PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (14 marca 2003)


MAREK KUSIBA

O kopaniu czaszki,
czyli horror i humor

(na przykladzie Wojny futbolowej Ryszarda Kapuscinskiego) Czesc I

W najnowszym tomie powaznej wloskiej encyklopedii Treccani, poswieconym w calosci tematyce sportowej, czytamy, ze "ulubionym sposobem spedzania wolnego czasu" przez legionistow Juliusza Cezara byla gra w pilke "czaszkami zaszlachtowanych Brytow". Jak pisze Richard Owen w Time, futbol przetrwal po odejsciu Rzymian, ale zamiast ludzkiej czaszki kopano jedynie nadmuchany, zwierzecy pecherz.

Opis z wloskiej encyklopedii brzmi jak czarny humor. Podobnym zabiegiem polaczenia w swoim tekscie horroru wojny z gra i zabawa posluzyl sie przed 34 laty Ryszard Kapuscinski w slynnym reportazu Wojna futbolowa - dla odmiennych zgola celow. Legionisci rzymscy zabijali wolny od zabijania czas kopaniem i rzucaniem czaszkami Brytow - zapewne w celu pohanbienia szczatkow barbarzyncow (moj syn tez grywa z kolegami z scrugby - czyli soccer and rugby - pilka, ma sie rozumiec).

Kapuscinski zderza tragizm studniowej wojny Salwadoru z Hondurasem z roku 1969 z farsowoscia jej przyczyn i przebiegu. Na skromnych 25 stronach relacji o tej niezwykle krwawej i okrutnej tragikomedii, zwanej "wojna futbolowa", 37-letni wowczas autor namalowal tyle grozna, co groteskowa karykature wojny jako takiej. W tym tekscie horror miesza sie z humorem w proporcjach niemal idealnych.

Bezsens tej wojny przeklada sie na niedorzecznosc konfliktow zbrojnych ludzkosci, ktora, w przytlaczajacej wiekszosci, wcale nie pragnie wojowania. Co wiecej, ci najczesciej przypadkowi uczestnicy starc zbrojnych zupelnie nie wiedza, w imie czego, za co i po co musza walczyc i ginac. Kapuscinski pokazuje absurdalnosc tego zjawiska w zdaniach groznych i smiesznych zarazem: "Skradajac sie przez las spytalem zolnierza, dlaczego bija sie z Salwadorem. Odpowiedzial, ze nie wie, ze to sa sprawy rzadowe. Spytalem go, jak moze walczyc, nie wiedzac, w imie jakiej sprawy przelewa krew. Odpowiedzial, ze zyjac na wsi lepiej nie zadawac pytan, bo czlowiek pytajacy wzbudza podejrzliwosc soltysa"...

Biedak nie zadaje wiec pytan, tylko strzela do innych biedakow, nierzadko "swoich", gdyz trudno mu sie polapac, gdzie jest jego wrog. "W gestym buszu nic nie widac - streszcza Kapuscinski instrukcje ´spoconego i zarosnietego majoraª. - Czesto dwa wrogie oddzialy dostrzegaja sie dopiero w ostatniej chwili, kiedy bladzac w zaroslach zderza sie twarza w twarz. W dodatku obie armie maja jednakowe mundury, taki sam sprzet i mowia tym samym, hiszpanskim jezykiem, tak ze oddzial, ktory trafil na inny oddzial, moze nie wiedziec, czy spotkal swoich, czy wrogow".

Salwador od morza do morza

Ryszard Kapuscinski to reporter-samotnik, ktory chadza swoimi sciezkami. Zapewne dlatego znalazl sie Hondurasie, zanim jeszcze wojna wybuchla. Kierowal sie nosem - wlasnym i przyjaciela z Meksyku, ktory dawal mu lekcje Ameryki Lacinskiej, bo "umial sie poruszac po sypkich piaskach tutejszej polityki". Totez gdy po przeczytaniu relacji z wygranego przez Salwador meczu rewanzowego - po ktorym Salwadorczycy pogonili w strone granicy honduraskich kibicow, zabijajac dwie osoby i raniac kilkadziesiat oraz palac im 150 samochodow, i "Luis Suares powiedzial, ze bedzie wojna, (...) nastepnego dnia rano bylem w Tegucigalpie". W sama pore, gdyz o zmierzchu "nadlecial nad miasto samolot i zrzucil bombe", a miasto ogarnela panika.

Wojna futbolowa nie wybuchla jedynie z powodu pilki noznej: dwa mecze mialy miejsce w okresie najwiekszego napiecia miedzy oboma krajami i staly sie tylko iskra, ktora padla na rozlana benzyne zadawnionego konfliktu. ("Pilka nozna pomogla zaognic jeszcze bardziej nastroje szowinizmu i histerii hurrapatriotycznej, tak potrzebne do rozpetania wojny (...)". Tym niemniej wojne te cechowalo typowe dla poludniowcow (powiedzmy) okrucienstwo pomieszane z typowym dla poludniowcow (zalozmy) szalenstwem. Te cechy w polaczeniu z sardonicznym humorem Kapuscinskiego daja mieszanke wybuchowa: czytelnik wybucha smiechem czytajac relacje z pola walki, gdzie padaja jak najbardziej prawdziwe trupy.

W zdaniach polskiego korespondenta pobrzmiewaja nuty dobrze znane Polakom z wlasnej historii. Na przyklad haslo "Polska od morza do morza" czy odwieczne marzenie Polakow o wejsciu do Europy, o staniu sie czescia zachodniego swiata: "Salwador, lezacy nad Pacyfikiem, mial ambicje podbic Honduras, lezacy nad Atlantykiem. W ten sposob maly Salwador stalby sie nagle mocarstwem dwoch oceanow. (...) Czolowki pancerne Salwadoru (...) szly z rozkazem - wyjsc na Atlantyk, wyjsc na Europe, wyjsc na swiat! Ich radio powtarzalo: TROCHE KRZYKU i HALASU I NIE BEDZIE HONDURASU".

Komicznosc tej propagandy miala swoj rownowaznik po drugiej stronie frontu. Nie tylko prorzadowe media chcialy strzelic przeciwnikowi gola: "Bania z poezja pekla nad Tegucigalpa, w kilka godzin mury pokryly sie tysiacami napisow. NIECH NIE MYSLI TEPY BURAS/ ZE PODBIJE NASZ HONDURAS. Albo: HEJ, RODACY, PRZYSZLA PORA/ UCIAC GLOWE AGRESORA; POMSCIMY 3:0; HANBA PORFIRIO RAMOSOWI,/ KTORY ZYJE Z SALWADORKA!".

Smietnik - wrog smiertelny

W tak zapalnej atmosferze nawet zwykly smietnik moze stac sie smiertelnym wrogiem. Kapuscinski w hotelu przy swieczce pisze pierwsza depesze, by pozniej, po wielu tarapatach, wyslac ja z jedynego w Hondurasie teleksu, zajetego wczesniej przez prezydenta, proszacego Waszyngton o pomoc zbrojna. "Trwalo to bardzo dlugo, poniewaz prezydent i ambasador uzywali niebywale kwiecistego jezyka" - komentuje reporter. Gdy po nadaniu na poczcie depeszy brnal w calkowitych ciemnosciach z powrotem do hotelu, natknal sie na przeszkode: "Nie wiedzialem, gdzie poczta, gdzie hotel, bladzilem, ale szedlem dalej. Nagle rozlegl sie potezny huk, poczulem, ze trace rownowage i zwalilem sie na chodnik.

Wywrocilem blaszany smietnik".

Kapuscinski stopniuje natezenie groteskowosci sytuacji: "W miare jak pusty smietnik toczyl sie w dol ulicy, kolejno coraz dalej i dalej ode mnie otwieraly sie okna i niosl sie to blagalny, to pelen wscieklosci szept - silencio! silencio! Ale nie bylo sposobu powstrzymac blaszanego potwora, ktory turlal sie przez wymarle ulice jak opetany, lomotal o kamienie, walil w latarnie, grzmial i huczal. Przywarlem do chodnika. Lezalem przerazony, pot sciekal ze mnie. Balem sie, ze zaczna strzelac w moja strone. Dopuscilem sie aktu zdrady wobec miasta. Wrog mogl uslyszec halas smietnika i ustalic polozenie Tegucigalpy, ktorej w inny sposob, w tych ciemnosciach i ciszy, nie mozna bylo znalezc".

Na wojence jak to ladnie...

W zachodniej prasie trudno natrafic na rownie tragikomiczna - i jakze prawdziwa - relacje z wojny. Na ogol sa to chlodne sprawozdania ludzi przykladnie spedzajacych noce w hotelach, a nie szukajacych guza na ciemnych ulicach, relacje wyprane przy okazji z jakichkolwiek elementow gry czy zabawy. A przeciez wojna jest takze - zabawa duzych chlopcow, przeniesiona z podworka czy ekranu komputera w rzeczywistosc. Te teze potwierdzaja obserwacje dzieci-zolnierzy idacych na smierc bez strachu, jakby bawily sie w wojne. Kapuscinski pisal o tym fenomenie w relacjach z Afryki i w Lapidariach.

Podobne obserwacje znajdujemy u innych pisarzy, opisujacych wojne z autopsji. To bardzo wazne: wiarygodnosc opisu tragikomizmu frontowego czy lesnego igrania ze smiercia przebija ze zdan wysnutych zawsze i jedynie z osobistego doswiadczenia. (Wszystkie inne zapisy, nawet najlepsze literacko, budza uzasadniony zarzut podrobki lub uzurpacji). Na przyklad tworczosc Jana Jozefa Szczepanskiego, ktory przezyl wojne w partyzantce, dostarcza dowodow potwierdzajacych opisy Kapuscinskiego z frontow "powojennych".

W jednym tylko "partyzanckim" opowiadaniu, Gdzie now zachodzi, umieszcza Szczepanski zdania-syntezy, w ktorych elementy dramatyczne przeplataja sie z komicznymi, z radoscia, wesoloscia, pogoda, lekkoscia: "Kule szly gora. Bylismy teraz spokojni i pelni tej wesolosci, ktora tak czesto towarzyszy smiertelnej zabawie"; partyzanci szli do natarcia "zachrypnieci, spoceni, oszolomieni radosnie", a po walce "podniecenie wciaz jeszcze musowalo nam we krwi i nawet zmeczenie i glod odczuwalismy jako przyjemna lekkosc"; "Na polanke wchodzili ludzie Boruty. Niesli z soba te sama radosc (...)"; "Probowali (...) wyluskac prawde naszego tajemniczego zycia, radosc naszej niebezpiecznej swobody"; "Lecz cala ta bojowa surowosc przetkana byla nutka pogody. Poprzez stukot zelastwa, poprzez rownomierne sapanie tlokow przebijala watlo melodia harmonii. Na jednej z lor powiewala wesolo suszaca sie bielizna"; "Cholerny swiat - wzdycha Lot - ile to sie czlowiek nalazi, zanim go zabija", etc.

Doswiadczenie labiryntu

Jak pisze barcelonczyk Juan Eduardo Cirlot w swym Slowniku symboli, labiryntu mozna naprawde doswiadczyc, zapoznajac sie z zakamarkami nieznanego miasta, zwlaszcza starozytnego lub orientalnego; Ryszard Kapuscinski dodaje do tej definicji takze miasto Ameryki Lacinskiej, laczace wzorce starozytne z orientalnymi: "Gnalem jak szalony, az potknalem sie o cos i upadlem na twarz i poczulem w ustach krew. Podnioslem sie i oparlem o mur. Obrecz murow zacisnela sie wokol mnie, stalem skulony, uwieziony przez miasto, ktorego nie widzialem. (...) Powloklem sie dalej, z rekoma wyciagnietymi przed siebie, zblakany w labiryncie murow, potluczony, skrwawiony, w podartej koszuli. Juz chyba minely wieki, juz chyba doszedlem na koniec swiata".

Cirlot uscisla: "Obsesje labiryntu mial Nerval, ktory dowodzi w swych utworach, ze tak wlasnie go doswiadczyl - jako zagubienie sie w swiecie bedacym chaosem". Malo pocieszajaco musi w tym kontekscie brzmiec zdanie: "Znaczenie labiryntu mozna tez interpretowac jako nauke udzielana neoficie, w jaki sposob ma wkraczac na terytorium smierci".

Wspomniane przez Cirlota elementy symboliki labiryntu znajdujemy w krotkim fragmencie tekstu Kapuscinskiego. Mnie on najbardziej przypomina scene z Popiolu i diamentu Jerzego Andrzejewskiego w interpretacji Andrzeja Wajdy, ze Zbigniewem Cybulskim w roli Macieja Chelmickiego, ktory miota sie pomiedzy podworkami, w labiryncie murow i plotow, na drodze bez wyjscia, potluczony, skrwawiony, spocony ze strachu, zagubiony w swiecie chaosu, wkraczajacy na terytorium smierci...

Stado wysmiane

Juz drugiego dnia wojny futbolowej skonczyla sie dla Kapuscinskiego reporterska sielanka nocnych wedrowek po labiryncie stolicy Hondurasu: z Meksyku przyjechalo stado, czyli czterdziestu zagranicznych reporterow. Stado zaczelo miec specjalne zyczenia.

Wyostrzone przez krajowa propagande i wrazliwe na kazde lgarstwo ucho Kapuscinskiego lowi ten klangor ku uciesze, a takze i przerazeniu co bardziej wrazliwego czytelnika: "Gregor Straub z NBC powiedzial, ze musi miec zblizenie twarzy zolnierza, po ktorej scieka pot. Rudolfo Carillo z CBS powiedzial, ze musi skrecic zalamanego dowodce, ktory siedzi pod krzakiem i placze, bo zginal caly jego oddzial. Operator francuski chcial miec szeroki plan i zeby z jednej strony planu nacieral oddzial honduraski na salwadorski, albo na odwrot. Ktos tam jeszcze chcial miec ujecie zolnierza, ktory dzwiga zabitego kolege. (...) Enrique Amado z Radio Mundo chcial nagrac jek rannego zolnierza, ktory wzywa pomocy, coraz slabiej i slabiej, az wydaje ostatnie tchnienie. Charles Meadows z Radio Canada chcial miec glos zolnierza, ktory wsrod piekielnej strzelaniny przeklina wojne. Naotake Mochida z Radio Japan chcial miec wrzask oficera, ktory przekrzykujac kanonade dzial, rozmawia z wyzszym dowodca przez japonski radiotelefon".

Cynizm tych korespondentow wojennych wynika z ich sytuacji, a nie z podlosci charakterow. Spelniaja zamowienie nie tyle spoleczne - na prawdziwy obraz wojny - co wlasnej stacji, chcacej jak najlepiej "sprzedac" towar, jakim jest krew. Kapuscinski byl pierwszym na swiecie reporterem, ktory nie tylko zwrocil na to uwage, ale i opisal te "filozofie" masowych mediow u samego zrodla, czyli na linii frontu. Przewidzial rozwoj mediow zmierzajacy w kierunku samolikwidacji ich misji: mamy oto monstrum, ktore sie karmi tragedia wojny i przemoca w celach komercyjnych. Relacje z frontow niewiele maja wspolnego z rzeczywistoscia tych konfliktow. Sa produktem zbiorowej wyobrazni reporterskiego "stada", a sluza ksztaltowaniu zbiorowej wyobrazni masowego odbiorcy - pod gust zleceniodawcow.

Stado, ktore rusza na pierwsza linie frontu, pilnuje sie nawzajem. "Dziala tu silny bodziec konkurencji - stwierdza Kapuscinski. - Skoro poszla amerykanska telewizja, musialy pojsc rowniez amerykanskie agencje prasowe. Skoro poszedl reporter z NBC, musial pojsc reporter z BBC. Poniesiony ambicja patriotyczna, postanowilem dolaczyc do grupy, ktora zdecydowala sie na desperacki marsz" - dodaje zartobliwie.

Zarty skonczyly sie po przejsciu kilometra: "(...) zaczal nas dziesiatkowac strach. Jest to naprawde bardzo nieprzyjemne uczucie isc ze swiadomoscia, ze w kazdej chwili mozna zarobic kule". Z opresji wybawilo ich zachodzace slonce: "Bo nagle operatorzy telewizyjni powyciagali swiatlomierze i stwierdzili, ze jest juz za ciemno na zdjecia". Zawrocili wiec na tyly frontu. "Tam zrobilismy narade, na ktorej zapadla decyzja, ze Amerykanie zadzwonia zaraz do prezydenta i poprosza, aby wydal rozkaz odwiezienia nas na pelny, otwarty front, w pieklo ognia, na ziemie zroszona krwia".

W tym ironicznym fragmencie najbardziej smieszy fakt, ze to nie byl zart: "Rano przyslali samolot, zeby przewiozl nas na drugi kraniec frontu, gdzie toczyl sie ciezki boj". No i polecieli zdezelowanym DC-3 relacjonowac wojne na zamowienie swoich bossow. Samolot ten, ostrzelany poprzedniego dnia przez mysliwce Salwadoru, "mial dziury w burcie, polatane nie heblowanymi deskami". Z kabiny usmiechali sie do nich dwaj mlodzi piloci, "jakby wymyslili doskonala zabawe".

Dokonczenie

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail