HANNA KOSINSKA-HARTOWICZ
Polskiego kina
rozstajne drogi
W
Wytworni Filmow Dokumentalnych (WFD) przy ulicy Chelmskiej
w Warszawie - cisza tej wiosny... Normalnie o tej porze roku
"wchodzilo" do produkcji kilka filmow fabularnych, inne byly
w trakcie produkcji: montazu, udzwiekowienia. Zawsze czulo
sie tam atmosfere nieustajacej pracy, zawsze sie "cos krecilo"
- jak w mlynie. Nalezalam do tej wielkiej polskiej "rodziny"
filmowej, kiedy przez 13 lat pracowalam w zespole X Andrzeja
Wajdy.
Mistrz do dzis pozostal na placu boju. Pracuje nad montazem Zemsty wedlug komedii Aleksandra Fredry z Romanem Polanskim i Katarzyna Figura w rolach glownych. Poza tym na Chelmskiej nic sie nie dzieje.
Polska produkcja filmowa w ostatnich latach dochodzila do 40 filmow rocznie (razem z telewizyjnymi). Wydawalo sie, ze jest swietnie. Patrzylam z bliska na to, jak filmowcy "zdobywali" polskiego widza. Warsztat tworcow, wspomagany najnowoczesniejsza technika, byl coraz lepszy, pojawily sie gwiazdy, ulubiency publicznosci, wspaniali nasi operatorzy przestali wyjezdzac do Hollywood. Scenografowie, kostiumolodzy, muzycy tworzacy dla kina i wreszcie reklama, wielka, wspaniala, jak w Stanach Zjednoczonych. Wszystko to spowodowalo, ze widownia nabrala zaufania do polskich tworcow. Polskie kino zaczeto tez znowu zauwazac na miedzynarodowych festiwalach (tak jak kiedys, przed wielu laty, zauwazono Polanskiego, Wajde, Jerzego Kawalerowicza czy Wojciecha Hasa). Ten proces rozpoczal niewatpliwie nieodzalowany Krzysztof Kieslowski, ktory zachwycil swoimi filmami swiat - i zaplacil za to cene najwyzsza.
Widownia w Polsce, mimo ogromnej konkurencji filmow z zagranicy (glownie amerykanskich), przychodzila w ostatnich latach na polskie filmy! Stal sie niemal cud, na ktory czekali polscy filmowcy latami - bo dawniej, za komuny, sale na polskich filmach najczesciej swiecily pustkami, chociaz filmy byly niezle, a konkurencja zagraniczna nie istniala. W czasach, kiedy nie bylo jeszcze nawet pirackich wideo, dobre, zagraniczne filmy mozna bylo zobaczyc w Warszawie tylko raz w roku, na Konfrontacjach w kinie Skarpa, albo w Kinie Dobrych Filmow (starsze) czy w Iluzjonie (stare), a na polskie i tak nie chodzono.
W polskim kinie ostatnich lat stala sie jednak rzecz dziwna. Starsi tworcy, ci, ktorzy kiedys stworzyli "szkole polska", weterani dobrych czasow lodzkiej szkoly filmowej, wielcy i wielce zasluzeni - przestali w ogole zajmowac sie wspolczesnoscia. Wajda, Kawalerowicz, Hoffman (przygotowuje sie do realizacji Starej basni wg Jozefa Ignacego Kraszewskiego, zdjecia rozpoczna sie w sierpniu), Jerzy Antczak, nawet Filip Bajon - siegneli po... lektury szkolne, klasyczne historie, dekoracje i stroje. Powstaja wiec filmy, ktore odnosza sie do czasow znanych z lektur, a nawet lektur szkolnych starszego juz pokolenia, ktore do kina chodzi dzis rzadko... Mlode pokolenie nie znajduje w tych filmach zadnych pytan, a tym bardziej odpowiedzi na pytania, ktore ich drecza. Zagmatwana polska historia - pokazana wyrywkowo, bez szerszego kontekstu - jest tylko widowiskiem. Znowu wiec zaczela zmniejszac sie widownia na tych "brykach z zapomnianych szkolnych lektur", a krytyki coraz sa glosniejsze. Oczywiscie mozna patrzec na te filmy jak na historyczne opowiesci, zachwycac sie kostiumami, konnymi poscigami, gra aktorow, ale jesli nie ma w filmie postaci lub historii, ktora widza zafascynuje, zmusi do glebszej refleksji, do przezycia - to nie ma dobrego kina. Dlatego nie zdobylo widowni, nawet tej szkolnej, Przedwiosnie wedlug slynnej powiesci Stefana Zeromskiego. A przeciez wspaniala klasyka na ekranie - jest wspaniala! Jednak sukces Ogniem i mieczem (1999) juz sie nie powtorzyl - i zapewne nie powtorzy.
Wsrod sredniego pokolenia rezyserow (niedawno jeszcze tzw. mlodych, dzis, powiedzmy, urodzonych podczas i po II wojnie swiatowej - kilku na pewno, jak Jan Jakub Kolski czy awangardowy Lech Majewski - zasluguje na szczegolna uwage. Maja do powiedzenia cos od siebie i maja swoj wlasny "charakter pisma". Kiedy jednak pojechalam na festiwal polskich filmow do Gdyni dwa lata temu - z 27 filmow, ktore obejrzalam - podobal mi sie tylko... Pan Tadeusz (dystrybucja ktorego w USA zajmuje sie moja firma Filmart) i zdobywca glownej nagrody - film Okup Krzysztofa Krauzego, ktory przy dokumentalnej niemalze precyzji w opowiadaniu o straszliwej zbrodni byl swietnym, doskonale opowiedzianym i wyrezyserowanym filmem (moze jeszcze dwa inne obrazy byly interesujace). Dopiero po obejrzeniu Dnia swira Marka Koterskiego widze, ze Okup zapowiadal to, co dalej mialo sie stac z polskim wspolczesnym czy "autorskim" kinem.
Zagubieni bohaterowie nie maja z kim ani o co walczyc. Codziennosc jest nudna i nieciekawa. Nie ma zadnych autorytetow. Zadnych perspektyw. W filmie Krauzego bandycki "wodz" doprowadza kilku chlopcow do zbrodni. Film nawiazywal do dokumentalnego stylu Kieslowskiego z Dekalogu, byl ostra krytyka wspolczesnego spoleczenstwa; w swiecie, gdzie kazdy moze zaprowadzic porzadek na wlasna reke - taki szokujacy zapis zbrodni byl mocny i swietny.
Przed kilkoma dniami obejrzalam film Marka Koterskiego Dzien swira, ktory bedzie wkrotce pokazany w Nowym Jorku, z Markiem Kondratem w glownej roli.
Koterski poszedl dalej niz Krauze w pokazaniu zupelnej beznadziejnosci zycia w Polsce. Nie ma od niej ucieczki ani wyjscia. Rezyser mowi, ze jest to film introwertyczny, opowiadajacy o jego wlasnych zmaganiach z bzdura otaczajacego go swiata. Jest to film, powiedzial Koterski, "o bolu istnienia najblizszych 5 minut". Adas Miauczynski - nauczyciel (czyli, wydawaloby sie inteligent), nie ma zadnych zainteresowan, jego zycie jest zupelnie puste, glupie, beznadziejne i zaplute przeklenstwami, jakie z ust slawnego aktora plyna bez przerwy. Dopiero po dluzszej chwili nienawykly widz pojmie, ze to trzeba przyjac jako odbicie stanu ducha bohatera, czy moze ogolniej jako wyraz stosunku tworcy do swiata, w ktorym przyszlo mu tworzyc takie p...dolone dzielo (za przeproszeniem) filmowe. I do tego w takiej zupelnie bezsensownej, nudnej (p...dolonej) rzeczywistosci, w ktorej nic nie mozna zmienic, nic zrobic - chyba ze... kupe pod oknem sasiadki (sic!). W ogole sprawy fizjologiczne - jako ze zabraklo w filmie warstwy tzw. intelektualnej - sa obecne czesto i bardzo doslownie. Taki jest "wyraz" artystyczny filmu. Jak do tego doszlo, ze takie filmy powstaja, kto i dlaczego bedzie je ogladal? Jakie jest przeslanie tej sztuki? I czy chcialabym, by moje dzieci, ktore ucze przez cale nasze wspolne zycie nie tylko poprawnej polszczyzny, ale i znajdowania pozytywnych rozwiazan w najtrudniejszych chwilach, czy one mialyby zobaczyc ten film, chociaz sa juz duze i znaja przeklenstwa? Wszelkie spotkania bohatera Dnia swira z ludzmi to potworne, agresywne, wulgarne bluzganie. Kiedy przyjmiemy to jako licentia poetica i patrzymy jak na surrealistycznie wrzeszczacy obraz - wowczas, momentami, film jest niezly. Adas Miauczynski (alter ego rezysera) nienawidzi ludzi jak chyba zaden jeszcze bohater w polskim filmie. Ta nienawisc jest oczywiscie skutkiem jego stanu ducha, a ten wynika chyba z beznadziei (spolecznej, politycznej, ekonomicznej, filmowej?), w jakiej przyszlo mu zyc. Sceny w pociagu i na plazy, nad morzem, dokad ucieka bohater zmeczony p...lonym zyciem w miescie - sa w filmie najlepsze, dowcipne i trzeba przyznac, ze krzykliwe "bla-blanie", bez wyartykulowanych slow kobiety-punka na plazy do milczacego partnera jest wymowniejsze, przynajmniej dla mnie, niz wszystkie wulgarne slowa bedace "warstwa" jezykowa tego filmu. W tych tez scenach (plazowych) pojmujemy wreszcie, ze bohater to jednak... swir, czyli czlowiek, ktory zwariowal, ktory ma objawy schizofrenii, i ta, pospolu z depresja - doprowadzila go na skraj przepasci. Albo raczej (moze) postac grana przez Kondrata - i cala ta historia jest metafora. Albo moze spowiedzia 44-letniego "dzieciecia wieku", ktory chce z siebie wyrzucic to, co go boli? Tylko dlaczego mam tego sluchac, skoro bohater jest tak nieciekawy i nie ma nic do powiedzenia na zaden temat. Jak kazdy "normalny" czlowiek marzy (jeszcze), zeby spotkac swoja szkolna milosc - Ele. Wowczas wszystko zmieniloby sie na dobre, ale wiadomo, ze Eli nie spotka i nie bedzie happy endu... Jest moze jedna, lichutka, krucha nitka nadziei. To syn bohatera, ktory, mowi do niego "k..., nie pal tato...", ale moze jednak sie myle, skoro ow syn nie potrafil stanac w obronie wlasnej matki, wyzywanej przez ojca tak strasznie, jak nigdy jeszcze nie widzialam ani na ekranie, ani w zyciu. Dla nie rozumiejacych jezyka polskiego z Dnia swira zostanie tylko fuck... i tyle Amerykanie zrozumieja, gdyby przypadkiem trafili na projekcje tego filmu. Moga tez Amerykanie zrozumiec symbolike sceny na stadionie i pod warszawskim Zamkiem Krolewskim, bo i tu przeciez partie ciagna sukno wladzy ile sie da, byle wyrwac najwiecej. W filmie Koterskiego z sukna - (Polski) az polala sie krew. Surrealizm (chyba rodem z Bunuela), tyle ze w wydaniu... kiczowatym.
Dzien swira nie jest uciecha ani dla oka, ani dla ucha, ani dla intelektu; jesli to obraz czasow, nie widac zadnej szansy na ocalenie, nie ma zadnej nadziei.
Moze wiec dobrze, ze juz nic sie nie kreci w wytworni filmowej przy ulicy Chelmskiej w Warszawie. Bo po co, skoro taka beznadzieja? Po co biednych ludzi, zyjacych w samotnosci i rozpaczy, jeszcze bardziej pograzac, pokazujac im ich wlasne oblicza? Kiedys tworcy filmowi inaczej traktowali X muze. Starali sie, zeby dotykala spraw, ktore nas dotycza; mocno, bolesnie, naprawde. Tworzyli filmy, ktore byly swiadectwem nie tylko czasu, w ktorym zyli, ale tez - tego kim byli - jako ludzie. Dlatego Andrzej Wajda mogl w tamtych czasach (rok 1980) dopuscic do skierowania do realizacji filmu Przesluchanie Ryszarda Bugajskiego. To byl wyraz odwagi. Za czasow Solidarnosci powstal pierwszy film starajacy sie opowiedziec prawde o czasach stalinowskich. Odwaznie. Ostro. Cena byla wysoka. Film przelezal na polce osiem lat, Zespol X rozwiazano...
To jest wielki temat - przesledzic, jak blisko naszego zycia w Polsce bylo kino, co znaczyl Pociag do Hollywood Radoslawa Piwowarskiego, Matka Krolow Zaorskiego czy Przypadek Kieslowskiego, a co sukces Ogniem i mieczem w 1999 r. Jak doszlo do tego, ze ludzie nagle zaczeli stac w kolejkach, zeby obejrzec polskie filmy?
Dzis
sztuka filmowa traci swoj prestiz. Przyczyn tego stanu jest
kilka, ale glowna to komercjalizacja. Za dawnych czasow pieniadze
byly "panstwowe". Byla tez panstwowa cenzura, z ktora walczono
roznymi metodami. Do szkoly filmowej przyjmowano z dyplomem
magistra, a producenci filmowi - to byli wyksztalceni menedzerowie
kochajacy kino. Niektorzy przypominali mecenasow sztuki. I
tu jest "pies pogrzebany" (jak w tym monologu Dziewonskiego),
wlasnie tu. Dzis tzw. sponsorzy, firmy, ktore daja pieniadze
na produkcje filmowe i stojacy za nimi "producenci" kupuja
sobie prawo do ingerencji w film. Mysla, ze robia tak jak
w Hollywood, bo obchodzi ich tylko, ile na tym interesie zarobia.
O filmie i sztuce maja pojecie slabe, ale bardzo chca pracowac
z panem Wajda czy innymi slawami. Wobec tego staja sie "mecenasami",
ktorzy chca decydowac o tym, jaki bedzie film, bo maja w nim
finansowy udzial. Slyszalam o producencie wielkiego filmu,
ktory wykonywal te prace po raz pierwszy (wczesniej byl restauratorem)
i... siedzac w montazowni mowil, gdzie "ciac" material. Taka
jest potega pieniedzy. Wajda ani Hoffman nie pozwoliliby sobie
na cos takiego. Dlatego Hoffman jest producentem swojego filmu,
ale nie kazdy moze sobie na to pozwolic. Nie kazdemu bank
da kredyt.
W pogoni za wzorem amerykanskim rodacy dusze by oddali diablu, a co dopiero polska kinematografie w rece sponsorow - nuworyszy. Polscy biznesmeni, czesto bez wyksztalcenia i solidnej wiedzy o sztuce (w tym filmowej), widza zysk w tym interesie, a to, ze kino jest czescia kultury narodowej - tak bardzo ich nie interesuje. Zyjemy w swiecie "szmalu" i sprzedawania w Polsce wszystkiego, co sie da. Pieniadze i koteryjne uklady, a przede wszystkim zyski decyduja teraz, kto bedzie robil filmy. Trwa proces korumpowania polskiej kultury filmowej. Jak w Ameryce, o tym kto i za ile bedzie produkowal filmy, bedzie decydowala "kasa". Ciekawe, co na to powie widownia. Jesli jest "swirowata" - to nie powie nic, jak na wiele innych rozpaczliwych idiotyzmow w polskiej rzeczywistosci.
Na razie nie powie nic. Nic - bo produkcja stanela.
*
W ostatnich latach powstaly takie kolosy, jak Ogniem i mieczem, Pan Tadeusz czy Quo vadis i kilka innych wielkich produkcji, glownie opartych na adaptacjach polskiej klasyki. Zdobyly powodzenie, sale byly pelne, premiery uroczyste - i nic nie wrozylo katastrofy.
Minister kultury i sztuki reprezentujacy polityke rzadu wydal decyzje o zmniejszeniu o 75% budzetu przeznaczonego przez panstwo na produkcje filmowa w Polsce na 2002 rok. Praktycznie oznacza to wstrzymanie produkcji. Kiedys filmowcy polscy walczyli o prawo do wolnosci wypowiedzi artystycznej. Teraz - musza walczyc o istnienie polskiego kina. Oczywiscie mecenat panstwowy - mimo ze zwiazany z cenzura - lepszy byl niz kontrola nowych "mecenasow", sponsorow i biznesmenow. Artysci filmowi walczyli o wolnosc, tymczasem w wolnej Polsce wylano przyslowiowe dziecko z kapiela. Nie ma teraz ani funduszy, ani wolnosci.
Aby dzis nakrecic film w Polsce, nie trzeba dlugo sie uczyc ani terminowac w zawodzie (jak za dawnych czasow). Wystarczy znalezc producenta, ktory wylozy na film pieniadze. Czyli sponsora. Sa tez kredyty bankowe, ale tylko dla klasyki... W krajach Unii Europejskiej, do ktorej Polska tak bardzo dazy, film uznawany jest za dzielo kultury narodowej, a tworca filmu jest rezyser, nie producent, tak jak nie wydawca, ale pisarz jest autorem ksiazki! Film zas uwazany jest za wazny element tozsamosci kulturalnej panstwa. Widocznie rzad polski nie jest zainteresowany sponsorowaniem kinematografii narodowej, skoro zostawia to zadanie producentom napojow odzywczych czy tasm wideo. Brak dotacji z budzetu panstwa (i Telewizji Polskiej) powoduje zupelne uzaleznienie sie tworcow od sponsorow, ktorych obchodzi tylko zysk. I kolo sie zamyka.
Stowarzyszenie Filmowcow Polskich zaprotestowalo w sprawie polityki rzadu wobec narodowej kinematografii wysylajac do ministra, sejmowej komisji kultury i premiera listy domagajace sie zmian decyzji, ktore moga miec fatalne konsekwencje. Konsekwencje te nie tylko dotycza tozsamosci narodowej kultury, ale tez ludzi zatrudnionych w przemysle filmowym. Scenografowie, kostiumologowie, dzwiekowcy, operatorzy, asystenci, aktorzy oraz caly sztab techniczny i administracyjny to setki ludzi, ktorzy pracowali przy produkcji ponad 35 filmow rocznie. Ci wysokiej klasy fachowcy zostaja nagle bez pracy. Bezrobocie spowoduje odplyw najlepszych, a proces ksztalcenia i doskonalenia zawodowego pracownikow kinematografii trwa dlugo, wymaga lat. Kryzys w produkcji pociagnie za soba rowniez kryzys w dystrybucji. Zbudowano w Polsce wspaniale "multipleksy", do ktorych na polskie filmy przyszlo w 2001 roku 10 milionow widzow. Jak nie bedzie polskich, beda ogladali zagraniczne filmy.
Ucierpia tez ci, ktorzy zainwestowali w Polsce w baze produkcyjna. Dzieki ich wierze w sukces polskiego kina powstaly nowe montazownie, wypozyczalnie sprzetu filmowego, laboratoria, czesto jeszcze splacajace kredyt za specjalistyczny sprzet. Ciecia budzetowe na 2002 rok spowoduja niedokonczenie kilku zaczetych produkcji i moga doprowadzic do kilku bankructw. Niedotrzymanie rzadowych zobowiazan finansowych sprawi, ze producenci z pewnoscia beda dochodzic swoich naleznosci w sadzie... W konsekwencji wszystko to doprowadzi do dlugotrwalej zapasci jedynego w Srodkowej Europie przemyslu filmowego, ktory dobrze prosperowal.
Wladza spowodowala kryzys finansowy i strukturalny polskiej kinematografii. Tak to przynajmniej wyglada z punktu widzenia Stowarzyszenia Filmowcow Polskich i srodowiska filmowego. W tej sytuacji pozostaje im krzyczec i przeklinac albo milczec i znalezc sponsora, zmienic zawod lub zwariowac.
W tym kontekscie Dzien swira, film o beznadziejnym Adasiu Miauczynskim, wydaje sie byc bardziej zrozumialym wyznaniem filmowego tworcy.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |