PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (28 czerwca 2002)


JOZEF BARAN

Pozbywanie sie balastu

czyli opowiesc o zyciu, smierci i tworczosci Mirona Bialoszewskiego

"Wiec juz piaty tomik wydajesz? To duzo. Czas idzie. Czas idzie, mimo takich czy innych okresow, wydarzen. Latwo sie nabrac na to, ze cos przyhamowuje (w czasie), a to nie. On chytry (...)" - pisal mi w liscie z 12 maja 1982 r. Miron Bialoszewski.

Rzeczywiscie - czas idzie, czas biegnie... Czuje to coraz wyrazniej. Wierzyc sie nie chce, ze niebawem odfrunie w Wiecznosc 19. rocznica jego smierci (i 80. rocznica urodzin). I ze dla mlodych ludzi interesujacych sie literatura Miron Bialoszewski to juz legenda, mit...

A przeciez widze go wyraznie. Stoi mi przed oczami zywa postac poety. Jest rok 1978. Stoi, a wlasciwie biegnie, w ostatniej chwili zdaza na autobus, ktory zawiezie nas na Okecie. Mamy stamtad odleciec na festiwal poezji do Strugi w Macedonii. Ma ze soba siatke i dziwi sie, ze my wybieramy sie w podroz z walizkami lub podroznymi torbami. Jest ubrany dosc zabawnie, w jakiejs kusej marynareczce i w za obszernych spodniach (po zawale zaczal blyskawicznie tyc, wiec nie mogl nic na siebie dopasowac). Ma 56 lat, a wiec prawie tyle, ile teraz ja, a ja jestem "mlodym obiecujacym poeta". Trzymamy sie blisko krytyka Ryszarda Matuszewskiego, bo ten jako swiatowiec wszystko wie: gdzie, w ktorej kolejce sie ustawic, ktore dokumenty okazywac komu. Ja za Mironem, troche niepewny, bo drugi raz w zyciu bede lecial samolotem. On dopiero trzeci raz wyjezdza za granice. Czasy sa peerelowskie, zapyziale; on przedtem byl tylko raz w Paryzu, pod koniec lat 50., i raz w Pradze, a tak przemieszkiwal w Warszawie, ktora byla dla niego calym literackim swiatem.

Na moim filmie pamieci widze tez Mirona, jak w Strudze i w Skopie duzo chodzi, prawie biega kroczkiem nieco kaczkowatym, jak Charlie Chaplin. Kreci sie po starych albanskich dzielnicach, zaglada do meczetow, cerkiewek, grot, sklepikow. W nocy lyka jakies pastylki, parzy herbate, zajada sery i winogrona i pisze, pisze, pisze, szurajac jak mysz w papierach w lazience.

Przypominam sobie tez, ze organizatorzy mieli z nim klopoty, bo pilot i tlumacz macedonski opiekujacy sie polska delegacja chcial go podporzadkowac ustalonemu trybowi dnia: o tej i tej godzinie sniadanie, o tej i tej - spotkanie. Dobry duch opiekunczy Mirona - Ryszard Matuszewski - musial im dlugo tlumaczyc (a nie bardzo miescilo sie to w zakutych socjalistycznych glowach urzednikow od literatury) - ze Miron, mimo iz niepozorny - to najwieksza indywidualnosc naszej grupy, ba, moze calej polskiej poezji wspolczesnej, przy tym oryginal przesypiajacy polowe dnia, piszacy w nocy i nie jadajacy obiadow. Na szczescie udalo mu sie ich przekonac, choc mieli wielka ochote przywolac do porzadku poete...

I pamietam tez, ze gdy czytalismy wiersze w pod mostem w Strudze, podpowiedzialem mu, zeby zdecydowal sie na pewien krociutki, dowcipny utwor, za co nie omieszkal mi potem podziekowac w dedykacji na ksiazce: "A racja! Dziekuje za doradzenie przeczytania na tureckiej gorze "WYWODU JESTEMU".

Przychodzi mi tez na mysl wzruszajacy moment, gdy mi pozyczyl, a wlasciwie dal kilkaset dinarow na prezent dla dzieci, zastrzegajac, zebym mu ich bron boze nie oddawal, bo on teraz ma za swoje ksiazki tyle pieniedzy, ze nie wie, co z nimi poczac. To niepojete dla normalnego Polaka stwierdzenie stanie sie bardziej zrozumiale po uswiadomieniu sobie faktu, iz byl on w gruncie rzeczy abnegatem. Mial bardzo male potrzeby, do tego stopnia, ze np. najbardziej lubil przechodzone ubrania, otrzymywane od przyjaciol, a w latach okupacji i stalinizmu przezyl czas ostrej biedy, tzn. bywaly okresy, ze nie mial co wlozyc do ust, dlatego lezal w lozku, zeby nie tracic na darmo energii. Po przejsciu takiego treningu mozna albo stac sie skonczonym skapcem, albo - abnegatem. On wybral to drugie; mial w nosie materialne pokusy. Tymczasem przyszly lata bardzo dobre dla jego literatury. I przyszly pieniadze, z ktorymi rzeczywiscie nie bardzo wiedzial co robic.

"Wywiad"

Spotkania w Strudze zblizyly nas do siebie. Bylem u niego potem parokrotnie w Warszawie, nagralem z nim wywiad do tygodnika Wiesci, korespondowalismy ze soba; bardzo go cenilem, podziwialem, a on darzyl mnie sympatia, choc mielismy za soba tak rozne doswiadczenia i wywodzilismy sie z roznych swiatow.

W ostatnich jego listach zaczely sie pojawiac jakies nowe akcenty, powiedzialbym, ze za malo "hecowne" jak na Mirona. Mialy one zwiazek z jego kolejnymi pobytami w szpitalach, osladzanymi podrozami zagranicznymi, bo po Jugoslawii Miron sie wyraznie rozjezdzil: byl w Egipcie, poplynal statkiem dookola Europy, a wreszcie zawital na druga polkule, gdzie w Nowym Jorku odbieral Nagrode Fundacji Jurzykowskich.

W jednym z tych szpitalnych listow, na rok przed smiercia, napisal do mnie:

"Drogi Jozku! Ja ciagle sie kuruje, chodze na zastrzyki. Przy okazji obserwuje moje zycie. Nic mi powaznego nie jest, tylko takie resztki oslabienia, ktore kiedys sie zbiora i wtedy czlowiek umrze. Ale nie martwie sie tym. Ani terminem. Ani niebyciem. Wreszcie spokoj od wszystkiego. Stan niebycia dobrze mi znany. Az do 1922 r. Inni tez. Tylko zapominaja. Poza tym chca zycia posmiertnego za wszelka cene, wloczen sie duszy, tepego snu, prawie - niebycia (chodzi im o to ´prawieª, zeby choc troszeczke byc, chocby udawac, ze sie jest)".

Nie wiem, czy to po tym, czy po innym liscie zazartowalem w jego stylu, zeby napisal Rozmowe Mistrza Mirona ze smiercia, na wzor sredniowiecznego dialogu Mistrza Polikarpa. O dziwo - Bialoszewski to chwycil i napisal wiersz Wywiad, dzis drukowany w wielu podrecznikach i opatrzony uczonymi komentarzami krytycznymi. Wystepuje w nim Mistrz Miron i Pani Gosc (dziennikarka) , czyli smierc, ktora puka do drzwi jego mieszkania, a nastepnie przepytuje go, by na koncu przedstawic sie jako "kara" "za zycie".

"Za pomysl Rozmowy Mistrzona Mirona ze smiercia; jestem ci wdzieczny - napisal do mnie. - Z poczatku pomyslalem: ´A, co tamª, a potem: ´a mozeª. I - jak widzisz - napisalem. To sie nazywa WYWIAD i pojdzie na koniec kabaretu Kici Koci"...

5 "o" Mirona B.

Gdy mysle o tworczosci tego oryginala, przychodzi mi do glowy 5 wyrazow zaczynajacych sie na "o".

Po pierwsze - "o" z wykrzyknikiem czy pytajnikiem. Wyraza ono zdziwienie dziecka. Pisanie Mirona jest wlasnie takim wiecznym zdziwieniem kogos, kto obserwuje ten dziwny swiat z bocianiego gniazda, a rownoczesnie podglada go przez dziurke od klucza i dziwi mu sie. Dziwi sie, gdy po paru dniach pustelniczego trybu zycia schodzi do sklepu i widzi ludzi, zycie. Dziwi sie, gdy wprawiaja mu sztuczna szczeke, gdy biora go pod noz w szpitalu, gdy jedzie do Egiptu, do Ameryki, a nawet do Konstancina, dziwi sie, gdy uswiadamia sobie, ze jest ssakiem, a w dodatku czlowiekiem, dziwi sie, gdy w Macedonii, w Ohrydzie spotyka sie z krowa w grocie. Miron - jak kazdy rasowy poeta - dziwi sie zyciu, ludziom, swiatu z wlasciwym sobie wdziekiem i humorem. Przede wszystkim zas dziwi sie jezykowi, mowie potocznej. Rozkreca zdania i slowa jak dziecko zabawke, odkrywajac w nich zaskakujace znaczenia i brzmienia.

Po wtore przychodzi mi do glowy slowo "osobny". Osobny, bo nie mial rodziny, dzieci; osobny, bo w dzien spal, a w nocy zyl i pisal. Osobny, bo nigdy nie podporzadkowal sie regulom, konwencjom; osobny, bo pracowal w zyciu na etacie tylko pare lat - jako pomocnik sortujacy listy na poczcie i jako reporter miejskiej gazety. Pozniej byl juz calkowicie niepodlegly, osobny, lecz za te wolnosc z poczatku placil bieda. To byla tez zaplata za elektrycznosc duszy - poezje...

A potem powodzilo mu sie w miare dobrze, byl slawny, mial swoj dwor ludzi zafascynowanych. Mial przyjaciol opiekujacych sie nim, profesorki z Instytutu Badan Literackich, ktore plotly mu wianki do mieszkania i wozily go autem. Wyzwolony od etatow - sam sobie wymyslal zycie. Osobny takze dlatego, ze obserwujacy wszystko z boku, z dystansu, z przymruzeniem oka i z tym fantastycznym humorem, nawet gdy pisze o sprawach ostatecznych:

ZANOTY

Stoja na cmentarzu, swieczki pala
Placza, nagle Stefcia wola:
- Luuudzie, czego placzecie,
za 50 lat zadnego z was tu nie
bedzie!

Po trzecie przychodzi mi do glowy slowo "osobliwy". Ta poezjo-proza ma mnostwo osobliwych zakamarkow, szufladek, schowkow, dlatego jest tak intrygujaca. Bialoszewskiego mozna wciaz odkrywac, tak jak on odkrywal dla poezji obszary dotad zastrzezone dla prozy. Nie ma dla niego tematow zakazanych: pobyt w szpitalu, dziura w moscie, czynienie zakupow, wprawianie sztucznych zebow, przenosiny do blokowca-mrowkowca, pierzenie sie topoli na sasiedniej ulicy, glupstwa, ktore wygaduja ludzie i ktore poeci przewaznie pomijaja milczeniem. To, co inni pisarze odrzucaja (cale ple-ple, szumy belkoty, kolokwializmy, ciagi, potoczne gadki-szmatki, przekrecenia, powtarzanie slow), wszystkie te nasze smiecie jezykowe, ktore chetnie wyrzucamy do kosza - szczegolnie interesuja Mirona. Napisalem kiedys bajke o Mironie B.:

Byl sobie Miron B. Mieszkal na skrzyzowaniu konkretu i nieskonczonosci...

Czwarte slowo Mirona zaczynajace sie na "o", ktore go charakteryzuje, to slowo "osobisty". Nigdy siebie nie zdradzil. Jego literatura jest do bolu osobista, a wiec nie przystajaca do romantycznych wzorcow polskiej poezji. Opisuje prywatne przypadki losowe Mirona B. i jego znajomych. Miron chce zanotowac wszystko, kazda chwile, zyje jak dziecko, zagubiony w niej po uszy. Usiluje za ta chwila nadazyc... Polityka, bezwonne ideologie, systemy, a wiec to, czym zabawiaja sie wazniacy na gorze, w ogole go nie interesuja. Ma swoje krolestwo konkretow, swoje ciotki Tekle, Kicie-Kocie. Opisuje swiat od dolu. Bierze zycie takim, jakim ono jest, bo jak mowi w wierszu dobrze dobrze: Dobrze jak nie za dobrze/ a nawet dobrze nie za madrze/ nie zaszkodzi nie polepszenie/ jak tylko mozna wytrzymac/ na glupi sposob swoj.

Absolutnie osobista, prywatna poezjo-proza Mirona nie chce byc obywatelska, patriotyczna, sluzyc ludzkosci, ni pod sztandarami tej czy tamtej ideologii. Pamietnik z powstania warszawskiego na tle literatury wojny i okupacji jest rewelacja wlasnie dlatego, ze tak osobisty i prywatny. To losy cywila Mirona B. i wielu innych warszawskich cywilow zaplatanych w wojne, ktorzy chca przezyc nastepny dzien. Przez odmitologizowanie wojny, odbohaterszczenie jej - ta ksiazka o wojnie nabiera cech autentyku, nie jest zaklamana mitami kombatanckimi:

Ma sie byc swiadectwem /epoki/ siebie? chyba tez/ ostatecznie jest sie samemu/ czlowiekiem tez - mowi w jednym z wierszy.

Wreszcie na koniec ostatnie slowo na "o" - "oryginalny". Miron B. jest sobie wierny w kazdym calu, a przez to oryginalny, moze najoryginalniejszy z poetow powojennych. Nie udaje kogo innego. "Nie chcialoby mi sie udawac tworzyc fikcje literacka, jestem na to za leniwy, mojego zycia mi calkiem wystarczy na literature" - powiedzial mi w wywiadzie zatytulowanym "Warszawa byla mi stale pod reka". Mowiac o oryginalnosci jezyka, skojarzen, myslenia, wypada tu podkreslic ogromna zasluge Artura Sandauera, krytyka, ktory poznal sie na nim od razu i ktory z peryferyjnosci wyniosl Bialoszewskiego do pierwszorzednosci. Powiedzial: ten debiut jest wybitny, wspanialy, oryginalny - co ulatwilo Mironowi funkcjonowanie w zyciu literackim. Mogl przeciez zostac odrzucony jako poeta niezaangazowany, niezrozumialy, niepotrzebny politykom i ideologom, tandetny. Krytycy w Polsce sa przewaznie glusi i slepi i powielaja stadne opinie; tak jest zreszta do dzis. Gdyby Miron nie zostal w roku 1956 namaszczony przez Sandauera na wielkiego poete - moze pozostalby poeta nieznanym, poeta undergroundu jak np. Egon Bondy czyli Zbyszek Fiszer z czeskiej Pragi: tez poeta zbuntowany przeciw skostnialemu jezykowi literackich salonow i wszelkim oficjalnosciom, tez jak Miron absolutny outsider, abnegat z natury i plebejusz slow zaprawianych specjalnym rodzajem wisielczego humoru. Ten anarchista w z Pragi, tak pokrewny Mironowi B. na wpol kloszard zostal odkryty w Czechach dopiero niedawno i dopiero od niedawna wydaje sie oficjalnie jego wiersze.

Mistrz Miron i Pani Gosc

Znow przywoluje w pamieci Mirona z Macedonii. Ze Skopie mielismy odleciec do Belgradu, a potem do Warszawy. Ryszard Matuszewski dopial z trudem swoja walize podrozna, ja - torbe, poszlismy razem do pokoju Mirona, zeby go obudzic. Tymczasem - Miron juz na nogach, z siateczka powypychana plytami (kochal muzyke klasyczna i odgradzal sie nia w mieszkaniu od reszty swiata) i czyms tam jeszcze. Pantofle Mirona pod lozkiem, pizama ulozona na krzesle, w lazience maszynka do golenia, pasta do zebow. "No, jak to - mowi pan Ryszard - jeszcze nie jestes gotowy? Przeciez to musisz jakos zabrac". "Ja mam taki zwyczaj - usmiecha sie Miron - ze zawsze biore w podroz jak najmniej rzeczy, ktore potem zostawiam w hotelu. Balastu nalezy sie pozbywac. Jak w balonie. Zeby nie ciazyl".

Moze dlatego moje niegdysiejsze posmiertne wspomnienie o Mironie, publikowane 19 lat temu w Zyciu Literackim, zakonczylem nastepujaco: "Nie wiem, jak to bylo 17 czerwca w godzinach wieczornych, gdy Mironowi odmowilo sluzby serce. Nie zamierzam w kazdym razie opisywac tego zdarzenia w tonacji patetycznej. Wyobrazam sobie, ze on sam czytalby to z niesmakiem: zawsze spadal przeciez jak kot na cztery lapy humoru".

Opisze to wiec tak, jak on by to prawdopodobnie opisal.

Ktos zapukal do drzwi. Pani Gosc. "Ach czekalem na pania - mowi mistrz Miron - napisalem nawet o pani przed rokiem wiersz (czytaja razem). Potem pani Gosc robi wywiad. Pyta o to i tamto. Jest wyraznie zaskoczona odpowiedziami. "Wiec pan naprawde nie chcialby ze soba nic zabrac?". "Taki mam zwyczaj - odpowiada Mistrz Miron - ze w podroz zabieram malo rzeczy, ktore potem zostawiam w hotelu. No a w taka podroz, ktora mi pani proponuje, z przyjemnoscia nie zabiore nawet pantofli. Balastu nalezy sie pozbywac. Wreszcie czeka mnie spokoj od wszystkiego!". (Pani Gosc jest wyraznie zawiedziona).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail