[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (28 marca 2003)


Po prostu
lubie moj zawod

Nie tylko o tym, jak pisac, aby inni chcieli czytac,
z dr. Andrzejem K. Kunertem rozmawia Stanislaw M. Jankowski


Stanislaw M. Jankowski: - Jak to mozliwe, aby w wieku 50 lat miec w dorobku 70 wydanych ksiazek, do ktorych Pan przygotowal przypisy, wstepy, zredagowal lub napisal te prace, jeszcze przed obrona doktoratu?

Dr Andrzej K. Kunert: - Odpowiem szczerze, ze pisanie sprawiac moze satysfakcje - ja po prostu lubie moj zawod. Innej recepty nie znam...

- Skoro wiadomo juz, jak moze wygladac recepta na sukces, to zapytam o pierwsza ksiazke. Pamieta Pan jej tytul?

- Nie wypada nie pamietac pierwszej ksiazki. 19 lat temu, wspolnie z moim przyjacielem Andrzejem Chmielarzem napisalismy ksiazke Spiska 14. Na tej ulicy w Warszawie w roku l943 aresztowano dowodce Armii Krajowej, generala Stefana Roweckiego "Grota". Ksiazke konczylismy na fali sierpnia 1981 r. i pierwszej "Solidarnosci", a wydano ja w koncowce stanu wojennego w nakladzie 30 tys. egzemplarzy.

- O takim nakladzie autorzy wydawanych obecnie w Polsce prac historycznych moga tylko marzyc...

- Podobnie jak moga jedynie marzyc o tym, zeby caly naklad - jak nasza Spiska 14 - zostal sprzedany pierwszego dnia, i to niemal spod lady. Na ksiazke wiele osob po prostu czekalo, bo wczesniej drukowalismy jej fragmenty w roznych miejscach. Pracowalismy pamietajac o tym oczekiwaniu czytelnikow, a na dodatek w atmosferze wolnosci przejsciowej, ale dosc odczuwalnej po raz pierwszy od wielu lat.

- Porozmawiajmy moze nie o kilkudziesieciu nastepnych, ale o dwoch ksiazkach, przy ktorych stracil Pan najwiecej zdrowia i nerwow.

- Nie pamietam ksiazki, przy ktorej stracilbym zdrowie i nerwy. Zapewne nie wykorzystalem wszystkich godzin, przez doroslego czlowieka przeznaczonych na sen, ale dzieki Bogu, zdrowie jakos dopisuje. Moge mowic o ksiazce, ktora kosztowala mnie mnostwo pracy, ale efekt nie jest taki, jak chcialem. Trzeci jej tom ukazal sie... 11 lat temu. Od tego czasu nie ma tygodnia bez pytan o zapowiadane tomy nastepne. Bo tytul zapadl w serca wielu ludzi, ktorzy znalezli w ksiazce informacje, po raz pierwszy przez kogos zebrane, uporzadkowane i ujawnione.

- Mowi Pan zapewne o "Slowniku biograficznym konspiracji warszawskiej l939-1945".

- Oczywiscie. Nie potrafilbym nawet odpowiedziec na pytanie, jak wiele miesiecy czy lat zajelo mi rzetelne, jak uwazam, przygotowanie trzystu tekstow do tego wielotomowego wydawnictwa biograficznego. Realizacja takiego przedsiewziecia jest przeciez bardzo trudna dla kazdego zawodowego historyka, i to nawet wowczas, gdy pomagaja inni, nadsylajac materialy. Mam nadzieje, ze dojdzie kiedys do wydania dalszych tomow.

- Skoro jestesmy przy wydawnictwach wielotomowych, to nie sposob pominac prace "Bijace serce partii", poswieconej - jak kilka innych Pana ksiazek - polskiemu stalinizmowi. Czy mozna opanowac emocje, docierajac do wstrzasajacych dokumentow i do tak wielu nazwisk owczesnych oprawcow z urzedow bezpieczenstwa roznych szczebli?

- Zbierajac materialy do tej pracy nie po raz pierwszy zetknalem sie z okrucienstwem z lat nazywanych "stalinowskimi". Pewnie nie wszystko, bo tego nikt nie wie, ale wczesniej wiedzialem sporo. Wiele faktow znalem - takze tych dotad nieujawnionych - z roznych moich wczesniejszych badan.

Dla niejednego z czytajacych szokiem bylo upublicznienie - obok dokumentow - wielu nazwisk, co razem moze tworzyc dramatyczna opowiesc o czasach, w ktorych Polska rzadzila komunistyczna partia i jej "bijace serce", czyli bezpieka.

- Obok czytelnikow, moze zaszokowanych, ale doceniajacych ukazanie sie pierwszego tomu tej ksiegi znalezli sie - jak slyszalem - oburzeni, telefonujacy do Pana z wyzwiskami lub grozacy pozwem do sadu. Jakie stawiali zarzuty?

- Znalezli sie niezadowoleni z tego, ze wspolnie z Rafalem E. Stolarskim przypominamy ohydne karykatury, podpisane bardzo znanymi nazwiskami rysownikow, ktorzy pozniej krancowo zmienili swoje preferencje polityczne. Zdarzaly sie tez uwagi, ze niepotrzebnie podajemy tresc komentarzy i opinii podpisanych w "tamtych" latach szlachetnymi pozniej nazwiskami. A jak nie miec uwag do podawanych przez nas informacji z dziennikow personalnych Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego, skoro uwazalo sie kogos za wspanialego naukowca, literata czy dyplomate, a tu nagle "bomba", bo okazuje sie, ze w 1946 roku awansowal z chorazego na porucznika w "bijaco-partyjnym" resorcie?

- Czy ujawnienie takiego fragmentu zyciorysu mieszkajacego w Niemczech znanego pisarza Marcela Reicha-Ranickiego wiaze sie z ta wlasnie ksiazka?

- Wszystko wskazuje, ze tak, bo Marcel Reich-Ranicki, i trudno mu sie dziwic, ukrywal swoja ubecka przeszlosc. Dopiero w polowie 2002 roku warszawski korespondent Die Welt Gerhard Gnauck, idac tropem tej informacji z naszej ksiazki uzyskal - jako pierwszy - dostep do teczki Reicha-Ranickiego w Instytucie Pamieci Narodowej.

- A jak ma sie do ksiazki ustawa o ochronie danych osobowych?

- Lamanie tej ustawy tez probowano nam zarzucac w kontekscie wspomnianej ksiazki, ale tak sie szczesliwie zlozylo, ze w owczesnych dziennikach personalnych MBP nie ma zadnych informacji dodatkowych, a sa tylko imiona, nazwiska oraz stopnie sluzbowe wojskowych czy bezpieczniakow. I nie uda sie autorow skazac za lamanie ustawy o ochronie danych osobowych. Gdyby zagrazaly jakies ustawowe represje, to nikt przytomny nie odtajnilby dla nas tych dokumentow i nie wyrazil zgody na ich oficjalne wykorzystanie.

- Zapewne zgodzi sie Pan ze mna, ze wspomniana ustawa utrudnia docieranie do wielu materialow, ze szkoda dla czytelnika.

- Czesciej utrudnia to jej niewlasciwe interpretowanie w niejednej instytucji odpowiedzialnej za przechowywanie materialow. Urzednicy wykorzystuja ustawe jako zaslonke przed historykami, niekiedy zeby miec przyslowiowy "swiety spokoj", bo wtedy nie trzeba szukac. Kiedys przez kilka tygodni usilowalem w kilkunastu urzedach panstwowych uzyskac potwierdzenie lub zaprzeczenie faktu, ze Marian Hemar wraz z kilkoma innymi poetami, ktorzy pozostali na emigracji, zostal pozbawiony obywatelstwa polskiego. Informacji nie uzyskalem, chociaz ci poeci odeszli od nas na zawsze przed wielu laty, a ustawa dotyczy wylacznie osob zyjacych. Nie udalo mi sie tez dowiedziec, w jakiej instytucji w Polsce przechowywany jest spis osob pozbawionych obywatelstwa przez wladze komunistyczne. Proszeni o informacje urzednicy niczym tarcza zaslonili sie ustawa o ochronie danych osobowych.

- Przy podawaniu niektorych nazwisk z przeszlosci wraca tez problem rozszyfrowania tego czy innego pseudonimu (artystycznego, literackiego) autora z tzw. dobrym nazwiskiem. Dziwi sie Pan, ze autor czy jego rodzina nie chcieliby ujawniania kompromitujacej prawdy?

- Nie, nie dziwie sie autorowi czy jego rodzinie, ale to nie moze oznaczac, ze do takiej obrony czyjegos imienia powinni sie dostosowac zbierajacy i publikujacy informacje. Moim i pewnie nie tylko moim zdaniem mamy prawo publikowania dokumentow, sprawozdan, przemowien czy wypowiedzi kiedys ogloszonych publicznie, obojetnie w jaki sposob, na pismie, w radiu czy telewizji. Nie widze powodu, zeby autora - ktory sam sie wowczas podpisal imieniem i nazwiskiem - teraz ukrywac pod pseudonimem czy inicjalem.

- A agentow czy donosicieli?

- Ten problem mam przed soba, przygotowujac do opublikowania reprint wszystkich emigracyjnych Dziennikow Ustaw z lat 1947-1990, wydawanych w Londynie. Tam wystepuje kilka tysiecy nazwisk, a wsrod nich np. Hugon Hanke, od lipca do wrzesnia 1955 r. premier rzadu RP na uchodzstwie, ktory - jak ujawniono dopiero dziesiec lat temu - byl wspolpracownikiem wladz bezpieczenstwa. Jednoczesnie przy badaniu dokumentow dotyczacych Polskiego Panstwa Podziemnego pojawily sie inne "dobre" nazwiska, umoczone w kolaboracje czy tez probe wspolpracy z wladzami III Rzeszy. Mam podawac te nazwiska razem z zarzutami?

- Podalbym, skoro za wiarygodne uznano materialy znalezione w niemieckich archiwach przez zawodowego przeciez historyka, profesora Romana Wapinskiego.

- Powiem tak, jak nie powinien mowic historyk, i z pelna swiadomoscia mojego oswiadczenia: nie uwierze nigdy w te nazwiska w kontekscie oskarzenia o kolaboracje. Nie uwierze, chociaz bym nie wiem jakie papiery zobaczyl.

- Zmieniajac troche temat, zapytam o Pana ksiazki poswiecone sprawom polsko-zydowskim, takie jak wybor zrodel z lat 1939-1945, dzialalnosc Rady Pomocy Zydom "Zegota" czy praca o Zydach polskich w sluzbie Rzeczypospolitej. Nie wszyscy czytelnicy przyjmuja te ksiazki z uznaniem dla autora...

- Poglady i ksiazki kazdego autora moga sie nie podobac i ja nie jestem tutaj wyjatkiem. Mialem kiedys w Bialymstoku dramatyczna rozmowe na temat stosunkow polsko-zydowskich, zostanie mi takze w pamieci spotkanie na ten temat w Warszawie, i to nie tak dawno. Najgorzej, kiedy trzeba rozmawiac z ludzmi operujacymi sloganami, utartymi schematami, emocjami. Na kazdym spotkaniu, na kazdej promocji kolejnej ksiazki o sprawach polsko-zydowskich okazuje sie, jak porazajaco niski jest stan wiedzy. I to czesto u ludzi, ktorych podejrzewac mozna, ze powinni nie byc naiwni i nie powtarzac zaslyszanych gdzies czy przeczytanych bzdur. Takich bzdur, jak zarzut, ze niewielu zolnierzy polskich narodowosci zydowskiej uczestniczylo w bitwie pod Monte Cassino, o co mnie pytano ostatnio w Warszawie.

- I co Pan odpowiedzial?

- Zaproponowalem, aby zastanowic sie, dlaczego az tak wielu. Bo ten problem trzeba rozpatrywac w kontekscie dezercji 2,5 tysiaca zolnierzy - polskich Zydow z armii generala Andersa, ale pamietajac rowniez o tym, ze zostalo ich w II Korpusie Polskim ponad tysiac, w tym stu oficerow. I ze na cmentarzu pod Monte Cassino jest kilkadziesiat grobow z gwiazda Dawida. Podobnie tez mowiac czy piszac o zbrodni w Jedwabnem nie nalezy zapomniec o tym, ze od polowy 1943 r. do polowy 1944 r. wykonano w Warszawie okolo 70 wyrokow smierci wydanych przez konspiracyjne cywilne sady specjalne, a co czwarty dotyczyl tzw. szmalcownikow, czyli ludzi szantazujacych Zydow. Mozna oczywiscie spierac sie, dlaczego zastrzelono tylko kilkunastu z nich, ale trzeba wiedziec, ze zasadne jest pytanie znacznie szersze - dlaczego lacznie zastrzelono tylko kilkudziesieciu agentow i konfidentow.

- Ziemie polskie pod okupacja to obok "szmalcownikow" takze zydowska policja w gettach i Zydzi-agenci gestapo, co rowniez wyciagane jest przy roznych okazjach.

- Podobnie jak dyskutowanie, czy ratowali Zydow tylko ludzie odznaczeni medalami Sprawiedliwych, a wiec kilka tysiecy Polakow, czy tez wiele tysiecy innych, ktorzy musieli istniec i dzialac, bo nie przezyloby niemieckiej okupacji kilkadziesiat czy sto tysiecy Zydow. A jak walczyc z lansowaniem pogladu, ze wszyscy Polacy nic innego nie robili, tylko pomagali ukrywac sie Zydom? Bzdury wypisuje sie zreszta nie tylko u nas. Niedawno natknalem sie na informacje, podana przez autora o bardzo znanym w Izraelu nazwisku, ktory pisze, ze we wrzesniu 1939 r. w szeregach Wojska Polskiego zginelo 30 tys. zolnierzy - polskich Zydow, co by przeciez oznaczalo, ze co drugi z poleglych w czasie kampanii wrzesniowej byl pochodzenia zydowskiego! Reasumujac: wydawaloby sie, ze skoro mamy srodki masowego przekazu niekontrolowane przez cenzure, a rownoczesnie istnieje dostep do wielu archiwalnych materialow zrodlowych, to powinno byc wiecej rzetelnych prac, a tym samym dyskutanci powinni byc lepiej przygotowani.

- A jest inaczej?

- W niewielkim nakladzie ukazuje sie sporo wartosciowych prac, ale kroluje tandeta, od ktorej wlos sie jezy na glowie. Mysle, ze wielu piszacych nie ma czasu, ochoty, po prostu nie chce dotrzec do wartosciowych materialow, bo rzetelna wiedza uczynilaby ich prace bezprzedmiotowymi i mniej chetnie widzianymi przez niektorych wydawcow. Powiem jeszcze ostrzej: przez ludzi, ktorym sie wydaje, ze sa wydawcami...

- Historyka z tak wszechstronnym dorobkiem jak Pan warto chyba poprosic o ocene kolegow. Oczywiscie bez nazwisk i wytykania, ze w ostatnim dziesiecioleciu potrafili napisac tylko jedna ksiazke, a niektorych tematow nadal boja sie dotknac.

- Niekiedy jedna praca - i znam takie - moze byc bardziej wartosciowa od kilkunastu opartych na pobieznych badaniach, ale nie oprotestowalbym zdania, ze niektorych tematow nadal wola nie ruszac historycy o renomowanych z dawnych lat nazwiskach. To bardziej boli niz belkot i bzdury, o jakich wspominalem. Sadze tez, ze w ostatnich latach mozna bylo zrobic wiecej, a dokladniej mowiac: duzo wiecej i troche inaczej. Obserwuje niepokojace zjawisko niekorzystania ze wszystkich dostepnych zrodel. Historycy zafascynowali sie dokumentem archiwalnym w klasycznym tego slowa znaczeniu. A zapominaja, ze definicja zrodla stala sie bardziej pojemna, ze zrodlem jest tekst prasowy, tekst poetycki, audycja radiowa czy nawet karykatura. Moglbym podac - czego oczywiscie nie zrobie - wiele tytulow, ktore sporo stracily z powodu "zapomnienia" o tych materialach. Stracily merytorycznie i czytelniczo. Lekcewazenie czytelnikow, pisanie "pod siebie" lub dla wybranych to kolejny mankament, ale tutaj trzeba miec pretensje zarowno do autorow, jak i do wydawcow. Szkoda wreszcie, ze wielu jednych i drugich zapomina o mozliwosciach wspanialego, przyciagajacego wzrok, graficznego ilustrowania ksiazek oryginalnym rysunkami, plakatami, karykaturami.

- Pana pomoc merytoryczna dla takich autorow jak Jan Karski, Janusz K. Zawodny, Stefan Korbonski, redagowanie zrodlowych serii wydawniczych poswieconych emigracyjnej Rzeczypospolitej wprost zacheca do pytania o znajomosc bazy naukowej w instytutach: Pilsudskiego czy Sikorskiego w Nowym Jorku, Londynie czy np. archiwum Instytutu Hoovera w Stanfordzie. Czy polscy historycy znaja te zbiory i chetnie z nich korzystaja?

- Korzystaja, ale niestety zbyt rzadko. I nie tylko z powodu odleglosci, bariery jezykowej czy finansowej, ktora, jak sprawdzilem chocby na swoim przykladzie, nie jest nie do pokonania. Nie korzystaja, bo nie widza takiej koniecznosci. Wydaje im sie, ze do pokonania tematu wystarcza archiwa krajowe, ze tutaj jest wszystko, co potrzebne, a z innymi materialami nie trzeba niczego chociazby konfrontowac.

- Tu zdecydowanie zaprotestuje, bo bariera finansowa utrudnia jednak wyjazdy. System przyznawania funduszy nie jest az tak rozpowszechniony, aby kazdy badacz mogl wybrac sie za granice i pozniej przez dwa, trzy miesiace penetrowac zbiory np. w Nowym Jorku. Nie sadzi Pan, ze latwiej wyjechac komus, kto, jak Pan, ma pozycje wsrod przyznajacych stypendia, a trudniej debiutantowi, ktory moze wykazac sie tylko planami i zainteresowaniem?

- Zgodzilbym sie, ze debiutantowi czesciej wiatr wieje w oczy, bo jeszcze nie zapomnialem o swoich pierwszych krokach zawodowych. Ale pamietajmy tez, ze w ostatnich latach stan rzeczy zmienil sie na korzysc bazy krajowej i wiele materialow emigracyjnych jest - po skopiowaniu - dostepnych np. w Warszawie. Nie mamy oczywiscie zbyt wielu dokumentow, ale jesli chodzi o materialy drukowane czy powielane w czasie wojny i po wojnie, o roczniki prasy wydawanej na emigracji, to nie trzeba pokonywac Atlantyku. Bardzo duzymi takimi zbiorami w Warszawie dysponuje np. Archiwum Polski Podziemnej 1939-1956. Takich miejsc, gorzej lub lepiej zaopatrzonych, jest w kraju kilkanascie.

- Archiwum Polski Podziemnej w warszawskiej Cytadeli powstalo z Pana inicjatywy...

- Powstalo jedenascie lat temu dzieki ludziom dobrej woli, ktorzy nie majac zaufania do postpeerelowskich, panstwowych placowek archiwalnych, zdecydowali sie zaufac naszym nazwiskom, bo widzieli, jakie badania i jakie ksiazki mamy juz za soba. Gdybym mial powiedziec o najcenniejszych zbiorach, to wymienie zespol akt Rady Jednosci Narodowej, czyli podziemnego parlamentu, w tym komplet oryginalnych protokolow ostatnich posiedzen po powstaniu warszawskim. Mamy nawet protokol z ostatniego posiedzenia Rady Jednosci Narodowej w Krakowie 1 lipca 1945 r., kiedy uchwalono wspanialy Testament Polski Walczacej. Trudno nie wspomniec o zbiorach komendantow glownych takich organizacji konspiracyjnych, jak Polska Niepodlegla, Tajna Armia Polska, Konfederacja Zbrojna czy wspanialy zbior dokumentow harcerskiej organizacji i batalionu "Wigry". Sa w archiwum rozmaite biuletyny czy informatory srodowisk kombatanckich, z kraju i emigracji. Nikt i nigdzie ich nie gromadzil i pewnie by o nich w ogole zapomniano, a jest tam mnostwo waznych informacji dla historykow. Jest u nas wiele tytulow prasy konspiracyjnej, emigracyjnej, powstanczej, a takze nasluchow radiowych. Zbieramy bowiem wszystkie materialy z lat 1939-1956, zgodnie z pelna nazwa instytucji - Archiwum Polski Podziemnej 1939-1956.

- Skoro mowa o zbiorach archiwalnych, chyba slyszal Pan o planach sciagniecia do Warszawy zbiorow Instytutu Pilsudskiego w Nowym Jorku. Chcialby Pan moze takie zbiory wlaczyc do wspomnianego archiwum?

- Jestem wielkim i nie jedynym przeciwnikiem tego pomyslu, poniewaz uwazam, ze w interesie Polski - a mowie z pelna swiadomoscia patosu tych slow - lezy utrzymanie na swiecie osrodkow takich jak Instytut Sikorskiego (lacznie ze Studium Polski Podziemnej) w Londynie, Muzeum Polskie w Raperswilu czy Instytut Pilsudskiego w Nowym Jorku. Przeciez ten instytut byl przez lata nie tylko miejscem niemalze kultowym dla przybywajacych z kraju badaczy, ktorzy z wypiekami na twarzy otwierali metalowe szuflady, zeby natrafic na materialy, o jakich marzyli. Wiem, jakie to uczucie, bo sam go kiedys doswiadczylem.

- Nie bede ukrywal, ze i ja pamietam swoje emocje i pelne "skarbow" metalowe szuflady...

- Nie tylko my z kraju dostawalismy takich wypiekow, bo przeciez przez lata ciagneli do Instytutu Polacy z roznych miast nie tylko w Stanach Zjednoczonych, wielu badaczy amerykanskich i nie tylko. Przewozenie zbiorow do Polski to pomysl krzywdzacy tworcow Instytutu, nie majacy zadnego uzasadnienia poza czyjas prywatna ambicja. Nie wierze, zeby ktos rozsadny sprzyjal takim planom.

- Wypada w tym miejscu zauwazyc, ze dotychczas Rzeczpospolita nie interesowala sie raczej klopotami takich placowek jak wspomniane instytuty...

- Jednym z wiekszych zaniedban III Rzeczypospolitej jest niewlasciwa postawa wobec placowek, o ktorych rozmawiamy. A takze fakt, ze nigdy odpowiednio nie podziekowano zatrudnionym w nich pracownikom czy ludziom, ktorzy przez kilkadziesiat lat utrzymywali je i doprowadzili do obecnego stanu posiadania. W dodatku oni nie pracowali na etatach, tylko spolecznie i honorowo. Wiem, na czym taka praca polega, bo Archiwum Polski Podziemnej dziala bez zlotowki na koszta osobowe.

- Tu polemizowalbym z Panem, bo mamy teraz czasy nie dla ambitnych spolecznikow, ale dla coraz lepiej wyksztalconych fachowcow. I takim ludziom: archiwistom, bibliotekarzom znajacym internet, obsluge komputera, tworzenie baz danych, w ogole odpowiedzialnym za nowoczesne skatalogowanie, gromadzenie, przechowywanie i udostepnianie materialow badawczych nie mozna nie placic. Czy myle sie mowiac, ze powinni byc honorowani nie usciskiem reki prezesa, ale wynagradzani w sposob godny ich wiedzy, wyksztalcenia i umiejetnosci?

- Oczywiscie, ze budzet Rzeczypospolitej nie zalamalby sie po ufundowaniu kilku czy kilkunastu etatow dla pracownikow wspomnianych placowek archiwalno-muzealnych. W kazdym razie sa to smieszne pieniadze w porownaniu z kwotami planowanymi na, nie daj Boze, przenoszenie zbiorow czy organizacje nowych instytutow. Rozumiem koniecznosc tworzenia bazy kulturalno-muzealnej w miejscach, gdzie jej nie ma. Podobne pomysly nie powinny jednak pojawiac sie w odniesieniu do osrodkow z tradycja i bogatszym lub skromniejszym zapleczem. Rozbudowa i wyposazenie tego zaplecza, zgodne - jak to sie mowi - z duchem czasu, to jest natomiast zadanie i tak powinno sie nadrobic wieloletnie zaniedbania. Gdyby to ode mnie zalezalo, rozruszalbym rowniez - i to jak najszybciej - system informacji o zbiorach.

- A czy wyobraza Pan sobie nie tylko skatalogowanie polskich zbiorow w Nowym Jorku czy Londynie, ale tez zorganizowanie systemu precyzyjnego ustalania, jak je udostepniac historykom, nawet bez ich obecnosci w zamorskim archiwum?

- Przy obecnym stanie techniki jest to wykonalne w dwa, moze trzy lata, oczywiscie pod warunkiem objecia madra i stala opieka polskich placowek archiwalno-muzealnych za granica. Niech przykladem bedzie pomoc Biblioteki Narodowej dla Biblioteki Polskiej w Paryzu, gdzie udalo sie skatalogowac i wydac drukiem inwentarze zbiorow o unikatowej wrecz wartosci. Odleglosc nie ma tu zadnego znaczenia. Liczy sie czas, jezeli rzeczywiscie zalezy nam na promocji Polski, takze przez madra promocje naszej historii. I jesli zdecydujemy sie, zeby nie odstawac od swiata czy tylko od Europy, coraz sprawniejszej w pomocy badaczom archiwaliow i czytelnikom.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail