GRAZYNA DRABIK
Jasiu-John
w drodze do...
Do amerykanskiego farmera pewnego wieczoru zglaszaja sie trzej podrozni: Zyd, Murzyn i Polak. Prosza o nocleg. Farmer, przyjazna dusza, przyjmuje ich goscinnie, prosze bardzo, moga sie przespac, uprzedza tylko, ze miejsca do spania starczy dla dwoch, trzeci musi isc do chlewika. Dobrze, powiadaja przybysze, wylosujemy miedzy soba, kto tam pojdzie. Losuja, los pada na Zyda. Polak i Murzyn ukladaja sie do snu. Przerywa im pukanie. Na progu stoi Zyd i mowi, ze on chetnie przespalby sie w chlewiku, ale coz, nie moze, sami rozumiecie, przeciez tam jest swinia... Polak i Murzyn rozumieja, rzeczywiscie, Zyd ze swinia... Losuja miedzy soba. Wypada na Murzyna. Polak i Zyd ukladaja sie do snu. Pukanie do drzwi. Na progu stoi wystraszony Murzyn i mowi, ze on, owszem spac moze nawet w chlewiku, tylko, sami rozumiecie, tam pies... Polak rozumie, trudno, jak dobry kumpel idzie spac do chlewika. Zyd i Murzyn ukladaja sie do snu. Pukanie do drzwi, na progu stoi swinia i pies...
Dlaczego jezioro Michigan ma wokol czarna obwodke? Bo Polacy sie w nim kapia.
Ilu Polakow potrzeba do wkrecenia zarowki? Co najmniej pieciu. Dlaczego? Jeden stoi na stole i trzyma zarowke, a czterech musi stolem krecic.
A ilu Polakow trzeba do malowania domu? Stu. Jeden maluje, 99. obraca dom.
Znacie? Znamy, i pewnie sporo osob sposrod Panstwa mogloby jeszcze dorzucic kilka innych malo smiesznych zartow. (To znaczy malo smiesznych, kiedy - jak w Stanach Zjednoczonych - funkcjonuja jako Polish joke, bowiem wydaja sie nam bardziej zabawne, kiedy sa powtarzane w serii starych polskich dowcipow o milicjantach czy o blondynkach.) Kilka podobnych mozna tez uslyszec teraz w gromkiej, wyrazistej wymowie aktora Richarda Zimana, ktory wlasnie rozpoczal ze swada perorowac na scenie Manhattan Theatre Club. "Polskie kawaly" punktujace od czasu do czasu tekst sztuki Davida Ivesa sa lagodniejsze, mniej chamsko obrazliwe od cytowanego powyzej, ale natychmiast rozpoznawalne w brzydkiej monotonii etnicznej karykatury, gdzie Polak jawi sie jako niedouczony, niezdarny, niedomyty, niezborny nieudacznik. Mozna by rzec, Polak "na nie".
Lecz prosze nie spieszyc sie z oburzeniem. Nie ma powodow do obrazy ni okazji do protestow. Sztuka Polish Joke nie jest antypolska. Zacny Manhattan Theatre Club, producenci i artysci nie knuja zagmatwanego spisku dla uszczerbku polskiego honoru i przejecia polskich majatkow. Autor nie podsmiewuje sie z polonijnych slabosci, nic nie podwaza, ani w ogole nic nie czyni, co mialoby negatywna wymowe. Wprost przeciwnie, jesli juz ktos mialby ochote go zganic, to nalezaloby mu raczej wytknac zbytnia lagodnosc w traktowaniu nieszczegolnie przeciez w Stanach Zjednoczonych wyrozniajacej sie Polonii.
David Ives, z rodzinnymi korzeniami w chicagowskim "Jackowie", pisze o naszym wspolnym dziedzictwie z sympatia i zrozumieniem. Wokol jego sztuki zebral sie dynamiczny, atrakcyjny zespol: John Rando, rezyser dobrze sprawdzony tak na Broadwayu jak i off-Broadwayu, a ostatnio podbudowany wielkim sukcesem anarchizujacego z wdziekiem musicalu Urintown; Loy Arcenas, wielokrotnie wyrozniony nagrodami za scenografie, ktory i tym razem przygotowal geometrycznie prosta a lirycznie wymowna oprawe; David C. Woolard, ktory zgrabnie przebiera przewijajacy sie blyskawicznie przed naszymi oczami wachlarz roznych typow; zgrany zespol aktorow, kazdy wcielajacy sie umiejetnie w rozmaite postacie, czesto wymagajace bardzo odmiennej gry i wymowy. Wszyscy z wyrazna przyjemnoscia bawia sie zadziorna przesada tekstu, chcac nas obdarzyc szczodrze i z sercem.
Sztuka ma luzna strukture. Sklada sie wlasciwie z serii epizodow i tableaux vivants kierujacych reflektor uwagi na ten czy inny aspekt etnicznych uprzedzen oraz na konflikty nieuchronnie zawarte w poszukiwaniach samookreslenia w dzisiejszych skomplikowanych, wielokulturowych czasach. Watkiem narracyjnym sa przygody zwiazane z dojrzewaniem mlodego czlowieka, ktory pragnie zostawic za soba swoj rodzinny dom, by wyplynac swobodnie na szersze wody szerszego swiata.
Poznajemy go na poczatku jako niewinnego chlopca, wygodnie zasiedzialego w gniezdzie swojskiej dzielnicy gdzies w Chicago czy innym przemyslowym miescie Polnocy. Domki i ogrodki sa tu troskliwie zadbane. Pelargonie kwitna w klombach otoczonych bialo-czerwonymi oponami. Prosty rytm pracowitej codziennosci buduje poczucie wzglednego bezpieczenstwa - w cieniu kominow hut i fabryk gwarantujacych prace, w powiewie zapachow kielbasy wlasnego wyrobu i swiezo wypieczonego chleba. Wszyscy w "polskich zaroslach" sie dobrze znaja, ale tez dobrze znaja przypisane sobie miejsce. A miejsce dla osob o nazwisku Sadlowski czy Kowalski nie stoi zbyt wysoko w piramidzie spolecznej.
Wie o tym wuj Roman i poucza Jasia, troszczac sie o przyszlosc ulubionego chrzesniaka. Jas, wyglada na to, jest zdolny i bystry, ciekaw swiata i swiatu chetny. Moze zajsc daleko, powiada wuj Roman, popijajac swe wywody piwem (z jajkiem i sola, jak kaze lokalny obyczaj), jesli sie tylko do tego zabierze zgrabnie. A zgrabnie w tym wypadku oznacza przede wszystkim zostawienie bagazu polskosci za soba. Jas nie powinien wiec w Jackowie pozostac. Badz ambitny, ucz sie w dobrych szkolach, nie przyznawaj sie do tego, skad sie wywodzisz. Jas nauk slucha uwaznie. Ktoz chce cale zycie ponurego dzwieku gongu sluchac? Ktoz nie chcialby, jesli moze wybrac, uwolnic sie od ciezkiej chmury bezwladu i ograniczen?
Kiedy spotykamy go nastepnym razem, Jas-chlopczyk wyrosl, zmeznial, pokonczyl szkoly. Prezentuje sie swietnie, przystojny, szczuply. Z imponujacym zestawem wlasciwych referencji stara sie o prace w World Corporation. Nie pije piwa. Wie, jak wymawia sie "Beethoven". Nie nazywa sie Jan Bogdan Sadlowski, jak ojciec. Jako John Sadler nie jest juz przypisany do jednego miejsca. Przed Johnem swiat stoi otworem...
Oczywiscie, jak mozna sie spodziewac, John bedzie musial odkryc, ze ani te drzwi nie sa tak szeroko otwarte, ani nie wszystko zalezy od tego, czy sie pije piwo, wino, czy whisky. Nie nazwisko i pochodzenie wytyczaja ci droge. Sam musisz sobie sciezke wytyczac. Nadac sens brzmieniu swego nazwiska.
Z latwoscia mozna by tu wymienic spora litanie poslizgow i niezbyt udanych rozwiazan. Niektore postacie z kolorowej parady szkicowane sa zbyt prosta kreska, zblizajac sie do pogodnej wprawdzie lecz karykatury. Oto rozspiewany, wiecznie promienny Irlandczyk. Oto spieta, arogancko pewna swych racji mloda "biala-anglo-saksonska-protestantka" kontrolujaca dostep do drabiny korporacyjnego sukcesu. Najbezpieczniej dzis podsmiewywac sie z WASP-ow i Irlandczykow, i wlasnie na WASP-ach i Irlandczykach Ives uzywa sobie najswobodniej. Kilka scen przeciaga sie ponad miare, nuzac nieco. Wstawki w zamiarze surrealistyczne nie sa wystarczajaco surrealistyczne. Absurd nie calkiem jest absurdalny.
Przeciwwaga jednak do tych potkniec sa pogodne pozytywy sztuki. W Polish Joke edukacja mlodego czlowieka ma nas przede wszystkim bawic. I bawi wybornie. Jasiu-John, z duzym wdziekiem grany przez Malcolma Getsa, z latwoscia zdobywa nasza sympatie. Zostawil za soba zarosla Jackowa, lecz pozostal po jackowemu niewinny i niezepsuty. Ma serce i serca slucha. Spotyka ponadto na swojej drodze kilka rownie sympatycznych osob. Ciekawie jest ustawiona rola wuja Romana, swietnie rozegrana przez Richarda Zimana. Wuj jest czlowiekiem prostym i bezpretensjonalnym, a jednoczesnie posiada duza doze samoswiadomosci. Obserwuje zycie z poboczy, lecz uwaznie i potrafi ze swych spostrzezen wyciagac cenne wnioski. To on opowiada z werwa nowe "polskie kawaly", bezpieczny w wiedzy, ze to krzywe zwierciadlo nie moze mu ublizyc.
Wznosi sie takze ponad stereotyp postac wyrozumialej i madrej Racheli, pierwszej milosci Jasia-Johna, ktorej Nancy Bell potrafi nadac nute glebszej prawdy. Bardzo ciekawie - dzieki tekstowi Ivesa jak i wstrzemiezliwej w tej scenie grze Waltera Bobbiego - wypada rozmowa z ksiedzem, do ktorego Jas-John zglasza sie w seminarium, by poinformowac o swych watpliwosciach co do wybranej drogi. (Na marginesie, Walter Bobbie w notce w programie informuje, ze jego prawdziwe nazwisko brzmialo nieco inaczej: Wladyslaw Babij.) Nad cala zas sztuka unosi sie lekki podmuch delikatnego anachronizmu i cieplego sentymentu. Wszystko to sprawia, ze smiech, ktory w teatrze chetnie rozbrzmiewa, jest smiechem dobrym.
A ponadto, coz tu jeszcze mowic, kazda rzecz, gdzie zjawia sie Kosciuszko w pelnej krasie szmaragdowego munduru i w swiatlosci potegi deus ex machina zasluguje na specjalna sympatie. Milo przypomniec sobie, ze spoglada na nas opiekunczo z nieba. Ze gotow w potrzebie wesprzec. A z taka pomoca, coz nam wiecej trzeba.
Wzlatuj wiec, Jasiu, pod jego spojrzeniem wysoko a swobodnie. Wiwat!
-------------------
David Ives, Polish Joke. Rezyseria: John
Rando, scenografia: Loy Arcenas, kostiumy: David C. Woolard,
oswietlenie: Donald Holder, dzwiek: Bruce Ellman. Z udzialem:
Nancy Bell (Helen, Portia, Miss Mac Flanagan, Woman in Black,
Stewardess, Rachel), Walter Bobbie (Wojtek, Priest, Policeman,
Leon, Mr. OFlanagan, Doctor), Malcolm Gets (Jasiu),
Nancy Opel (Magda, Florist, Mrs. Flanagan, Olga, Zosia, Enid,
Nurse), Richard Ziman (Uncle Roman, Ladislaw, Sanitation Worker,
Thaddeus Kosciuszko). Premiera 18 marca, przedstawienia do
20 kwietnia (od wtorku do niedzieli o 7:30 wieczorem, oraz
popoludniowki w sobote i niedziele o 3:00). Manhattan Theatre
Club, City Center Stage II, 131 W. 55 St. (miedzy 7th Avenue
a Ave. of the Americas), www.ManhattanTheatreClub.com; tel.
(212) 581-1212.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |