ANDRZEJ KORASZEWSKI
Wstyd okresla swiadomosc
Jak czesto sie pan wstydzi za wyczyny naszych rodakow? - pyta mnie mieszkajaca na Zachodzie znajoma i dodaje w tym samym zdaniu, ze ona wstydzi sie dzis czesciej niz w czasach komunizmu, kiedy swiat byl w pieknych, czarno-bialych kolorach. Zaczalem sie intensywnie zastanawiac nad pytaniem, jak czesto sie wstydze za swoich rodakow, i dochodze do wniosku, ze nie tak czesto. Kazdego dnia jestem wsciekly, rozdrazniony, ale wstyd nie jest tu chyba wlasciwym okresleniem. Czy rzeczywiscie powinienem sie wstydzic za napakowanego steroidami zbira, ktory morduje ludzi, zeby zdobyc pieniadze na wodke i wizyty w domu publicznym? Czy musze wstydzic sie za czlonkow gangu samochodowego kradnacego samochody cudzoziemcom? Czy powinienem sie wstydzic za ucznia, ktory w szkole podpala habit siostrze zakonnej?
Kiedy rezygnuje ze spaceru brzegiem rzeki, bo zamieniono go w smietnik, gotuje sie z wscieklosci; kiedy ten sam piekny brzeg ogladam z gosciem z innego kraju, jest mi jednak wstyd. Kolejne pytania sa jednak trudniejsze. Pewne rzeczy robi sie w moim imieniu. Posel Antoni Macierewicz niejeden raz dawal do zrozumienia w Sejmie, ze wystepuje w imieniu Polakow i tu tez jest rzecza nieslychanie wazna, aby uswiadomic sobie, ze niewielka mniejszosc nie ma prawa narzucac swojej kultury i tonu calemu parlamentowi. (Chodzi mi w tym przypadku o jego sejmowe wystapienie z zarzutami pod adresem profesora Kieresa.)
Narod wypowiedzial sie w wyborach powszechnych i posel Antoni Macierewicz oraz jego partyjni koledzy wybrani zostali przez niewielka, szescioprocentowa mniejszosc, ktora moga (i w pewnym sensie maja obowiazek) reprezentowac, nie naruszajac jednak obyczajow wiekszosci i nie zapominajac, ze ich mandat nie jest mandatem calego narodu, a wlasnie bardzo ograniczonej mniejszosci.
Uczciwie mowiac, wolalbym system dwupartyjny, w ktorym tego rodzaju mniejszosci moglyby uczestniczyc w zyciu politycznym pod warunkiem zaakceptowania kultury partii politycznej reprezentujacej znaczacy odlam spoleczenstwa. To rozwiazanie, znane najlepiej z obserwacji brytyjskiej i amerykanskiej sceny politycznej, nie eliminuje oczywiscie mozliwosci pojawienia sie na arenie politycznej przedstawicieli nurtow skrajnie radykalnych, ale bardzo zmniejsza taka mozliwosc.
Wydaje sie, ze system dwupartyjny jest przed Polska zamkniety na kolejne dziesiatki lat, i to nie tylko ze wzgledu na barwne postaci w rodzaju Leppera, Giertycha czy Macierewicza, ale ze wzgledu na malosc najwiekszych aktorow na naszej scenie politycznej. Marzenie o wygranej przez podzielenie przeciwnikow zakonczylo sie przegrana wszystkich i stworzeniem areny, na ktorej ton narzucaja wlasnie politycy tacy, jak Andrzej Lepper czy Antoni Macierewicz.
Oczywiscie, trudno by mi bylo wstydzic sie za Antoniego Macierewicza, bo uwazam, ze trudno od niego czegokolwiek wymagac. Czasem wstydze sie za zachowania ludzi, ktorzy sa mi bliscy. Czasem mysle, ze wygodniej byloby urodzic sie w kraju, ktorego elity sa mniej rycerskie i ktorego mieszkancy nie zostali zmuszeni do pozostawania w mrokach sredniowiecza. Rycerskosc kojarzy sie z honorem, a honor ze wstydem. W ten to sposob docieramy do ponurego wniosku, ze to wstyd okresla nasza swiadomosc. Tu rowniez pojawia sie prawdziwy powod do wstydu, bo wstyd mi, ze zamiast cos zrobic, ciagle sie wstydzimy.
Oczywiscie, ja tez sie wstydze. Wstydze sie, iz jestesmy krajem, w ktorym jest zbyt wiele wolnosci. Nadmiar wolnosci juz nam nieraz szkodzil. Mozna powiedziec, ze to wlasnie nadmiar wolnosci doprowadzil do tego, ze nadal jestesmy tacy rycerscy i kierujacy sie honorem, ze to wstyd, a nie rozsadek okresla nasza swiadomosc. Wstydze sie, ze nasz Sejm zostal tak zle zorganizowany, iz nie jest w stanie stanowic dobrych praw, ktore informowalyby rowniez pewne grupy, gdzie sa granice naszej tolerancji.
Jeszcze bardziej mi wstyd, ze nie zdolalismy sie porozumiec co do tego, iz najwyzszym priorytetem powinna byc zmiana systemu oswiaty. Niedawno natrafilem ponownie na cytat z wypowiedzi Thomasa Jeffersona, ktory juz kiedys zatrzymal moja uwage i sklonil do zainteresowania historia polityki oswiatowej w Stanach Zjednoczonych. W 1816 roku amerykanski prezydent powiedzial, ze "cywilizowane spoleczenstwo, ktore spodziewa sie zachowac wolnosc, pozostajac spoleczenstwem ignorantow, oczekuje czegos, co sie nigdy nie spelnilo i nigdy nie spelni". Data tej wypowiedzi jest tu nieslychanie wazna, Polska byla wowczas po powstaniu kosciuszkowskim i przed powstaniem listopadowym. Utracilismy wolnosc takze i dlatego, ze nasze elity przez stulecia swiadomie i z premedytacja uniemozliwialy ludowi dostep do oswiaty.
Przed paroma laty, kiedy jeszcze mieszkalem w Londynie, redakcje BBC odwiedzil znajomy z czasow mlodosci, a obecnie znany krajowy polityk. "Utopic tych twoich chlopow" - powiedzial z usmiechem na powitanie. Od lat darze go glebokim szacunkiem, chociaz nie zawsze podzielam jego poglady. Rowniez i tym razem mialem wrazenie, ze jego pomysl jest, delikatnie mowiac, niepraktyczny. Moj sympatyczny znajomy byl zawsze romantykiem i zarliwym obronca praw czlowieka. Kiedy zaczelismy rozmawiac na powaznie, probowalem go przekonac, ze dyskusja na temat polskiego rolnictwa oparta jest na falszywych przeslankach, ze to nie rolnictwo i nie struktura rolna jest problemem, ktory moze utrudnic modernizacje polskiej gospodarki, a struktura wyksztalcenia i struktura zawodowa mieszkancow wsi.
Dzis, po kolejnych zmarnowanych siedmiu latach, kiedy wszyscy juz mowia, ze rolnictwo jest zarowno najtrudniejszym problemem tak w procesie modernizacji polskiej gospodarki, jak i w negocjacjach poprzedzajacych przyjecie Polski do Unii Europejskiej, twierdzenie, ze niemal wszyscy byli i sa nadal w bledzie, wywoluje zrozumialy opor.
Zupelnie niedawno inny moj znajomy przestal sie do mnie odzywac, poniewaz powiedzialem, ze kazdy grosz wydany na informacje o korzysciach, jakie bedziemy mieli z tytulu przystapienia do Unii Europejskiej, to pieniadze wyrzucone w bloto. Moim skromnym zdaniem taka informacja nie jest mozliwa. Nikt nie moze uczciwie powiedziec, ile pieniedzy uzyskamy w pierwszych latach od Unii Europejskiej. Opowiesci o tym, ile dostaniemy, sa opowiesciami albo ludzi nieuczciwych, albo ignorantow. Jestem przekonany, ze sa to opowiesci ludzi, ktorzy nie wiedza ani tego, gdzie zyja, ani nie rozumieja tego, co mowia.
Unijnych pieniedzy jest z roku na rok wiecej i tych miliardow euro z funduszy strukturalnych nie mozemy dostac z powodow czysto technicznych: braku wyksztalconej biurokracji, zwlaszcza na prowincji. To chyba najwiekszy problem dzisiejszej Polski w przededniu wstapienia do Unii Europejskiej: nie ma urzednikow umiejacych przygotowywac stosowne dokumenty, projekty i kosztorysy wspolfinansowania. Wedlug doswiadczen bardzo sprawnej biurokracji panstw skandynawskich na kazde 2 miliony euro pomocy strukturalnej powinien przypadac jeden urzednik w kraju biorcy. Tak wiec, skoro Polska moglaby w roku 2005 dostac 4,1 miliarda euro, to zagospodarowaniem tej sumy powinno sie zajmowac 2050 kompetentnych, znajacych unijne zasady (i oczywiscie jezyk angielski, swobodnie korzystajacych z elektronicznego systemu komunikacji i umiejacych pisac listy) urzednikow polskich. Nie tylko nie ma tych urzednikow, ale kwalifikacje dzisiejszych absolwentow rozlicznych prywatnych uczelni (panstwowych rowniez) sa zaprzeczeniem tego wszystkiego, co dla sprawnej integracji z Unia Europejska jest konieczne.
Szwedzi, ktorych biurokracja nalezy do najsprawniejszych na swiecie, w pierwszym roku czlonkostwa tez nie potrafili przyjac calosci naleznych im funduszy strukturalnych, i to mimo tego, ze dla tych juz wczesniej sprawnych i kompetentnych szwedzkich urzednikow uruchomione byly naprawde intensywne i skierowane wylacznie na sprawy praktyczne szkolenia.
Istnieja powody, aby sie spodziewac, ze Polska przez wiele lat nie dostanie tego, co jej sie z Unii bedzie teoretycznie nalezalo. Szkolenie ideologiczne, czyli informacje o tym, ile moglibysmy dostac, gdybysmy tylko umieli to przyjac, bardzo malo mnie interesuja. Chodzenie po ulicach i machanie unijnymi choragiewkami rowniez nie wydaje mi sie sensownym zajeciem, ale te festyny uswiadamiaja mi, jak wiele mamy wspolnego z Ameryka Lacinska.
Z okazji Miedzynarodowych Targow Ksiazki w maju odwiedzil Warszawe Carlos Fuentes, pisarz meksykanski, ktory pisze tak, ze chce sie go czytac, wiec wszyscy ci, ktorzy pisza tak, ze nie chce sie ich czytac, rzucili sie na niego z nadzieja, ze sie moze czegos dowiedza. Dwa najwieksze krajowe dzienniki zamiescily gigantyczne wywiady z nim, a czytajac te wywiady zastanawial sie czlowiek nad pytaniem, czy ma sie smiac, czy plakac.
Ameryka Lacinska jest fascynujaca swoja niemoznoscia, swoja feudalna struktura i feudalna mentalnoscia, swoja pogarda "klas srednich" do ludu, koszmarnym systemem oswiaty, ktory przekresla jakiekolwiek szanse na spoleczenstwo obywatelskie, i sklonnoscia do przetwarzania kazdej teorii spolecznej, politycznej czy ekonomicznej w utopie.
Te polskie wywiady z meksykanskim pisarzem byly, jak na rozmowy miedzy nami, Latynosami przystalo, rozmowa o sztuce. Oczywiscie studiujac je, uparty i uwazny czytelnik mogl zauwazyc, ze Polske i Ameryke Lacinska laczy gleboki kult maryjny oraz kilka innych kultow. Lacza nas nie tylko kulty, ale i osobliwe nasilenie nieuczciwosci.
Carlos Fuentes mowil miedzy innymi o problemie korupcji, czyli o przestepstwach urzedniczych popelnianych przez ludzi, ktorzy otrzymuja prace dzieki intensywnym zapewnieniom o swojej uczciwosci i milosci do ojczyzny, a ktorzy pilnie wykorzystuja czas spedzany na panstwowym stanowisku na okradanie, kogo sie da. Kiedy zapytany zostal przez dziennikarza o podobienstwo tego zjawiska w Meksyku i w Polsce, odpowiedzial, ze jest u nas gosciem i nie wypada mu zabierac w tej sprawie glosu.
Nie mam zadnej watpliwosci, ze sposrod wszystkich panstw europejskich Polska jest najblizsza mentalnosci latynoskiej. Lelewel 150 lat temu sadzil, ze najwiecej laczy nas z Hiszpania. Byc moze wowczas byla to prawda, ale tak jak jezyk zastyga w oderwanych od macierzy koloniach, tak Ameryka Lacinska zdolala przechowac feudalna strukture spoleczna i feudalna mentalnosc lepiej niz imperia, ktore ja stworzyly.
Jak sie ten sam fenomen udal w Polsce? Najprawdopodobniej zlozylo sie na to bardzo wiele czynnikow, ale podobienstwo naszych dzisiejszych elit i elit Ameryki Lacinskiej jest zadziwiajace. Wszystko na pokaz - patriotyzm na pokaz, religijnosc na pokaz, zainteresowanie nauka na pokaz. Prawdziwa jest tylko chciwosc i hipokryzja.
Oczywiscie, nigdy nie brakowalo wsrod latynoskich elit szlachetnych outsiderow. Dziennikarz Gazety Wyborczej Artur Domoslawski w jednym z pytan do Carlosa Fuentesa tak prezentuje sylwetke takiego latynoskiego outsidera: "...´zbawicielª i ´uzdrawiaczª, ktory jest na ogol rewolucjonista. Uczeszczal do szkol katolickich prowadzonych przez jezuitow, przynalezy do wyzszej klasy sredniej, ale w pewnym momencie buntuje sie przeciw spoleczenstwu, wladzy i probuje naprawic zlo swiata na ogol utopijnymi projektami". Fuentes odpowiada na to, ze chyba tak jest wszedzie, i wskazuje na rewolucje francuska. Jednak rewolucja francuska byla ponad dwiescie lat temu, a Domoslawski wydawal sie mowic o latynoskiej wspolczesnosci.
Zabawnych zbiegow okolicznosci nie trzeba szukac daleko. W tym samym numerze Gazety Wyborczej byl wywiad z profesorem Ireneuszem Bieleckim, ktory nadzorowal polska czesc miedzynarodowych badan nad wynikami nauczania pietnastolatkow. Z tych badan wynikalo niedwuznacznie, ze polski system oswiaty jest, powiedzmy, taki bardziej... latynoski. Ten wywiad para dziennikarzy Gazety Wyborczej rozpoczyna od bolesnego okrzyku buntu, iz nie zgadzaja sie z teza, ze Polacy sa glupsi od Finow (Finowie znalezli sie na pierwszym miejscu w tych badaniach i taka wlasnie teza nasunela sie dziennikarzom sama). Nasz profesor uspokaja indagujacych go dziennikarzy, ze nie jest tak zle, ze gdybysmy brali pod uwage tylko wyniki licealistow, to bylibysmy nawet lepsi od Czechow. Mozna by te rozmowe uznac za znakomity kabaret, gdyby nie fakt, ze jak donosi Polityka, wyrobionych w polskich liceach bywalcow polskich kabaretow bawia glownie dowcipy o "slomie w butach".
Profesor Bielecki zdaje sobie sprawe z tego, ze polski system oswiaty ignoruje i gubi uczniow slabszych, a co wiecej, jest nawet swiadomy tego, ze zmiana tabliczek na budynkach szkol zawodowych nie zmienilaby jakosci nauczania w tych szkolach oraz ze problem zaczyna sie w rodzinie, chociaz nie zauwaza tego, iz nalezy go zaczac naprawiac w przedszkolu, a nie w szkole sredniej. Nie wydaje sie byc rowniez swiadomy faktu, ze problem ma wielowiekowe korzenie, a przez ostatnie dwanascie lat udalo nam sie owe korzenie niebywale wrecz wzmocnic.
Dziennikarze prowadzacy wywiady z Carlosem Fuentesem najwyrazniej domyslali sie, ze chociaz literature mamy gorsza, za to kapitalizm nielepszy. Demokracja jakos nie chce sie w latynoskich krajach zakorzenic. Skonczyly sie dyktatury, jest wolnosc slowa, wolnosc zrzeszania sie, sa wolne wybory, a demokracji jak nie bylo, tak nie ma. Demokracja wymaga partnerstwa, a w krajach, w ktorych przetrwala nienaruszona feudalna mentalnosc nie udaje sie nawet rozpoczac przygotowan do partnerstwa. Jesli nie dziala prawo, kapitalizm nie jest kapitalizmem, zas uczestnictwo w procesie globalizacji bez demokratycznych struktur moze sie okazac traumatycznym doswiadczeniem. Nawiasem mowiac, tych traumatycznych doswiadczen latynoskie spoleczenstwa maja tyle, ze kontakty miedzyludzkie charakteryzuje przede wszystkim nieprawdopodobna wzajemna nieufnosc. Wladza jest dla nich nieodmiennie czyms zewnetrznym, a samorzad osobliwym szyldem dyktatury lokalnych kacykow.
W krajach latynoskich droga do kariery polityka prowadzi przez korpus oficerski, przez zwiazki zawodowe albo przez literacka kawiarnie. Krotko mowiac, podstawa kariery w polityce jest w tych krajach poparcie organizacji przemocy, demagogia lub literacka fikcja. Taka jest rowniez tradycja w Polsce i warto sobie zdac sprawe z tego, iz zmiana tego stanu rzeczy wymaga dlugich i swiadomych zabiegow.
Byc moze studia nad historia i gospodarka krajow Ameryki Lacinskiej moglyby nam pomoc zrozumiec samych siebie. Pytanie jednak, czy mamy na to ochote? Tradycja literackiej kawiarni w Sejmie oraz kabaretow z dowcipami o slomie w butach jest przez wielu traktowana jak cenne dziedzictwo narodowe i wielu zanosi modly w intencji jej trwalosci. W przeszlosci, w okresie zaborow, nieliczni dzialacze niepodleglosciowi, ktorzy mieli kontakt z rzeczywistoscia i ktorym udalo sie przygotowywac spoleczenstwo do niepodleglosci i demokracji, koncentrowali sie w Wielkopolsce i jak sadze zadecydowal o tym zbawienny wplyw reform Bismarcka. Podejrzewam, ze dzis, szukajac ucieczki od latynoskiego kapitalizmu, mozemy liczyc tylko na Unie Europejska, ktora, przy sprzyjajacych okolicznosciach, moze oderwac Polske od Ameryki Lacinskiej. Chwilowo jednak czesto zajmujemy sie wstydzeniem sie za naszych rodakow, gdyz, jak sie wydaje, nie bardzo wiemy, co praktycznie mozemy zrobic, zebysmy mogli przestac sie wstydzic.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |