MAREK KUSIBA
O kopaniu czaszki,
czyli horror i humor
(na przykladzie Wojny futbolowej Ryszarda Kapuscinskiego)
Legionisci rzymscy grajacy w pilke nozna czaszkami zaszlachtowanych Brytow zostali wywolani z niepamieci przez najnowsze wydanie wloskiej encyklopedii Treccani w sama pore. Swiat wszedl w okres nieznany w historii, w ktorym klasyczne rozumienie wojny mozna odlozyc do lamusa, a horror tych "dzialan wojennych" czesto bardziej smieszy, niz przeraza. Laduja wiec na smietnikach niesprzedane wznowienia dziel pruskiego generala Karla von Clausewitza, a wielkie armie toczace wielkie bitwy mozna zobaczyc jedynie na planie filmowym. Po 11 wrzesnia 2001 roku wojna zagoscila na stale w naszej swiadomosci, grozac wszystkim i wszedzie. Nastapilo cos, co mozna nazwac "palestynizacja" wojny, poczuciem stalego zagrozenia. W tym kontekscie wielomilionowa armia, walczaca od tygodni z burza piaskowa, przypomina przygody dobrego wojaka Szwejka lub imc Zagloby, wojujacego ze sztandarem, ktory omotal mu glowe. Wspolczesne konflikty zbrojne miedzy poszczegolnymi krajami lub blokami panstw zaczely miec jeszcze bardziej absurdalny charakter niz wojna "futbolowa" opisana przez Ryszarda Kapuscinskiego.
Honduras, mamy problem...
Do kulminacji komizmu i porazajacej beznadziejnosci sytuacji dochodzi, gdy Kapuscinski i zolnierz slysza w radiu wiadomosc o starcie rakiety Apollo-11 na Ksiezyc. Z jednej strony "czlowiek przybliza sie do gwiazd, otwiera nowe swiaty, szybuje w bezkresach galaktyki", a z drugiej? "Moj zolnierz, zmordowany trudami dnia, drzemal w kacie izby". Te dwa zdania dziela lata swietlne. Kilkaset kilometrow na polnoc od Hondurasu, do Houston naplywaja gratulacje, "cala ludzkosc cieszy sie z triumfu racjonalnej i precyzyjnej mysli", a tu toczy sie najbardziej bezmyslna z wojen.
Kapuscinski umieszcza w tekscie ten obraz, gdyz wie doskonale, ze irracjonalnosc wojen widac najlepiej z Ksiezyca: planeta Ziemia ma wtedy wielkosc pilki futbolowej, mknacej samotnie w bezmiarze czasu.
Horror i honor
Po szczesliwym, mimo wszystko, ladowaniu DC-3 pojechali dalej ciezarowka. Zatrzymali sie w miejscu, gdzie zwozono rannych. "Ranni lezeli spokojnie, cierpliwie, najbardziej zdumiewajaca byla ta cierpliwosc, niepojeta nadludzka wytrzymalosc na bol, tak charakterystyczna dla Indian. Nikt tu nie krzyczal, nikt nie wzywal ratunku". Reporter dostrzegl fakt, ktory musial umknac operatorom telewizyjnym, nie szukajacym zapewne milczacego cierpienia, cichego heroizmu. Oni weszyli swoimi kamerami za brudem wojny, za wrzaskiem bolu, spazmem operowanych, jekiem konajacych. Jakby nie rozumieli, ze najwiekszemu cierpieniu towarzyszy zawsze przejmujaca, smiertelna, cmentarna cisza.
O tej ciszy korespondent wojenny milczec nie powinien - jesli chce oddac prawde wojny. Huk dzial nie dziala na wyobraznie. Kapuscinski jest reporterem, ale i humanista. W tekscie zawrze wiec wszystkie dostepne mu elementy majace sluzyc rzetelnemu wypelnieniu i ludzkiego, i reporterskiego powolania: ukazania prawdziwego oblicza wojny. Nie bedzie kryl uczuc, zapisze wlasne zdumienie widokiem niezwyklego hartu ducha: "To, co zobaczylem, nie miescilo mi sie w glowie. Jeden z sanitariuszy, z lancetem w reku, szedl od rannego do rannego i wydlubywal z nich kule, tak jak wydlubuje sie pestki z jablka (...)".
Gdy przywiezli rannego w kolano Salwadorczyka - bosego i bladego chlopa - sanitariusz zaczal mu szperac lancetem w kolanie, by wyjac kule. Reporter notuje nastepujacy "dialog": "Chlop jeknal. - Cicho, biedaku - powiedzial sanitariusz - bo mi przeszkadzasz". Gdy usunal mu palcami kule z kolana, a rane "owinal byle jak bandazem", zolnierz z eskorty wydal chlopu rozkaz, zeby wstal i poszedl (!) do ciezarowki. Chlop rozkaz potulnie wykonal - wstal i pokustykal... "Rzucilismy sie, zeby chlopu pomoc - pisze reporter - ale ten z eskorty odtracil nas karabinem". Chlop wdrapal sie na burte o wlasnych silach. "Jego cialo lomotnelo o podloge. Myslalem, ze skonal. Ale po chwili wychylila sie twarz, szara, sciagnieta, naiwna, wyczekujaca z pokora na nastepny akt przeznaczenia. - Dajcie zapalic - zwrocil sie do nas cichym, zachryplym glosem. Wrzucilismy mu do ciezarowki wszystkie papierosy, jakie kto mial. Woz ruszyl, a on rozesmial sie uradowany taka iloscia papierosow, ze moglby nia obdzielic cala wies".
Radosc, a nawet smiech tego chlopa z powodu garsci papierosow, smiech, ktorym pokonuje potworny bol rozwalonego kolana, pozwala zrozumiec skale problemu, stale wybijanego na kartach ksiazek Kapuscinskiego: na wojnach walcza i gina biedacy. Przede wszystkim najbiedniejsi, o ktorych nie wie nikt, o ktorych kazdy, troche lepiej sytuowany, chcialby zapomniec. Desperados narazajacy zycie dla miski wojskowej grochowki, gwarantujacej - paradoksalnie - przetrwanie, dla kawalka znoszonego munduru, dla pary butow. Wiecej o butach napiszemy za chwile.
San Francisco, czyli sila slowa
Na razie sa na pierwszej linii frontu, mijaja wioske San Francisco, a przed maska ciezarowki rozrywa sie pocisk. Reporter o duszy poety i oku chirurga notuje: "Chryste Panie, pomyslalem, koniec. Z ciezarowki jakby nas zmiotlo skrzydlo tajfunu". Na drodze rwa sie kolejne pociski, operatorzy pryskaja w krzaki. "Katem oka, w biegu, zobaczylem grubego operatora telewizji francuskiej - czytamy - jak w szoku miotal sie po drodze, szukajac kamery. Ktos krzyknal - padnij! - i dopiero ten glos, nie eksplozja granatow, nie siekanina karabinow maszynowych , podzialal na niego - operator zwalil sie na droge jak martwy".
Nasz korespondent tez uciekl spod pociskow i strzelaniny, przywarl do ziemi. Gdy podniosl glowe, zobaczyl twarz zolnierza. Wymienili dwa zdania: "Kto ty jestes?" - spytal zolnierz. "A ty z jakiej armii?" - spytal Kapuscinski. "Honduras" - odpowiedzial zolnierz. "Honduras! Bracie drogi! - ucieszylem sie (...)". Pisarz mial powody do radosci. Ta rozmowka uratowala mu zycie (pomogla mu takze z pewnoscia znajomosc hiszpanskiego). W kilku pytaniach, a wlasciwie w jednej odpowiedzi honduraskiego chlopa, uzbrojonego w przedpotopowa flinte, zdecydowaly sie losy reportera. Jak pisze lakonicznie, bal sie wpasc w rece Salwadorczykow, bo wtedy czekala go "smierc niechybna. Bylo to wojsko okrutne, zaslepione, w szale wojny rozstrzeliwali kazdego, kto wpadl im w rece".
But ksztaltuje swiadomosc
Rozstrzeliwali, a potem rozzuwali. Poza Kapuscinskim o butach - tym niezwykle waznym dla kazdego zolnierza skladniku wojny - pisal przywolany juz Jan Jozef Szczepanski w swym znakomitym, debiutanckim opowiadaniu Buty. Jest to historia podstepnego wymordowania przez polskich partyzantow oddzialu wlasowcow, ktorzy zdradzili Niemcow i dolaczyli w Bieszczadach do Polakow. Wlasowcy mieli na nogach nowiutkie, zolnierskie kamasze, a na plecach skorzane plaszcze z niemieckiego zaopatrzenia. Partyzanci chodzili prawie boso, a nadciagala zima. 26 obutych mezczyzn musialo zginac, by 26 innych mialo w czym walczyc i ginac.
Jan Jozef Szczepanski koszmar tej sytuacji przeplata z ponurym humorem. Uwage zwracaja partyzanckie pseudonimy: Nadzieja, Skrzetuski, Bohun, Mieszko, Stanczyk - ktoremu "male oczka blyszcza strasznym, nieznanym humorem" i ktory wyglasza sentencje w rodzaju: "(...) latwiej sie jest przyznac do zabicia czlowieka siekierom, jak do obsrania deski w wychodku". "Kalmukow" nie zabijali jednak "siekierom", a rozstrzelali. I rozzuli.
Honduraski biedak czolgal sie razem z autorem przez las, na tyly, gdy naraz sobie cos przypomnial. Czytamy: "(...) na polu walki zostali zabici, a im przeciez buty zbyteczne. On pojdzie, rozzuje kilku poleglych, schowa buty w krzaku i oznaczy miejsce. Kiedy skonczy sie wojna i puszcza go do domu, wroci tu i obuje swoja rodzine".
Tak tez i zrobil. Zostawil reporterowi karabin i ruszyl na low. "Ten moj zolnierz, myslalem, on teraz zadowolony. Nad jego glowa rozstapily sie chmury, z nieba zleciala manna. On swoja wojne juz wygral, wroci do wioski, zwali na podloge worek butow, dzieci zatancza z radosci".
Kapuscinski wie, co mowi. Sam byl dzieckiem w czasie wojny i marzyl o butach. W Cwiczeniach z pamieci zanotuje: "Przez cala wojne moim marzeniem sa buty. Miec buty. (...) Miec dobre buty znaczylo byc mocnym, a nawet po prostu znaczylo byc".
Wojna jako porazka ludzkosci
Autor tomu reportazy Jeszcze dzien zycia znakomicie dostrzega szczegol. Zauwaza sprawy umykajace innym. Wylapuje rozmowy, na ktore nikt nie zwraca najmniejszej uwagi, wychwytuje slowa-klucze, otwierajace znaczenia konkretnych sytuacji. Zwraca uwage na bezsens wojny i zarazem wielkosc prostego czlowieka wobec smierci. Bezsens wojny: "Pod lasem czterej zolnierze kopali dol. - To nasz czy ich? - spytal zolnierz siedzacy przy noszach. - Nie wiadomo - odparl po chwili milczenia sanitariusz". Heroizm umierania: "zycie jakie silne - odezwal sie ze zdumieniem zolnierz oparty na karabinie. Ciagle jest. Ciagle jest. Inni przygladali sie rannemu w skupieniu, panowala cisza. Tamten oddychal juz coraz wolniej, glowa odchylala sie do tylu. zolnierze siedzieli albo cisneli sie skuleni, jakby dogasalo ognisko i wionelo chlodem".
Takich zdan, podobnych opisow nie znajdziemy w relacjach ze wspolczesnych frontow. Nastapila dehumanizacja wojny. Opisuje sie ja tak, jakby smierc zolnierza nie byla smiercia czlowieka. Dlaczego?
Przywolajmy znowu Jana Jozefa Szczepanskiego: "Widocznie pol roku wystarczy, zeby sie zarazic smiercia. Pol roku? Nie. Piec lat. Piec lat od wrzesnia chorujemy juz wszyscy" (Buty). Ryszard Kapuscinski: "Wojna stwarza okazje ciaglego obcowania ze smiercia. To doswiadczenie gleboko zapada w pamieci. Pozniej, w starszych latach, czlowiek coraz czesciej siega do przezyc wojennych, jakby w miare uplywu czasu przybywalo mu wspomnien z frontu, jakby cale zycie spedzil w okopie". I dopowie w Cwiczeniach z pamieci: "Ci, ktorzy przezyli wojne, nigdy sie od niej nie uwolnia. (...) wojna nie konczy sie (dla nich - przyp. MK) nigdy w sposob ostateczny".
Wojna jako zwyciestwo (pozorne) mediow
W konkluzji reportazu autor nie kryje swego rozgoryczenia. Ta czterodniowa wojna zakonczyla sie zupelnym impasem. Jedynym jej rezultatem byl ogrom nieszczesc: szesc tysiecy zabitych, kilkanascie tysiecy rannych, piecdziesiat tysiecy osob zostalo bez dachu nad glowa. Ale caly ten horror wojny futbolowej ucieszyl wladze obu krajow! Kapuscinski: "Oba rzady byly zadowolone z wojny, poniewaz przez kilka dni Honduras i Salwador zajmowaly czolowe miejsca w prasie swiatowej i byly obiektem zainteresowania miedzynarodowej opinii. Male kraje z trzeciego, czwartego i dalszych swiatow maja szanse wzbudzic zywsze zainteresowanie dopiero wowczas, kiedy zdecyduja sie na przelew krwi. Smutna to prawda, ale tak jest" - reporter stawia kropke nad "i".
Wiele sie zmienilo od czasow wojny futbolowej. Za posrednictwem telewizji satelitarnej mozemy dzis ogladac konflikty zbrojne "na zywo", jak transmisje meczow pilkarskich, siedzac we wlasnym domu. Ale co z tego, ze "czlowiek siedzi, je obiad i patrzy w telewizor" ogladajac bombardowanie miasta, skoro "zadnej wojny nie mozna przekazac na odleglosc" - jak pisze Kapuscinski.
Pozostaja wiec tylko dwa wyjscia: albo wstac sprzed telewizorow i pojsc zbiorowo na front, albo zbiorowo spowodowac, zeby zadnych frontow juz nie bylo. Jednak, przynajmniej na razie, to odwieczne marzenie ludzkosci bylo, jest i pozostanie zartem, a kazda wojna, nawet futbolowa, byla, jest i pozostanie horrorem.
-------------------------
Zrodla cytatow:
Ryszard Kapuscinski, Wojna futbolowa, Czytelnik, Warszawa 1978 r.
Ryszard Kapuscinski, Busz po polsku. Notes, Czytelnik,
Warszawa 1990 r.
Jan Jozef Szczepanski, Za przelecza. Wybor opowiadan,
Czytelnik, Warszawa 1986 r.
Juan Eduardo Cirlot, Slownik symboli. Przeklad Ireneusz
Kania, Wydawnictwo Znak, Krakow 2000 r.
Richard Owen, Rzym-Albion 1:0. The Times, 16
XII 2002 r. (za: Forum z 17 II 2003 r.)
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |