PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (14 marca 2003)


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skazonej strefy

Moje obudzone nadzieje, ze cos w Polsce rusza, cos sie naprawia - wala sie jak domek z kart. Powolana przez Sejm komisja sledcza do zbadania tzw. Rywingate wystartowala pierwszorzednie. Zaczela odslaniac to, co zaslaniala prokuratura.

Przypomne: magnat filmowy, Lew Rywin (producent Pana Tadeusza i Pianisty), przyszedl do Adama Michnika po lapowke w wysokosci 17,5 miliona dolarow w zamian za dogodna dla Agory (wydawca Gazety Wyborczej) ustawe o mediach, ktora wlasnie wazyla sie w Sejmie. Przedstawial sie jako "listonosz" ludzi wladzy, powolywal sie na premiera. Stad ranga sprawy i nazwa: Rywingate.

Michnik rozmowe z Rywinem nagral potajemnie na dwoch magnetofonach, zeby miec dowod w sprawie, i doprowadzil do konfrontacji "listonosza" z premierem.

Miller odzegnal sie od wspoludzialu w calej tej aferze i obiecal, ze sprawce - gdy tylko sie znajdzie - wlasnorecznie przebije kolkiem osinowym. Ale prokuratury o przestepczej propozycji Rywina nie zawiadomil, mimo ze w przeciwienstwie do Michnika, jako osoba sprawujaca urzad panstwowy - mial taki obowiazek. Rywina zlekcewazyl: mitoman, we lbie mu sie pokielbasilo, wariat. Kolek osinowy zawisl w powietrzu jak rozdzka szukajaca wody na pustyni.

Po publikacji artykulow, w ktorych Gazeta Wyborcza opisala cala sprawe, prokuratura wszczela niemrawe sledztwo, jak przy wiekszosci afer korupcyjnych. Wydawalo sie, ze i tym razem czas wszystko rozmydli.

Jednakze stala sie rzecz dziwna: parlament przejal inicjatywe. Niezaleznie od prac prokuratury wylonil specjalna komisje sledcza. Jawna. W blasku fleszow. Przy otwartej kurtynie. Kto chce, niech patrzy.

Osiem godzin codziennie, wbita w kanape, z zapartym tchem ogladam ow spektakl w telewizji. Przez moment bylam swiadkiem czegos nadzwyczajnego: oto czlonkowie komisji, wybrani wedlug parytetu partyjnego, powoli stawali sie niezalezni. Strzasali z siebie partyjne togi. Tworzyli grupe pragnaca dociec prawdy. Mialam przed soba dziesieciu sprawiedliwych. Serce zabilo mi mocniej. Poczulam sie podbudowana. Wreszcie grono obywatelskie. Niewazne, ze poziom intelektualny czlonkow komisji nierowny, ze rozne okowy partyjne. Byly chwile, jakby sie z nich wylamywali. Presja patrzacych na nich milionowych oczu sprawiala, ze kazdy chcial stac sie obiektywny. Niebywale: statyczne przesluchania zdobywaja ogladalnosc bliska ogladalnosci skokow Malysza!

Ale byla to tylko chwila. Szybko spadlam z konia. Bo oto nagle "odwoluje" sie sam z komisji wytrawny prawnik SLD Ryszard Kalisz. Przyczyna podana do wiadomosci smieszna: nawal pracy. Zastepuje go blondynka Anita Blochowiak, polaczenie arogancji z ignorancja. Interesuje ja przede wszystkim topografia budynku Gazety Wyborczej, rowniez rozklad toalet... Bezbarwnego Piotra Smolane Samoobrona podmienia na Renate Beger, ktora zaczyna przesluchanie od slow: "Jak sie pan czuje?". Zrazu rozmowna, milknie, kiedy w prasie ukazuja sie wzmianki, jak falszowala karty wyborcze. Obie panie juz staly sie obiektem audycji satyrycznych.

Poslowie SLD, przywolani do porzadku, stulili uszy i znow stali sie partyjniakami.

Ciezar oskarzen z Rywina przesuwa sie na Michnika; dowcipni warszawiacy mowia: "Przychodzi Michnik do Rywina...". Obiektywizm komisji gasnie. Eseldowcy tak formuluja pytania, zeby cien nie padl na premiera. Bronia jego honoru jak niepodleglosci. Zanosi sie na kiepski kabaret, wywolujacy rumieniec wstydu u widzow: oto nasza reprezentacja w calej krasie. Sytuacje ratuje znakomity Jan Rokita z Platformy Obywatelskiej.

Gdy na lawie dla swiadkow siada nieforemna figura Jerzego Urbana, naczelnego tygodnika Nie (przyjaznil sie z Rywinem), staje sie goraco. Rokita: - Czy piszac slowa wielkiej donioslosci w felietonie z 1 sierpnia 2002r., iz nadszedl czas, zeby scisla ekipa wykryla i ujawnila, itd., itp.., mial pan na mysli afere Rywina?

Okazuje sie, ze nie tylko. Urban wyjasnia, iz powietrze gestnialo od tylu smierdzacych spraw, tyle naroslo zwiazkow biznesmenow z politykami, iz doszedl do wniosku, iz nalezy zajac sie nimi we wlasnych szeregach i rabnac piescia w stol.

Najpierw udal sie do premiera i w godzinnej mowie wylozyl mu liste afer korupcyjnych, na jakie natkneli sie jego dziennikarze. Premier wysluchal, niektore sprawy posprawdzal. A potem do Urbana ustawiala sie "kolejka" ministrow (Rokita wyliczyl, ze dziesieciu), ktorzy prosili o wizyte, rzekomo zeby przedstawic swoj punkt widzenia na sprawy resortu, a w gruncie rzeczy po to, zeby wywachac, czy Urban nie ma w zanadrzu jakiejs kompromitujacej afery obnazajacej ich brudy. Bali sie publikacji.

Tu slowo o tygodniku Nie. Zalozyl i prowadzi go Jerzy Urban. Nie zaczynalo z poczatkiem wolnosci jako pismo brukowe w slowie i obrazie. Gorszylo i przyciagalo. Bylo czyms nowym na mlodym wolnym polskim rynku. Ludzie kupowali i czytali ukradkiem. Naklad rosl. Publicznie Nie nie istnialo. Hanba bylo powolywanie sie na jego publikacje. Byli tacy, ktorzy nie wymieniali nawet tytulu. Jednakze swintuszenie Nie tym roznilo sie od pojawiajacych sie coraz liczniej pism skandalizujacych, ze poslugiwalo sie elementami pornografii dla celow satyrycznych i swoistym ordynarnym jezykiem. Urban, rzecznik prasowy w rzadzie stanu wojennego, wzial na kiel prominentow Solidarnosci z rodzina Walesow na czele oraz kler (na tym tle Urban ma niestety obsesje do dzisiaj). Z biegiem czasu od wylapywania skandali obyczajowych Nie przeszlo do spraw spolecznych i politycznych. Swoimi metodami dziennikarze Nie zdobywali dowody afer korupcyjnych, niedostepne innym. Najpierw tropili afery w obozie wroga. Potem rozszerzyli je na wlasne podworko. Wlasne, poniewaz Jerzy Urban jest czlonkiem SLD. Nie przegrali zadnej sprawy w sadzie. Pismo zmienilo warstwe wizualna. Prawie znikly obscena. Pozostal chamski jezyk. Michnik wyrazil sie, ze w propozycji korupcyjnej Rywin mowil po rywinowemu. W Nie pisze sie po urbanowemu. Wulgarnosc stylu nie umniejsza jednak znaczenia poruszanych zagadnien. Pismo cynika, za jakiego uwaza sie Urbana, stalo sie pismem powaznym, liczacym sie, na ktorego artykuly powoluje sie parlamentarna komisja sledcza.

Zeznania Urbana znow poderwaly sale. Komisja przepytywala go bite dwa dni. Charakterystyczne, ze pierwszego dnia pytania zadawali jedynie poslowie opozycji, Jan Rokita i Zbigniew Ziobro z PiS-u. Reszta nabrala wody w usta. Drugiego dnia, odpowiednio pouczeni, rzucili sie na swiadka czlonkowie SLD. Anita Blochowiak wykrzyknela: - Dlaczego broni pan Michnika? - Przeciwnie - odparl Urban. - Zarzucam mu, ze nagranej z Rywinem rozmowy nie opublikowal natychmiast. Argument, ze przetrzymal ja dla komfortu psychicznego premiera podczas negocjacji unijnych w Kopenhadze, uwazam za absurd...

Przesluchanie Juliusza Brauna, przewodniczacego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zapowiadalo sie nudno, dopoki do akcji nie wkroczyl Rokita. Udowodnil mu potajemne majstrowanie i matactwa przy ustawie o mediach, ktorych dopuszczal sie jego podwladny, Wlodzimierz Czarzasty. Grajac nieczysto, Czarzasty chcial utracic nadawcow prywatnych, glownie Agore, na rzecz publicznych, czyli de facto partyjnych.

W krzyzowym ogniu pytan Rokity Braun przyznawal sie, ze jako przewodniczacy Rady nie panowal nad sytuacja i sprawy zwiazane z ustawa wymknely sie spod jego kontroli. Przed komisja prezentowal sie jak uczen zlapany na goracym uczynku sciagania.

Pamietam Brauna jako mlodego posla Unii Wolnosci z Kielc. Przylepiony do spodnicy Jozefy Hennelowej, w Sejmie "kontraktowym" wydawal sie poczciwy, sluchal, uczyl sie. No i sie nauczyl! Niedawno, podczas jakiejs uroczystosci, przypadlo mi miejsce kolo Brauna. Byl juz wtedy przewodniczacym Rady. Zle o niej mowiono: zamierzona jako maly osrodek koordynujacy czestotliwosci radiowe i telewizyjne, rozbuchala sie do rozmiarow liczacego ponad 160 pracownikow ministerstwa. Wystarczy porownac: na poczatku istnienia Rady jej roczny budzet zamykal sie kwota 1,7 mln zl. Dzis, mimo ze obowiazkow jej nie przybylo, kosztuje polskiego podatnika juz 22 mln zl. Dziewieciu jej czlonkow miesiac w miesiac pobiera po 14 tys. zl, a nie sa to jedyne apanaze. Istnieje tez tzw. fundusz dyspozycyjny, gdzie oprocz rachunkow z najlepszych restauracji mozna znalezc takie rzeczy, jak paragony ze sklepow spozywczych (przeciez gosci takze mozna przyjmowac w domu), faktury ubezpieczenia prywatnego domu czy np. rachunek za kupno letniej marynarki. Kazdy z dziewieciu dygnitarzy ma osobna sekretarke, asystenta i dyspozycyjnego 24 godz. na dobe kierowce z wysokiej klasy samochodem. Ale nie oto poszlo komisji. Niestety, taki stan rzeczy stanowi polska norme. Chodzilo glownie o wyczyny Czarzastego, ktory traktowal nadawcow prywatnych jak feudal wasali. Bez merytorycznych przyczyn nie przedluzyl kontraktow malym terenowym rozglosniom radiowym cieszacym sie powodzeniem sluchaczy, tylko dlatego, ze miala w niej udzialy Agora. Dzialania te firmowal jako przewodniczacy Juliusz Braun. Spytalam go wprost, dlaczego to robi. Dlaczego nie przeciwstawi sie. Powiedzial, ze swoje weto zachowuje na grubsza okazje. No i okazja nadeszla. Tylko teraz weto postawi komisja sledcza - zazada jego dymisji.

W tym miejscu przerywam sprawozdanie z przesluchan komisji sledczej. Z wiara, ze jej dochodzenie moze stac sie przelomem w podejsciu do korupcji w Polsce; ze opinia publiczna wywrze skuteczna presje na ustanowienie wyzszych standardow. Korupcja jest stara jak swiat. Przez dwanascie lat wolnej Polski rozpanoszyla sie tak, iz politycy przestali sie jej wstydzic. Obecne dzialania - abstrahujac od wyroku, jaki zapadnie - ufam, ze sprawia, iz politycy i ludzie interesu zaczna sie jej wstydzic. Oczysciloby to atmosfere w spoleczenstwie. Moze przestalibysmy traktowac kazdego polityka i biznesmena jako zlodzieja. Amen.

Ugrzezlam bez reszty w sprawach polskich. Zapowiedzi zblizajacej sie wojny z Irakiem odbieram jak Bajki z tysiaca jednej nocy. Przepraszam.

Warszawa, 9 marca 2003 r.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail