PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (21 marca 2003)


ARTUR TANIKOWSKI

Dyletant
wirtuozem

Leon Wyczolkowski w 150. rocznice urodzin


"Ja jestem dyletantem, bo to, co zrobilem, jest malo w porownaniu z tym, co chce". Ze slow, ktore wypowiedzial sedziwy malarz u schylku zycia, nalezy odsaczyc bardzo swoista skromnosc, sam bowiem ocenial swoj oeuvre na 4-5 tysiecy prac. Ale warto zwrocic uwage na nieustanny glod tworzenia, ktory mozna interpretowac jako glod poznania swiata przy pomocy pedzla, rylca czy olowka. Niekoniecznie zas chec wynajdywania nowych form. Awangardzista bowiem Leon Wyczolkowski nigdy nie byl i za takiego sie nie uwazal. Pozostawil jednakze dzielo wybitne nie tylko co do liczebnosci spuscizny i roznorodnosci uprawianych technik malarskich, rysunkowych i graficznych. Zyl na tyle dlugo (1852-1936), ze jego tworczosc musiala chocby dotknac malarstwa historycznego, salonowego czy akademickiego i przechodzac przez impresjonizm, symbolizm i secesyjna dekoracyjnosc, wkroczyc w dwudziestolecie miedzywojenne (i w nim zgasnac) uksztaltowana i nie poddajaca sie nowym pradom i modom.

Mozna by pomyslec, ze sila rzeczy musial zmierzac od rysunkowej precyzji wzorcow akademickich w kierunku malarskosci i autonomizowania plamy. Tymczasem pryncypia kolorystyczne, konstytuowane przez autonomie swiatla i barwy, zajmowaly artyste raczej w mlodych latach, gdy nie tracac z oczu i nie bagatelizujac naturalistycznego tematu, zaakceptowal niektore zasady impresjonizmu. Natomiast w poznym okresie skupial sie na technikach graficznych i rysunkowych, osiagajac prawdziwa wirtuozerie w litografii, akwaforcie czy akwatincie. Pod koniec zycia przyznawal: "Do olejnego malarstwa nie moge wrocic. Tylko przez czarne rzeczy chce dojsc do celu". Gdy zabraklo sil na mocowanie sie z litograficznym kamieniem, rysowal tuszem.

Urodzony na Podlasiu w rodzinie drobnej szlachty, jak wielu artystow swego pokolenia rzemiosla malarskiego uczyl sie w warszawskiej Klasie Rysunkowej Wojciecha Gersona, by nastepnie podwyzszac umiejetnosci w Monachium. Artystyczne studia ukonczyl w pracowni Jana Matejki w krakowskiej Szkole Sztuk Pieknych, zas w 1878 roku ogladal w Paryzu Wystawe Swiatowa, na ktorej zetknal sie z malarstwem plenerowym szkoly z Barbizon. Zainteresowanie polskiego malarza tym kierunkiem nalozylo sie kilka lat pozniej na inny istotny, tym razem krajowego autoramentu, impuls - przyswojenie zalozen lansujacej naturalizm warszawskiej grupy Wedrowica.

Zwrocenie sztuki ku codziennosci, jesli chodzi o temat, natomiast ku bezposrednim studiom z natury, jesli chodzi o sposob widzenia, zawazylo na wczesnych obrazach Wyczolkowskiego. Nie unikal tematow i ujec typowych dla malarstwa salonowego, czego przykladem sprawny acz konwencjonalny kompozycyjnie Obrazek jakich wiele; ukazana w duzym skrocie, z pietyzmem detalu, elegancko ubrana para mlodych ludzi kontempluje widoczny fragmentarycznie obraz Wyczolkowskiego Alina (wedlug Balladyny Slowackiego) w jego pracowni - swoisty autocytat. Ale juz przedstawienia rybakow czy ukrainskich chlopow przy pracy daja dowod fascynacji impresjonizmem poprzez atmosferycznosc koloru, szkicowosc form i rozjasniona palete. Swiatlo rozjarza barwy z ta sama intensywnoscia na chustach i bluzkach chlopek kopiacych buraki, co na bufiastych rekawach i dlugich spodnicach eleganckich pan, zajetych w tym samym czasie Gra w krokieta. Jesli wiec zartobliwie pokusic sie o przeswietlenie pogladow na zycie malarza za pomoca efektow plastycznych w zaleznosci od tematu, mozna stwierdzic, ze przynajmniej w latach 90. XIX w. krytyka spoleczna zupelnie Wyczolkowskiego nie zajmowala. Chlopka czy szlachcianka - nie bylo roznicy. Temat byl podporzadkowany zalozeniom plastycznym.

Inaczej rzecz sie miala ze "sprawa narodowa". Jak inni artysci mlodopolscy, Wyczolkowki inwentaryzowal pedzlem i piorkiem narodowe pamiatki, uwiecznial widoki jagiellonskiej stolicy, jakby zaklinajac czas w oczekiwaniu wolnosci, ktora miala nadejsc. Zagladal do wawelskiego skarbca, ktorego zawartosc uwiecznil w calej serii obrazow, w samej katedrze znajdowal tematy, ktore podnosil do rangi monumentalnych symboli swego patriotyzmu, nieodlacznego od wiary, by wspomniec sarkofagi polskich wladcow czy Krucyfiks wawelski. Z tego samego 1896 roku pochodzi Chrystus w Ogrojcu, zaliczany do calego zespolu widokow wnetrz koscielnych, wypelniajacych je sprzetow i paramentow, tworzacych (wraz z poprzednio wymienionymi) symbolistyczny nurt malarstwa sakralnego Wyczolkowskiego.

W swa malarska historiozofie o charakterystycznym dla Mlodej Polski podglebiu neoromantycznym malarz wlaczyl krag mitow i basni, tak slowianskich, jak i celtyckich. Stopil je z afirmacja natury, w szczegolnosci zas gor, wyznajac panpsychizm, wedle ktorego przyroda obdarzona jest zyciem nie mniej intensywnym i znaczacym niz czlowiek. Malowane przezen skaly raz formowaly sie w sylwete Druida skamienialego, kiedy indziej w postac lezacego woja (Giewont o zachodzie slonca), ktory ma powstac do walki, tak jak cale "zaspione wojsko", gdy obudzi je glos rogu. Ten wlasnie moment oddaje dekoracyjne panneau Rycerz wsrod kwiatow, z husarzem w basniowo lsniacej, przebogatej zbroi, ktorego wierzchowiec stapa z wolna po ukwieconej wiosennie lace. Dmie w rog, zwrocony ku widocznym na dalekim planie Tatrom. Wierzono wszak, ze tam wlasnie, w zbiorowosci gorali, przechowala sie przez noc zaborow zdrowa tkanka polskosci.

Ku samym gorom zwracal sie malarz w obrazach skladajacych sie na bardzo liczny zespol widokow tatrzanskich, powstajacych od 1896 r. przez ponad 20 nastepnych lat. Uzywal w nich najczesciej pastelu, osiagajac efekty jedyne w swoim rodzaju. Nieslychana monumentalnosc teatru natury do dzis jest dla widza jednakowo sugestywna i nie traci zadna sztucznoscia. Bowiem Wyczolkowski potrafil w tym wypadku podporzadkowac wirtuozerie warsztatu (co, przyznajmy, nie zawsze mu sie zdarzalo) i jezyk nowoczesnych form - dzialanie plaska plama, smiale, japonskie z ducha kadrowanie - ostatecznemu zamierzeniu. Tym byl plastyczny ekwiwalent ciszy - gdy Mnich przeglada sie w Morskim Oku, a kiedy indziej wiatru - gdy tloczace sie obloki strzepia wierzcholki grani na obrazie U Wrot Chalubinskiego. Artysta czesto malowal samo podnoze gor, zainteresowany tym wycinkiem natury, w ktorym od wiekow spotykaja sie trzy zywioly: skaly, woda i powietrze, a swiatlo jest gosciem nader rzadkim. Palete zawezal do ugrow, szarosci, brazow i granatow, w technikach graficznych osiagal synteze form ocierajaca sie o abstrakcje.

Jakkolwiek malo kto zblizal sie sila wizji do Wyczolkowskiego, gory malowalo wielu. Ale nikomu tak jak jemu nie nalezy sie miano "malarza drzew". I nie chodzi tu przeciez o jakies mlodopolskie ich antropomorfizowanie, bo najintensywniej zajal sie nimi dopiero w latach 20. XX w. Potrafil, szczegolnie w litografiach i akwatintach, oddac ich nature, nie skupiajac sie na efektownie dekoracyjnej, uliscionej koronie (jak np. Jozef Pankiewicz); czesciej zajmowaly go pnie przy samym gruncie, przez ktory przeswitywaly fragmenty korzeni. Ograniczajac w takim kadrze dostep swiatla, modelowal owe przepierzenia konarow zroznicowana kreska, linie horyzontu zawieszal w domysle wysoko poza kadrem. Artyste w tych najciekawszych ujeciach interesowalo wnetrze lasu; tak zreszta nazywal niektore z przedstawien.

Podczas podrozy do Granady drzewa i gory zajmowaly polskiego malarza, jak sie wydaje, duzo bardziej niz tamtejsze bajeczne rezydencje arabskich wladcow. Do ostatnich lat uwiecznial natomiast w tekach graficznych i cyklach akwarelowych i tuszowych widoki polskich miast, oprocz Krakowa takze m.in. Lublina i Poznania. Gdy wybuchla I wojna swiatowa, nie mogacy przez ponad rok powrocic do Krakowa, Wyczolkowski wspinal sie, ryzykujac zyciem, na warszawskie dachy, by szkicowac weduty, inspirujace teke litografii. Pozniej dostal sie do Legionow Polskich jako malarz wojenny na froncie wolynskim.

Pozostawil duza liczbe konterfektow. Wiele z nich, malowanych na zamowienie, grzeszylo banalem i konwencjonalnym ujeciem. Jako portrecista ludzi nie osiagal takiej glebi psychicznej jak w wizerunkach natury. Choc bywaly wyjatki: najczesciej autoportrety badz przedstawienia przyjaciol - artystow, kolekcjonerow, ludzi kultury. Do takich zalicza sie z pewnoscia Feliks Jasienski przy organach z 1902 roku. To wlasnie rozmilowany w muzyce, slawny propagator sztuki japonskiej namowil zaprzyjaznionego artyste, by ten powazniej zajal sie grafika. Mial "Manggha" znakomite wyczucie, bo Wyczolkowski pozostaje w polskiej historii sztuki nie tylko jako autor poruszajacych widokow Tatr i portretow drzew, a rowniez niedoscigniony sztycharz, o czym przekonuje zorganizowana przez krakowskie Muzeum Narodowym wystawa "Leon Wyczolkowski 1852-1936. W 150. rocznice urodzin artysty" (kuratorki: Krystyna Kulig-Janarek i Waclawa Milewska). Po Krakowie (16 listopada 2002 - 16 lutego 2003 r.) bedzie ona prezentowana i w innych miastach Polski.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail