PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (21 marca 2003)


Sluchaj uwaznie

Z Krzysztofem Pieczynskim rozmawia Justyna Tawicka


Justyna Tawicka: - Jest Pan aktorem i osoba piszaca. Co jedno oznacza dla drugiego?

Krzysztof Pieczynski: - Aktorstwo pozwala mi wymieniac sie energia z innymi ludzmi. Jest moim pozywieniem codziennym. Pisanie jest dla mnie tak wyczerpujace, ze nie mogloby byc moim zawodem. To raczej dar, ktory mam obowiazek rozwijac, dowiadujac sie o sobie bardzo wielu zaskakujacych nieraz rzeczy.

W relacji aktor - pisarz trudno doszukac sie jakiegos przenikania, zwiazku. Aktor "gra w druzynie". Pisarz stoi sam nad brzegiem oceanu. Mysle, ze to raczej moja wrazliwosc ksztaltuje obie te sfery. Pierwszy raz napisalem cos waznego dla siebie, kiedy mialem 9 lat. To byla bajka - pelna podrozy, upiorow i czarownic. W tym samym czasie uswiadomilem sobie tez, ze chce byc aktorem. Ale juz wtedy wiedzialem, ze pisanie nie bedzie moim drugim zawodem, raczej czyms w rodzaju osobliwej swietosci.

W zbiorze opowiadan Podgarbiony, ktore niedawno wydalem, tytulowy bohater tkwi w srodowisku teatralnym 1985 roku. Pozornie jest to opowiesc o ludziach teatru, tak naprawde to historia o Polsce lat 80.

- O milosci traktuje Panska ostatnia ksiazka: "Sto snow jednej nocy". Jest w niej miejsce na "Anioly, ktore maja krew", "Czapki dla dzieci", " Westchnienia i duchy". A wszystko to pod jednym wspolnym mianownikiem, ktorym jest milosc. Wolanie o nia, modlitwa do niej, jej rozne imiona i odcienie.

Czym dla Pana jest milosc?

- Ludzkim dazeniem do wyrwania sie z trojwymiarowosci. Pragnieniem, ktorego w zaden sposob nie mozna z czlowieka usunac. Gra z nieznanym. Milosc daje szanse przypomnienia sobie, kim tak naprawde sie jest. Milosc jest drogowskazem. Powrotem do domu.

- A Panski dom? Jaki byl?

- Dziecinstwo troche jak w wierszu W Kozuchowie na Gorskiej z rozdzialu Czapki dla dzieci. Wspominam je jako las - nieuksztaltowana pramaterie, w ktorej czlowiek moze znalezc wszystko - rowniez potwory. Ale ma szanse pokonac je w drodze do matecznika. Jako dziecko czesto uciekalem do lasu - troche sie go balem, ale intuicyjnie czulem, ze gdzies tam jest piekna polana. I pewnego dnia ja znalazlem.

Pozniej, juz jako dorosly, wielokrotnie probowalem tam wrocic, ale nikt nie chcial ze mna isc.

Sam juz nie chce - bylem, widzialem, zachwycilem sie. Teraz wiem, ze taka podroz ma sens tylko z kims drugim, ktoremu mozna spojrzec w twarz.

- Kiedys myslal Pan, zeby wstapic do jednego z klasztorow. Przez 14 lat trzy razy skladal swoje wiersze i opowiadania do Wydawnictwa Literackiego. Wreszcie w 1985 r. w 10 dni napisal Pan wspomniana sztuke "Podgarbiony", pozniej libretto do muzyki wybitnego kompozytora amerykanskiego Richarda Einhorna, opery, ktorej akcja dzieje sie w Krakowie. Tak wiele drog, az trudno uwierzyc, ze powiedzial Pan: "Patrze z podziwem na ludzkie zdobycze umyslu". Czy nie za wiele w Panu pokory w stosunku do siebie?

- Alez tak naprawde, to wciaz jedna droga. Zycie jest zbyt skomplikowana materia, zeby z cala pewnoscia powiedziec: "wiem". Ale wytyczylem sobie pewne punkty na swojej linii zycia, ktore postanowilem wypelniac jasno, czysto i klarownie. Przyznaje, nie jest to proste. Obok wlasnych postanowien istnieje bowiem caly zespol zaleznosci. Ma to swoje zle i dobre strony. Zle - ze trzeba zniesc wiele upokorzen, zeby zgromadzic srodki na realizacje swojego marzenia. Dobre - ze nawet te upokorzenia moga czegos nauczyc.

- Mam wrazenie, ze Panskim "guru" jest zycie. W jednym z ostatnich wierszy napisal Pan:

"Tak dlugo pisze sie list/tak krotko czyta (...) tak dlugo umiera/tak krotko zyje". Czego nie chcialby Pan przezyc?

- Niczego nie musze zalowac, przed nikim sie usprawiedliwiac. Moglbym natomiast ofiarowac wiecej wdziecznosci za to, ze jestem tym, kim jestem.

Chcialbym jednak dac wiekszy kredyt zaufania pierwiastkowi cudu. Nie wyrzekac sie tego, co mam, ale wciaz dazyc do tego, co niemozliwe. Wierze, ze jesli czlowiek kieruje sie marzeniami, nigdy nie przestanie byc pokornym. Kiedy wiec wyciaga reke po to, co wedle ludzkich przyzwyczajen nie jest dla niego, idzie za glosem serca, siega po gwiazdy - nie zgubi sie.

- Ponoc we snie odbija sie najmniej spelniona czesc naszego zycia. Snil sie Panu sen o slawie?

- Snilem o sile. Bylem slabym dzieckiem, przechorowalem 1/3 mojego mlodego zycia.

Snilem wiec, ze wszyscy moi koledzy patrza na mnie. A ja jade na koniu przed cala klasa.

Mysl o aktorstwie jako zawodzie pojawila sie, gdy mialem dziewiec lat. Majac lat dwadziescia, inspirowali mnie inni aktorzy, ale nie do tego stopnia, by ich nasladowac. Zawsze szedlem wlasna droga.

- Byl Pan studentem ostatniego roku krakowskiej Panstwowej Wyzszej Szkoly Teatralnej, kiedy w 1980 roku zagral w serialu "Dom" Bronka Talara. Pozniej tytulowa role w "Zyciu Kamila Kuranta". Nastepnie byl "Idol", "Jezioro Bodenskie", "Wielki bieg", "Krzyk". I cos dziwnego - w kazdej z rol zawieral Pan cos intymnego, wlasnego, choc przeciez nie mogl byc rownoczesnie wszystkimi granymi postaciami. Mial Pan ugruntowana pozycje w kraju. A jednak podjal Pan decyzje: jade do USA.

- W Polsce poczulem sie spelniony, szukalem nowych wyzwan. Wlasciwie to rodzima rzeczywistosc polowy lat 80. wypchnela mnie stad. W Ameryce natrafilem na prog obcosci - i w zasadzie nie pokonalem go nigdy.

Probowalem budowac swiat wokol wlasnej osi, znalezc przyjaciol, srodowisko, ale wszystko to roslo na gruncie obcosci. Reminiscencje tamtego zycia zamknalem w Listach z Ameryki*).

- Jednak juz w drugim roku pobytu w Chicago podpisal Pan kontrakt z ABC na 5 lat grania w serialu, dostal Pan prace w Court Theatre, uczestniczyl w przesluchanie do roli nauczyciela w "Stowarzyszeniu Umarlych Poetow", a takze do filmu Jima Jarmuscha.

Jednak we wspomnianych "Listach z Ameryki" napisal Pan: "Przez 14 miesiecy robilem w Stanach rzeczy, ktorych nienawidzilem. Pragnalem trudnych zadan"...

- Kontrakt z ABC skonczyl sie po pieciu dniach. Od podpisania umowy producent moze do siedmiu dni wycofac sie z kontraktu bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji prawnych.

Tak bylo i tym razem. Ot, jeden z projektow, ktory nigdy nie ujrzal swiatla dziennego.

Bedac w Ameryce nie potrafilem do konca wyzwolic sie z poczucia, kim naprawde jestem. Zapomniec, jaki jest moj potencjal. Obijalem sie o rafy kulturowej obcosci. Nie potrafilem w srodowisku aktorskim znalezc swojego miejsca. Mialem dosc rol pracownikow KGB. Oburzalem sie na swoich agentow, odmawialem, a ci - karali mnie nie wysylajac przez pol roku na nic, zas kiedy przychodzilem skruszony, proponowali kolejna role KGB-owca. Pozniej zrozumialem: agent dziala na zasadzie "najprostszego rozdania" - nie zrobi niczego wbrew projektowi, niczego "pod wlos" - nawet jesli intuicyjnie czuje, ze to wzbogaciloby postac o indywidualny rys. Nic dziwnego, takie maja zadanie: dostaja opis postaci i maja znalezc czlowieka, ktory do tego opisu pasuje. Jezeli zlamia szablon kilka razy, sami straca prace. Agentow zmienialem kilkakrotnie, w rezultacie wrocilem do pierwszego. Pamietam, ze na festiwalu w Tokio pewien Amerykanin, ktory uczestniczyl w produkcji Terminatora, zaproponowal mi role KGB-owca. Odpowiedzialem, ze oddam te role jemu.

Wtedy pierwszy raz zobaczylem, jak ktos spocil sie na moich oczach.

- Po doswiadczeniach w Ameryce powiedzial Pan jednak, ze zrobienie tam kariery, granie rol w duzych filmach jest mozliwe. Nawet dojscie do takiego pulapu, prestizu, ze nadal ma sie inny akcent, ale wszyscy udaja, ze tego nie slysza. Moze wiec zrezygnowal Pan za wczesnie?

- Na to pytanie najlepiej odpowie samo zycie. Pod koniec lat 90. w USA wszedl na ekrany film pt. Reakcja lancuchowa z moim udzialem. Chcialem isc na premiere, spojrzec na siebie tego wieczoru i przekonac sie, gdzie jestem i jak bardzo zalezy mi na tym wszystkim.

Zobaczylem czlowieka, ktory za bardzo sie stara.

- Jak znosil Pan zamiane samotnosci "polskiej" na "amerykanska"?

- Siedzialem w kawiarni na Sunset Blvd. W domu zapalalem swieczke przy samotnym obiedzie. Bywalo, ze mialem tylko jedno zyczenie: "Boze, zeby mi zawsze starczylo na swieczki". Mialem ciagle wrazenie, ze ucieklem z amerykanskiej samotnosci do polskiej. Ale tu jest tylko o jedna fikcje wiecej.

To byla samotna rzeczywistosc bez sniadan w domu. Budzenie sie z "woda w oczach", mimo ze dach wcale nie przeciekal. Bywalo tez i tak, ze przez trzy dni nie mowilem wiecej, niz "short coffee, please".

Kiedy zaczely sie poczatki mentalnego powrotu - zniknely marzenia o Ameryce, wrocily marzenia o Polsce, aby byla miejscem mozliwym do zycia dla kogos, kto juz nie jest studentem.

- W "Listach..." napisal Pan: "od 86 r. spoczywala na mnie odpowiedzialnosc, ze ludzie tam - tam w Polsce, czegos ode mnie oczekuja. Ten ciezar mnie zabija. Nie chce tej odpowiedzialnosci".

- Napisalem to na skutek pewnego listu. Bylo w nim napisane, ze w Polsce bylem kims, a "tam", w Ameryce - jestem nikim.

Wyprowadzilo mnie to z rownowagi. Ten, kto to napisal, nie potrafil zrozumiec, jakiego wysilku wymagalo uprawianie tego zawodu wlasnie "tam". Jak bardzo trzeba bylo kochac te prace, aby w tym wyscigu wygrac z tysiacami glodnych amerykanskich aktorow. Zdalem sobie sprawe, ze zycie w kontekscie tego, ze ktos mnie tak ocenia i obserwuje, nie pozwala mi byc w pelni soba.

- Nie potrafil Pan stac sie czastka amerykanskiej kultury, czul sie obcy. Rownoczesnie nie chcial Pan sie przymilac. Moze warto bylo poczekac tam na sukces?

- Jesli aktor nie poczuje roli - przegrywa. Jesli czlowiek nie czuje sie jak u siebie - przegrywa podwojnie. Uwazam, ze zycie jest zbyt krotkie, a ja mam nieposkromiony apetyt. Jest tyle drzwi, ktore chcialbym jeszcze otworzyc. Pisalem "jestem niczyj i nikomu niepotrzebny w tym kraju". W tym kontekscie nawet wielka amerykanska kariera staje sie czyms bardzo malym.

- Po powrocie do Polski od razu zagral Pan w "Prowokatorze" Tomasza Lengrena i "Grajacym z talerza" Jana Jakuba Kolskiego. Dwie wielkie role o dwoch wielkich nienasyceniach.

- Milosc i milosc urazona. Na planie Prowokatora bylem bardzo podekscytowany. Wymyslilem postac terrorysty jako kogos, kto jest nieobliczalny, kogo zranione ego doprowadza do tego, ze jest w stanie spalic pol swiata. Grajacy z talerza to opowiesc o pragnieniu dzielenia sie z ludzmi. Grajek, Jozef Lunda, ktory zreszta istnieje naprawde, chadza po Podhalu i gra na skrzypcach ze szlaczkow na talerzu, traktujac ornament jak nuty. Metoda prob i bledow szuka swojej melodii. Te dwie role - tak krancowo rozne, choc opowiadajace o tym samym uczuciu - byly odzewem na to, co wowczas dzialo sie ze mna samym.

- W jaki sposob Panskie amerykanskie doswiadczenie przeklada sie na wybor rol w Polsce?

- Aktor jest czlowiekiem do wynajecia. Jedyny wybor, jaki ma, to pozostac w zawodzie lub z niego odejsc.

"Rynek rol" kurczy sie w zastraszajacym tempie. Jesli znajduje cos dla siebie, staram sie przygotowac jak najlepiej - tak, abym nie czul sie osaczony. Przyjmuje uwagi rezysera, ale nie wyobrazam sobie, zeby prowadzil moja role. Nie uprawiam glebokiej analizy postaci. Czytam z uwaga scenariusz, a pozniej, na planie filmowym, kiedy pada: "Kamera, akcja!" - zdaje sie na intuicje. W moim aktorskim dekalogu jedno z pierwszych przykazan brzmi "sluchaj uwaznie".

----------------------

*) Ksiazka Krzysztofa Pieczynskiego Listy z Ameryki jest do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika; cena 14 dol. plus 8,25% NY tax i 6,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail