficznych zastanowien, mozliwosci wyborow. Byla koniecznosc podjecia odpowiedzialnosci za innych i za siebie.

To ksiazka powsciagliwa, pelna niezadanych pytan i nieudzielonych odpowiedzi. Dopiero na koncu dowiadujemy sie, ze przyjazn Kostanskich i Wierzbickich przez lata przerodzila sie w zwiazki osobiste: matka Janka wychodzi za maz za Ajzyka Wierzbickiego i rodzi dziecko; Janek zeni sie z corka swego ojczyma. Po trzech miesiacach pomiedzy upadkiem powstania warszawskiego a wyzwoleniem Warszawy w styczniu 1945 roku, po 105 nocach zycia w ciemnosciach, strachu i niepewnosci spedzonego w piwnicach nastepuja szczesliwe odnalezienia, radosne spotkania wsrod gruzow, rozlegaja sie krzyki radosci.

Czy to koniec tej opowiesci? I tak, i nie; narodza sie jeszcze nowe dzieci i wnuki, odbeda sie podroze w poszukiwaniu ziemi obiecanej, ktora okaze sie byc nieznanym ladem na antypodach, odbeda sie sluby i wesela, chrzty i bar micwy, pochowki zydowskie i katolickie. Odbedzie sie zycie ani bardziej, ani mniej szczesliwe, niz mozna by sobie zyczyc. Ale zostanie tez pamiec. Jej przekazywaniu nie bedzie konca.

------------------

Henryk Grynberg i Jan Kostanski, Szmuglerzy. Wydawnictwo Twoj Styl, Warszawa 2001, s. 152; cena 12 dol. plus 8,25% NY podatku i 6,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail