JAN ZIELINSKI
Krojczy
slowa
Jaroslaw Abramow-Newerly pracuje w tempie, ktore oszolamia i zapiera dech krytykom (czytelnicy sie ciesza, jak skoncza czytac jedna jego ksiazke, juz ukazuje sie nastepna). Przegonil mnie, przyznaje, wiec zamiast pisac recenzje z ksiazki, ktora przestala byc najnowsza, sprobuje spojrzec nieco szerzej na to pisarstwo, zastanowic sie, w czym tkwi sekret tej zdumiewajacej plodnosci (przy zachowaniu wysokiego poziomu), pokusic o ustalenie, jak ta proza jest zrobiona.
*
W ten sposob zakresliwszy sobie zadanie, w ramach teoretycznej podbudowy siegnalem ponownie po wielu latach po klasyczna rozprawe rosyjskiego formalisty Borisa Eichenbauma, napisana w roku 1918 rozprawke pt. Kak sdielana "Szinel" Gogola, ktory to tytul lacniej moze byloby oddac slowami: Jak jest skrojony "Plaszcz" Gogola. Eichenbaum zaczyna od stwierdzenia, ze kompozycja noweli w duzej mierze zalezy od roli, jaka odgrywa w niej "osobisty ton" autora, a konkretnie, czy autor potrafi od poczatku narzucic ten ton czytelnikowi, jako spoiwo narracji. W przypadku Abramowa-Newerlego odpowiedz na tak postawione pytanie jest, podobnie jak w przypadku Gogola, jednoznacznie pozytywna. Jego ksiazki prozatorskie bez wzgledu na to, czy akcja dzieje sie w zoliborskiej kamienicy, w Kanadzie czy na Podolu (badz tez na przemian, albo wrecz rownoczesnie, w Kanadzie i na Podolu, z drobnymi odskokami do Warszawy i innych miast centralnej Polski) sa od razu rozpoznawalne przez ow osobisty ton. Co jest dla tego tonu charakterystyczne? Na pewno nie olimpijska pycha i dystans Goethego, Tolstoja czy Thomasa Manna. Abramow-Newerly umie sluchac swoich rozmowcow, czesto ludzi prostych, sluchac bez poczucia wyzszosci, czasem nawet z pokora wobec prawdy ich zyciowych historii. Wiecej, umie sie ze swoimi rozmowcami sprzeczac, droczy sie o granice ich wiedzy i o mechanizmy pamieci. Przez ten brak dystansu tworzy specyficzna atmosfere wzajemnego zaufania, ktora z relacji narrator-bohaterowie przenosi sie na relacje autor-czytelnicy. Czytajac Granice sokola czy Lwy mojego podworka odnosimy wrazenie, ze autor nie probuje nam niczego wmawiac, ze to, o czym pisze, jest oparte na relacjach o wydarzeniach, ktore rzeczywiscie mialy miejsce. Nie nalezy jednak wyciagac wniosku, ze mamy tu do czynienia ze zgrzebnymi reportazami. Nie, wlasnie ow eichenbaumowski osobisty ton sprawia, ze relacje, poddane kunsztownej obrobce stylistycznej i kompozycyjnej, nabieraja waloru prawdy artystycznej.
Boris Eichenbaum analizujac osobliwosci narracji Gogola zwraca uwage na znaczaca role, jaka odgrywaja w niej wszelkiego rodzaju kalambury. Jak to wyglada u Abramowa, ktory, przypomnijmy, debiutowal jako autor piosenek w Studenckim Teatrze Satyrykow? Otwieram Granice sokola w dowolnym miejscu. Strona 91. Rozmowa z Piotrem Bielskim, "rzemieslnicze" pseudo: "Ciastowy Newyorker". Rzecz dotyczy zachowania sie pisarzy polskich w zajetym przez Zwiazek Sowiecki Lwowie. Temat dobrze znany z Mojego wieku Wata, z Ocalonego na Wschodzie Stryjkowskiego, z ksiazek Hena i Winklowej o Boyu, z relacji Borwicza. Rozmowcy sa dobrze przygotowani, maja w zanadrzu i wlasne wspomnienia, i celne cytaty. Oto na przyklad fragment dotyczacy niezwyklego aforysty i niezlego oryginala Stanislawa Jerzego Leca, pod ktorego auspicjami mlody Abramow w polowie lat 50. zakladal w Warszawie kabaret Widelec. Nie obejdzie sie bez dluzszego cytatu (z cytatami w srodku):
"I moja lira z nowej stali
i dumnie przemieniona muza,
obywateli jasny wzrok
i glos, i oddech, mysl i krok
i wolnosc, ktora nas odurza
- to Stalin.
Tak pisal w Czerwonym Sztandarze w grudniu 1939 roku mistrz panskiego kabaretu Stanislaw Jerzy Lec, panie Jaroslawie. W wierszu Stalin - spojrzal na mnie z tryumfem. - A List przeslany poetom do Kijowa w listopadzie tegoz roku zaczynal od slow:
Przywitajmy sie dzisiaj spowici jedna ojczyzna
juz nie dzieli noz Zbrucza chleba Ukrainy...
Dobry ten noz, nie? Oni nam go wbili, a on opiewal ojczyzne, ktorej zaden knut swistem nie ocienil. Dumnie przemieniona muza? Zastrzelilem pana, co panie Jaroslawie? Tym chlebem Ukrainy? Jako zwykly ciastowy...
- To prawda. Wzial mnie pan na widelec, panie Piotrze. Przyznaje...
- A, widzi pan! - podskoczyl z radosci.
- Bo "Widelec"nazywal sie ten moj pierwszy kabaret
- wyjasnilem.
- Tak ostry?
- Dosc. Kazdego za wzorem mistrza bralismy na widelec:
"Raz na widelec, raz na widelec! Widelec? Vide-Lec!".
Tak bowiem brzmiala tytulowa piosenka Joanny Kulmowej. Z gra
slow: Patrz - Lec. Vide - Lec!
- Z nowej stali! - ryknal serdecznie. - Super zart. Z podwojnym
dnem. Po tej "lirze z nowej stali"".
Przyjrzyjmy sie po kolei. "Lira z nowej stali" w zestawieniu z nazwiskiem (czy raczej pseudonimem) Stalina to kalambur Leca. Chleb Ukrainy, na ktory zwraca uwage Ciastowy - idzie na konto Piotra Bielskiego. Widelec i "Widelec" to kalambur Abramowa. Gre slow widelec - vide - Lec wymyslila bodaj poetka Joanna Kulmowa. I znow Piotr Bielski puentuje te serie kalamburow, stwierdzajac, ze chodzi o widelec "z nowej stali". Calosc iskrzy.
W dalszym ciagu - wybranego na chybil-trafil - fragmentu prozy Abramowa-Newerlego mowa jest o Ostapie Ortwinie (tez pseudonim, nazywal sie Katzenellenbogen), ktory jesienia 1939 r. we Lwowie "urzedowal w pustym gabinecie dawnego Zwiazku Zawodowego Literatow Polskich". Abramow w charakterystyczny dla siebie sposob wplata wspomnienie z pierwszej reki ("Henryk Vogler mowil mi, ze ogromny, siwy, nieruchomy Ortwin w tym gabinecie mial w sobie cos niemal kamiennego..."), wspomnienie, ktore uruchamia lawine skojarzen. Bo skoro kamienny, to jak pomnik. I rzeczywiscie pomnikowa postac. Temat na dramat. A zarazem farse: "Polski prezes bez polskich czlonkow". W dodatku nie calkiem polski, bo Zyd. A przy tym na imie mial Ostap. Wiec jakby ukrainskie ("Taki kozak?"). Tu Abramow zaczyna opowiadac o literatach, ktorzy wstepowali do "sekcji kajakowej". Jego interlokutor nie zna tego wyrazenia, nie wie, ze chodzilo o zlozenie samokrytyki, o pokajanie sie jako "warunek przyjecia do sekcji polskiej Sajuza Pisatielej USRR". Ale zaraz chwyta intencje i odpowiada:
"Kajal sie. Kapuje".
Abramow nie moze przepuscic takiej okazji do kalamburu:
"Kapowal tez". I opowiada dowcip srodowiskowy juz pozniejszy, z lat 50. ("Warunek przyjecia do ZLP? Wydanie dwoch ksiazek lub dwoch kolegow"). Rozmowa schodzi na Broniewskiego. Pan Piotr wie, ze byl on kawalerem Orderu Virtuti Militari. To znow okazja do dwoch kalamburow:
"- No nie, panie Piotrze! Co pan z ta wiedza o medalach robi przy Medaliku?!
- Macam ciasto. Gdzie znajda lepszego ciastowego?! - zasmial sie.
- Nigdzie - przyznalem".
Moglbym tak cytowac calymi stronicami. Ale i te przyklady wystarcza, by pokazac, jak bardzo gogolowska jest proza Abramowa, jak naszpikowana kalamburami, w tym czesto takimi, ktore nawiazuja do znaczacych nazwisk. To rzadka tradycja w polskiej prozie, tak pisalby moze Tuwim, gdyby przeszedl na proze, wypuszczal sie niekiedy w tym kierunku Gombrowicz.
*
Wrocmy wszakze do klasycznej rozprawy Eichenbauma. Trzecia jej czesc poswiecona jest obecnosci w Plaszczu tresci sentymentalnych i rozmyslnie prymitywnych, ktore tworza swego rodzaju "iluzje sceniczna". Iluzja ta stanowi, wedle formuly Karamzina, o "zwyciestwie sztuki". U jej podstaw lezy (dzis uwazane za oczywiste) zalozenie, ze ani jedno zdanie utworu literackiego nie moze byc "odzwierciedleniem" osobistych uczuc autora, ze zawsze mamy do czynienia z konstrukcja i gra, ze dzielo sztuki jest, slowem, czyms zrobionym (skrojonym?), uformowanym i przemyslanym, w czym nie ma i nie moze byc miejsca na proste oddanie empirii duszy. I znow spytam, jak to wyglada u Abramowa, ktory, dodajmy, doszedl do prozy od piosenek przez sztuki teatralne, takie jak Derby w palacu czy Maestro? Ile w tej jego prozie "iluzji scenicznej", ile konstrukcji?
Odpowiedz na te pytania znalezc mozna najlepiej, przygladajac sie narracji w ksiazce Lwow mojego podworka. Mamy tu do czynienia z osobista monografia kamienicy, w ktorej autor spedzil dziecinstwo i mlodosc. Mamy do czynienia z narracja wspomnieniowa, z proza dokumentalna. Szczegolna sila tej narracji tkwi w umiejetnosci przywolania konkretu, w namacalnej wrecz obecnosci znaczacych przedmiotow. Oto znamienny przyklad:
"Kubek herbaty podawany przez Mame pani Helena brala w dlugie, zakonczone pomalowanymi na czerwono paznokciami palce, na ktorych zawsze bylo duzo drogiej i gustownej bizuterii. Pochodzac z bardzo zamoznego, dobrego domu, miala od lat wyrobiony gust, a na zlocie i drogich kamieniach znala sie jak nikt. Z miejsca oceniala probe, szlif i ilosc karatow i umiala oszacowac wartosc brylantow. W koncu, jako wlascicielka modnego kantoru w Warszawie, stykala sie z tym na co dzien i to byl jej fach. Tymi dlugimi palcami, zdejmujac tylko pierscionki, z niezwykla biegloscia grala na moim pianinie, a co wazniejsze, a vista czytala nuty, co dla mnie bylo wprost niepojete. Stawialem przed nia sonatine czy etiude, nad ktora mordowalem sie godzinami, a ona w mig ja odczytywala. Jej palce smigaly tylko po klawiszach. Jeszcze szybciej liczyla pieniadze. Brala paczke banknotow w dwie rece i przebierajac piecioma palcami, mowila sume. Mysle, ze modne dzis maszynki do liczenia pieniedzy nie sa szybsze od wypielegnowanych rak matki Witka i Ryska".
Kubek, paznokcie, palce, bizuteria, zloto, drogie kamienie, brylanty, znow palce, pierscionki, nuty, klawisze, banknoty, znow palce, maszynki. Jest w tym opisie ruch smigajacych palcow, ale jest tez cos wiecej, jest esencja osoby zrecznej, bieglej i niezawodnej. Niepelny portret psychologiczny, ale jakby profil, szkic, ujmujacy jedna charakterystyczna ceche w jej rozmaitych przejawach. Srodkiem do osiagniecia tego celu jest dla Abramowa detal - palce pani Heleny Adelberg.
Siegam znow do rozprawy Eichenbauma i czytam o tym, jak u Gogola drobne szczegoly wysuwaja sie na pierwszy plan, na przyklad paznokiec Piotrowicza albo jego tabakierka z portretem jakiegos generala, tylko nie wiadomo konkretnie ktorego, poniewaz miejsce, gdzie znajdowala sie twarz, zostalo przebite palcem, a nastepnie zaklejone czworokatnym skrawkiem papieru. Rosyjski formalista twierdzi, ze takie szczegoly nie swiadcza o realizmie, bo dowiadujemy sie sporo o paznokciu i o tabakierce, zas o samym Piotrowiczu tylko, ze pil w kazde swieto. A ja czytam o paznokciu i o tabakierce i widze palce trzymajace kubek, i smigajace po klawiaturze, i liczace pieniadze lepiej niz maszynka. Abramow tez nie jest realista w sensie dziewietnastowiecznym, nie pisze, gdzie pani Adelberg odkladala pierscionki, kiedy siadala do pianina, ten caly zewnetrzny swiat, ktory rozciaga sie poza narracja, nie jest mu specjalnie do szczescia potrzebny. Opisuje szczegoly, ale nie wszystkie, tylko te dla jego wizji wazne, starannie dobrane.
*
Powrocmy wszakze do pytania o "iluzje sceniczna". Przyznam, ze elementem, ktory mi z poczatku przeszkadzal w lekturze prozy Abramowa, byly dialogi. Pol biedy w ksiazkach, ktore dzieja sie niedawno, wspolczesnie. Dokladnie zacytowane rozmowy moga w nich sprawiac wrazenie spisanych z tasmy albo z notatek, sporzadzonych wkrotce po odbyciu dialogu. Co jednak poczac z rownie dokladnie przytoczonymi dialogami z lat okupacji, jakich pelno w Lwach mojego podworka? Stanowilyby zgrzyt, gdyby przyjac, ze mamy do czynienia z realistyczna proza wspomnieniowa. Mozna zapamietac, jak wygladaly widziane w dziecinstwie przedmioty, zwlaszcza jesli przez ukryte w nich znaczenie, albo chocby przez wbijajacy sie w pamiec ruch zwrocily na siebie uwage mlodocianego obserwatora. Trzeba by jednak miec zupelnie niezwykla pamiec sluchowa, zeby moc po dziesiecioleciach powtorzyc doslownie wypowiedziane slowa, nie tylko te wazne, co zapadaja w serce, ale i slowa codzienne, akustyczna wate rzeczywistosci. Formula Eichenbauma pozwala rozladowac ten dysonans, rozwiklac pozorna sprzecznosc. Dialogi w Lwach mego dziecinstwa nie sa czescia relacji wspomnieniowej, sa swiadomym konstruktem autorskim, ktorego racja bytu nie lezy w cudzie pamieci ani w fenomenie sluchu, tylko w wyobrazni scenicznej. Dialogi Abramowa stanowia sceniczny komponent jego prozy, sa jej drugim oddechem, artystycznym zwienczeniem.
*
Proza Abramowa-Newerlego jest heterogenna nie tylko formalnie (przez polaczenie narracji utrzymanej w stylu prozy dokumentalnej z dialogami w konwencji niemal scenicznej), ale tez tematycznie, czasowo, przestrzennie. Watek skacze z Kanady na Kresy i z powrotem, przeszlosc dawniejsza przeplata sie z niedawna, a ta z terazniejszoscia, glos narratora i glosy jego rozmowcow splataja sie w polifoniczna gawede. Moze to posredni wplyw popularnych w Kanadzie, gdzie autor spedza pare miesiecy w roku, wzorzystych tkanin, jak quilt czy zwlaszcza patchwork, moze technika, ktora sama sie autorowi narzucila, gdy probowal podzielic sie z czytelnikami bogactwem polskich (i nie tylko) opowiesci, z jakimi sie styka za oceanem, dosc, ze powstal jakby odrebny gatunek narracji. Sam Abramow w tomie Nawialo nam burze*) mowi o swej metodzie, nieco zartobliwie, "krawiectwo poprawkowe". Godne okreslenie dla kogos, kto jest laureatem przyznawanej przez Zwiazek Rzemiosla Polskiego Nagrody Literackiej im. Wladyslawa St. Reymonta, pisarza i czeladnika krawieckiego.
*
Szukajac tytulowej formuly dla wystawy z okazji setnej rocznicy urodzin Igora Newerlego (ktora od 1 kwietnia poczynajac bedzie czynna w Bibliotece Narodowej w Warszawie) zastanawialem sie nad okresleniem "ciesla slowa", ujmujacym zarowno obecny w jego tworczosci aspekt swiadomego rzemiosla literackiego, jak i wazny w jego biografii rzemieslniczy zawod stolarza - nie wspominajac juz o delikatnym nawiazaniu do wzorca Ciesli, przy calym ateizmie pisarza, jakos tez dla niego istotnym. W przypadku Jaroslawa Abramowa-Newerlego nasuwa sie skojarzenie z innym rzemieslniczym zawodem, a zarazem z uzywanym w dawnej Polsce tytulem. Krojczy slowa. Syn ciesli.
-----------------------
*) Ksiazka do nabycia w Ksiegarni Nowego
Dziennika - cena 20 dol. plus 8,25% podatku i 6,50 dol.
porto (w przypadku zamowienia z wysylka).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |